"Za co jesteśmy tak traktowani?!". Przez tę decyzję polityków ponad 50 tys. osób zostanie bez pracy

30 września pracownicy spółki AGRO-WAR zostaną bez pracy.
30 września pracownicy spółki AGRO-WAR zostaną bez pracy. Fot. archiwum własne
Zamiast dobrze działającej firmy, zasiłki dla bezrobotnych. To efekt pomysłów polityków. Zaczął PSL, a koncepcję kontynuuje PiS. Producenci rolni, dzierżawcy państwowej ziemi, są zmuszeni do likwidacji swojej działalności, a co za tym idzie będą oni musieli zwolnić swoich pracowników. Będzie to nawet około 50 tys. osób. To często ci ludzie, którzy wzięli sprawy w swoje ręce po likwidacji PGR-ów.


Dzierżawcy gruntów należących do Skarbu Państwa są jednym z największych producentów żywności w kraju. Te dobrze funkcjonujące firmy powstały z byłych Państwowych Gospodarstw Rolnych. W wielu przypadkach sprawy w swoje ręce wzięli pracownicy PGR-ów. Pozostawieni na lodzie zaczęli działać.


Jest rok 2011, rząd PO-PSL wprowadza ustawę, która zmusza dzierżawców do oddania 30 proc. areału. Część producentów rolnych (ponad 400) nie podporządkowuje się tym zapisom. To oznaczałoby przede wszystkim zwolnienia. Konsekwencją takiej decyzji jest brak przedłużenia dzierżawy po wygaśnięciu umowy.


Ziemia, która wracała do skarbu państwa, miała wzmacniać potencjał gospodarstw indywidualnych. Nikt jednak nie sprawdził, ilu rolników będzie chciało poszerzać w ten sposób swoje gospodarstwa. W efekcie w wielu miejscach grunty nadal leżą odłogiem.
I wtedy i dziś głośno mówi się o tym, że tzw. "trzydziestki Sawickiego" miały być ruchem, który zapewni PSL-owi poparcie rolników. Po zmianie władzy dzierżawcy liczyli na wsparcie PiS – politycy tej partii głośno krytykowali ustawę – ale się przeliczyli... Mimo początkowej reakcji, która dawała nadzieję, szybko okazało się, że wyborcza kalkulacja jest istotniejsza.


Prawo i Sprawiedliwość zacisnęło pętle na szyi dzierżawców, wprowadzając w 2015 roku zakaz sprzedaży państwowej ziemi rolnej przez pięć lat. Dodatkowo nie będą mogli jej kupić ci, którzy nie są rolnikami pracującymi we własnym gospodarstwie przez minimum dziesięć lat.

Dla spółki Agro-War (również stworzonej przez byłych pracowników PGR-ów), działającej w Warszynie w województwie zachodniopomorskim, 30 września tego roku oznacza... koniec. Ludzie zostaną bez pracy, mimo iż firma działa bez zarzutów, a nawet osiąga sukcesy. W rankingu 300 najlepszych przedsiębiorstw, swego czasu, plasowała się w pierwszej dwudziestce.

Stanisław Kaśkiewicz, prezes spółki Agro-War (produkcja roślinna i usługi warsztatowe dla rolnictwa) w rozmowie z naTemat przyznaje, że ta decyzja zapoczątkuje dramat wielu ludzi. Kolejny raz są przez rządzących zepchnięci poza margines. Zostali sami i bez niczego, gdy upadały PGR-y, i choć jako jedni z nielicznych poradzili sobie z tamtą trudną rzeczywistością, dziś funduje im się powtórkę z rozrywki.

naTemat: To jest wyrok?

Stanisław Kaśkiewicz, prezes spółki Agro-War: Tak, to jest wyrok dla spółki. Zastanawiam się tylko nad tym, za co to jest wyrok. Za co jesteśmy tak traktowani. W latach 90., kiedy likwidowano PGR-y, wszystko było w ruinie. Z dnia na dzień wyrzucono ludzi na bruk. My jednak potrafiliśmy się zorganizować i zagospodarować zniszczony majątek Skarbu Państwa, którego naprawdę nikt nie chciał.

Dostaliśmy dzierżawę pod warunkiem przyjęcia wszystkich pracowników na okres przynajmniej 3 lat. Teraz wraz z oddaniem ziemi KOWR (Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa) nie chce przejąć od nas pracowników.

Ludzie się zapożyczali, wyprzedawali swoją własność, wszystko po to, aby przystąpić do przetargu. Musieliśmy mieć konkretną kwotę, z którą mogliśmy zacząć działać. Zobowiązania były takie, że przejmujemy w dzierżawę ten majątek, przejmujemy budynki, zwierzęta, a ludziom zapewniamy stanowiska pracy przez trzy lata. Naszym obowiązkiem było wykupienie majątku obrotowego i spłacenie długów popegeerowskich.

Przez to wszystko trzeba było przejść, to są lata pracy. Nikt nie patrzył na zarobki, czy na przepracowane godziny. Tyrało się od świtu do nocy. To była dla nas jedyna alternatywa, nie mieliśmy innej możliwości. Pozostali nawet nie podjęli się tego, żeby coś samemu zdziałać.

Wtedy było modne hasło: "Bierzmy sprawy w swoje ręce”. Restrukturyzacji podjął się były dyrektor PGR-u, później nasz prezes. On nas namawiał do tego, abyśmy się zjednoczyli. I tak byli pracownicy PGR-ów stworzyli w 1992 roku spółkę pracowniczą pod nazwą AGRO-WAR. Było nas na początku 227.

Przejęliśmy w dzierżawę 4100 ha. Przez 25 lat na powiększenie gospodarstw indywidualnych i rodzinnych wydzielaliśmy co jakiś czas na żądanie Agencji określone areały. Do tej pory wydzieliliśmy 2400 ha, czyli ponad 60 proc. tego, co przejęliśmy na początku, a we wrześniu musimy oddać resztę.

Jak minister Sawicki wprowadził ustawę o zwrocie 30 proc. areału do Skarbu Państwa, to my do wejścia ustawy oddaliśmy już 32 proc. To nie miało jednak dla rządzących znaczenia.
Czyli właściwie już oddaliście to, co trzeba było oddać.

Tak, oddaliśmy to zgodnie z wszelkimi zasadami. W tym wszystkim nie ma jakiejś prawidłowości, logiki. Jest jedna zasada: niszczymy spółki. Ten kierunek trwa nadal.

To jest sposób myślenia, który zaczął minister Sawicki. Mówiono na nas: latyfundyści. Przecież myśmy nikomu niczego nie zabrali. Przejęliśmy wszystko zgodnie z prawem, wtedy, kiedy nikt tego nie chciał, zawarliśmy umowy. Zgodziliśmy się też na utrzymanie miejsc pracy i oddanie części gruntów na powiększenie gospodarstw indywidualnych i rodzinnych.

Chciałbym zaznaczyć, że wtedy dopłat nie było i gospodarowanie było trudniejsze i mniej opłacalne niż dzisiaj. Dzisiaj mamy dopłaty do gruntów, paliwa, zakupu maszyn, odszkodowania za straty spowodowane suszą lub podtopieniami itp. Wtedy nawet nie mogliśmy o tym marzyć.

Dla mnie niezrozumiałe jest to, że nas po raz kolejny wyrzuca się na bruk, i to dzieje się dla zasady, a nie z potrzeby. To jest dramat. Mówi się o świniach, o krowach, o gruntach, o budynkach, a najmniej się mówi o ludziach.

Większość tutaj, tak jak ja, jest drugim pokoleniem pegeerowców. Pierwsi już odeszli, natura też rozwiązała wiele spraw. Swoje życie w zasadzie przepracowaliśmy w spółce. Teraz cały ten dorobek, potencjał, który stworzyliśmy, nasz warsztat pracy, to wszystko jest niszczone.

Ekonomicznie dajemy sobie radę, mimo tak dużego zatrudnienia. Niektórzy mówią: co tam tyle osób robi? Mamy np. warsztat mechaniczny, który robi usługi dla okolicznych rolników dla agro-firm. Te dodatkowe zajęcia pozwalają nam na utrzymanie miejsc pracy. Nie zawsze chodzi nam o zysk.

Radzicie sobie całkiem dobrze?

Przez 25 lat udało nam się stworzyć nieźle funkcjonujące gospodarstwo, mamy miejsca pracy dla ludzi. Zatrudniliśmy tych, którzy w latach 90. zostali wyrzuceni poza margines społeczny. Teraz historia się powtarza. Przychodzi to samo. Mamy po dwa, trzy lata do emerytury. A ci, co nie mają jeszcze 60? Oni są skazani na życie z zasiłków z ośrodków pomocy społecznej. Jak ktoś ma 57, czy 58 lat, to pracy już nie dostanie.

Ten dramat, który się dzieje, nie dzieje się ze względów ekonomicznych, tylko ze względów administracyjnych, bo ktoś siedzi za biurkiem i decyduje, że spółki trzeba zlikwidować i już.

Było 227 osób, a teraz jest 35. To zatrudnienie zmniejszało się wraz z oddawaniem areału przy podpisywaniu nowych umów na dzierżawę?

Tak to był główny czynnik, ale również wielu z pracowników odeszło, osiągając wiek emerytalny. Byliśmy zmuszeni okroić warsztat pracy. Wydzielając kolejne grunty, musieliśmy likwidować miejsca pracy. Ci, którzy przejmowali te grunty, nie tworzyli miejsc pracy dla osób zwalnianych. KOWR zabierając nam ziemię, nie zabierał i nie zabiera ludzi.

Te grunty, które są wam odbierane, wracają do Skarbu Państwa i trafiają do rolników?

Zasada jest taka: zabiera się jednym, aby dać drugim. Tylko dlaczego nas się traktuje jak przestępców? Słyszymy tylko: "Oddawajcie!". Gdzie byli ci, co dzisiaj krzyczą na początku lat 90., kiedy ziemia leżała odłogiem i nikt jej nie chciał?

Jesteście największym – po urzędzie gminy – pracodawcą w okolicy?

Tak. Zatrudniamy ludzi z całej okolicy. Założyliśmy cztery lata temu plantację truskawek, żeby dać ludziom, którzy siedzieli w domu i nie mieli pracy, zajęcie. Myślałem też o zwalnianych ze spółki pracownikach.

Chciałem chociaż sezonowo stworzyć miejsca pracy. Tutaj była grupa piętnastu pań, które w zasadzie od marca do października mogły pracować na plantacji truskawek, a należy pamiętać, że o pracę dla kobiet na wsi jest bardzo trudno.
Jak się zarabia w waszej firmie?

Płaca jest trochę wyższa niż średnia krajowa. Mamy też zakładowy fundusz świadczeń socjalnych. Nie wiem, czy jakaś firma jeszcze taki prowadzi. To są ludzie spracowani, styrani, schorowani. Oni pracowali w oborach, w chlewniach po piętnaście, dwadzieścia lat, a ktoś inny trzydzieści lat jeździł po polu ciągnikiem. Fundusz wspiera najbardziej potrzebujących.

Teraz proszę sobie wyobrazić, że taki człowiek dożywa lat przedemerytalnych i nagle zostaje bez niczego. Ma dwa, czy trzy lata do emerytury, a trzeba go zwolnić. To jest nieludzkie! I dzieje się tak przecież nie dlatego, że niema dla niego pracy. Praca w spółce była i za nią godziwie płaciliśmy i płacimy.

To jest dla nich oaza. Przecież to jest specyficzne środowisko, popegeerowskie. Ci ludzie w 90. latach byli zagubieni. Nie potrafili sami się zorganizować. Wcześniej mieli swój rytm. Wszystko było ustalone. Od rana do wieczora pracowali w gospodarstwie. Tamten system był dla nich po prostu bezpieczny.

A dziś co mówią?

To są dramaty ludzkie. Tym ludziom trudno jest się odnaleźć. Z traktorzysty, czy człowieka, który pracował w chlewni, nie zrobimy nagle informatyka lub fryzjera. Albo kosmetyczkę z pani, która doiła krowy.

Wszystko było dobrze do 2011?

Tak, to był początek niszczenia gospodarstw takich jak AGRO-WAR. Zaczęło się od ustawy ministra Sawickiego. W trakcie trwania dzierżawy zmieniono warunki, które były wcześniej ustalone.

Co zakładała ta ustawa?

Zakładała, że trzeba oddać 30 proc. użytkowanego areału, mimo obowiązujących umów dzierżawy. A myśmy do 2012 roku wydali już większą część. Wtedy wszystko było w trakcie produkcji, mnóstwo ludzi pracowało, a w ciągu kilku miesięcy kazali to oddać. Nikt z rządzących nie zastanawiał się nad skutkami tej ustawy.

Mało tego, mamy kredyty, które były wzięte pod możliwości ekonomiczne całego gospodarstwa. Oddaje pani 30 proc., więc traci pani zdolność kredytową. Gdyby np. powiedzieli, że normalnie funkcjonujemy do końca dzierżawy i wtedy negocjujemy nowe warunki, to byłoby coś innego, normalnego.

Zawarliśmy umowę z państwem, a teraz państwo to wszystko podważa. Nie ma żadnej odpowiedzialności za zawarte umowy. To po co inni mają umów dotrzymywać, jak mają taki przykład od państwa?

Zasady były takie, że jeżeli ktoś nie podporządkuje się pod tę ustawę, nie odda areału, to gdy skończy się umowa, nie będzie miał przedłużonej dzierżawy?

Tak, traci się wszelkie prawa. Przede wszystkim prawa do pierwokupu ziemi lub przedłużenia dzierżaw. Jednak życie pokazało, że ci, którzy oddali areał nie mają przedłużonej dzierżawy.

A wam kiedy wygasła umowa dzierżawy?

30 września 2018 roku. Wtedy już był koniec, ale minister Ardanowski poszedł na małe ustępstwo. Doszliśmy z KOWR-em do porozumienia, że wydzieliliśmy 1050 ha i na reszcie, która została, możemy gospodarować do końca września tego roku. Ten rok został nam dany, aby wygasić produkcję, zwolnić ludzi.

Obiecywano wam, że jeśli weźmiecie sprawy w swoje ręce, nikt nie zabierze ziemi. Czujecie się oszukani?

Czujemy się oszukani. Wtedy nikt nie mówił, że za chwilę mogą się zmienić warunki, że będziemy musieli dodatkowo oddać jeszcze 30 proc, bez żadnych konsultacji, bez żadnych porozumień. W momencie zawierania umów dzierżawnych powiedziano nam, że spokojnie do emerytury będziemy mogli tu pracować. "Tylko to weźcie" – mówili.
Dlaczego nie zabezpieczyliście się na taką ewentualność i nie wykupiliście ziemi?

Nie było pieniędzy. Poza tym jestem zwolennikiem dzierżawy, bo jest ona dobrą formą prowadzenia gospodarstwa. To jest taka forma gospodarowania, która jest elastyczna. Na bieżąco daje pani różne możliwości i jeżeli np. coś się stanie i nie mogę kontynuować tej dzierżawy, przejmuje ją ktoś inny. To zmniejsza ryzyko. Cały świat tak funkcjonuje.

Jeżeli wykupuję i zaciągam kredyty na lata – muszę liczyć się z ogromnymi kosztami – wtedy nie mam środków na inwestycje. Przede wszystkim jednak muszę mieć pieniądze na wypłaty dla pracowników. Nikt z pracowników nie będzie mnie pytał, czy spłaciłem kredyt, czy nie. Za pracę należy się wynagrodzenie i to jest podstawa.

Jak funkcjonujecie w trakcie tego dodatkowego roku?

Na dziś mamy 1500 ha ziemi ornej, na tym gospodarujemy, obsialiśmy to. Zbierzemy plony w czasie żniw i to jest koniec. Smutne.

Liczyliście na wsparcie rządu Prawa i Sprawiedliwości?

Tak. Liczyliśmy na to. Może zacytuję kilka wypowiedzi Ministra Ardanowskiego: "Gospodarstwa towarowe dają dużą, stabilną produkcję rolniczą, która jest naszemu krajowi potrzebna. Jest stosunkowo tania, bo inaczej rozkładają się koszty".

Mieliśmy takie spotkanie, podczas którego Minister mówił: "Jestem zdeterminowany, aby duże i dobrze zorganizowane gospodarstwa funkcjonowały nadal, żeby nie było nagłych, nieprzemyślanych ruchów". Obiecywał, ale nowelizacja ustawy, którą przygotował rząd, nie uwzględnia naszych problemów.

Zawiedli oczekiwania?

Tak. Liczyliśmy, że dadzą nam szansę. Tu chodzi przecież o aspekt społeczny i aspekt ekonomiczny. Wioski popegeerowskie umierają. Tam, gdzie wychodzimy z produkcją i zostawiamy wioskę, bo musieliśmy wydać areał, to ludzie żyją z zasiłku dla bezrobotnych. Nie mogę tym ludziom niczego obiecać, bo 30 września spółka zniknie.

Próbowaliście jakoś przeciwdziałać tej sytuacji?

Jeszcze w poprzedniej kadencji sejmu, za czasów PO-PSL, była procedowana ustawa o dzierżawach. Przedstawiałem wtedy argumenty, że niszczone są dobre firmy i miejsca pracy. Parlamentarzyści, kończąc swoją kadencję, powiedzieli, że nic już nie zrobią i trzeba poczekać, ale najpewniej poszło to do kosza i cała praca na marne.

Nic dla dzierżawców nie zrobiono. Z góry zakłada się, że duże gospodarstwa towarowe muszą zniknąć. Ten rząd także podtrzymuje kierunek działań ministra Sawickiego. Wysyłałem pisma do wielu polityków w tym do premier Kopacz, do ministra Sawickiego, do ministra Jurgiela, do ministra Ardanowskiego, do premiera Morawieckiego, do prezydenta Dudy. I nic.

Państwo powinno chronić to, co słuszne i dobre, a w likwidacji naszego gospodarstwa trudno doszukać się czegoś dobrego, czy logiki.

Kiedy powstawała spółka, to pan zainwestował w nią dużo swoich pieniędzy?

Czterdziestu udziałowców się skrzyknęło, czterdziestu pracowników tej firmy. Postanowiliśmy w tę ruinę, w ten upadający PGR zainwestować. Ja wyjechałem na pewien czas na saksy i zarobiłem trochę pieniędzy.

Wszystko przywiozłem i zainwestowałem w spółkę. Część pieniędzy pożyczyłem od rodziców. Moja koleżanka sprzedała samochód, dotychczasowy dyrektor zastawił dom, a inni sprzedawali co mogli. Chcieliśmy przystąpić do przetargu.

Wspomniał pan, że Historia zatacza koło. Kiedy upadły PGR-y ich pracownicy zostali pozostawieni sami sobie, wy stanęliście na nogi, a teraz znowu dzieje się coś podobnego?

To spotyka nas za to, że przepracowaliśmy tyle lat, za to, że dbaliśmy o majątek Skarbu Państwa, za to, że dawaliśmy pracę, inwestowaliśmy w ziemię, w sprzęt oraz technologię. Teraz to wszystko znowu będzie ruiną. Mówiono nam, że PGR-y są niedochodowe i dlatego trzeba było je likwidować. A teraz likwidujemy spółki, bo co? Bo są za dobre?

Od początku funkcjonowania spółki tylko oddajemy. Nam się zmniejsza dopłaty, bo "ci duzi sobie dadzą radę", żeby dać więcej rolnikom indywidualnym. Mimo tego wszystkiego my i tak sobie radzimy, a raczej radziliśmy, bo to już trzeba w czasie przeszłym mówić. My byli pracownicy PGR-ów też jesteśmy obywatelami tego kraju, też chcemy być traktowani na równi z innymi. Mamy rodziny i chcemy pracować i za tę pracę godnie żyć.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
POLECAMY
0 0Tata po szwedzku. Gdy zobaczyłem, jakimi super ojcami są Szwedzi, z początku nie mogłem uwierzyć
0 0Ruszamy z dadHERO.pl, lifestyle'owym serwisem dla ojców

DADHERO

0 0Osiem rzeczy, których nauczyła mnie 11-letnia córka
0 0Czemu to trwało tyle lat?! W końcu ktoś stworzył adidasy, w których można chodzić całą zimę
0 07 rzeczy, które sprawiają, że Kaczyński ma ból głowy po wyborach. Nie będzie świętowania
0 0Wynik KO z Białegostoku to lekcja dla całej opozycji. Oto człowiek, który zrobił najlepszą kampanię