Korzystać z pieniędzy rodziców i być synkiem prezesa, czy pracować ciężko na swoje?
Korzystać z pieniędzy rodziców i być synkiem prezesa, czy pracować ciężko na swoje? Fot. shutterstock.com

Mogliby dostać samochód i mieszkanie, pójść do dobrej szkoły na przykład w Anglii. Ale nie chcą. Dlaczego? Bo mają dość oskarżeń o bycie "synalkiem" bądź "córeczką" prezesa. Chcą pokazać, że to nie pieniądze rodziców świadczą o wartości człowieka, ale czyny. Tylko czy słusznie rezygnują z pomocy, na którą ich rodzice zbierali długie lata?

REKLAMA
Sprawa Michał Tusk Gate rozpala dyskusję w Polsce. Czy premier powinien mu pomóc? Jako ojciec, premier? Czy Tusk junior powinien z takiej pomocy skorzystać? To, oczywiście, kwestie wyjątkowo skomplikowane, bo Donald Tusk to premier polski. Ale z takim problemem borykają się na co dzień również zwykli ludzie, których rodzice nie zajmują wysokich stanowisk państwowych.
Tata miał kasę
Kamil (nazwisko zmienione na potrzeby redakcji) to syn bogatego biznesmena ze Śląska. W szkole, jak to w szkole – liceum – wiadomo było, że tata Kamila ma dużo

Polska jest krajem, w którym partia rządząca szuka w polityce prorodzinnej oszczędności, zamiast dbać o poprawę sytuacji materialnej polskich rodzin. Deklaracje Premiera są zaś pustosłowiem. Z dokumentów rządowych można wyczytać, że na wsparcie rodzin przeznaczamy najmniejszą część PKB w całej Unii Europejskiej, a nawet mniej niż Ukraina czy Rosja. CZYTAJ WIĘCEJ

pieniędzy. Bogacz. – Miałem przez to zawsze problemy w szkole – przyznaje nam Kamil. – Jak tylko rówieśnicy dowiedzieli się, że jest bogatym biznesmenem, zaczęli mnie trochę gnębić.
Trochę, czyli komentarze, złośliwości. O ubiorze, o domu. – Ojciec chciał mnie wychować normalnie, tak samo jak on był wychowywany, żebym sobie radził w życiu, więc chodziłem do szkoły państwowej. Zawsze uczył mnie, żeby się nie obnosić z pieniędzmi i starałem się tego nie robić – żali się 25-letni dziś Kamil. Niestety, "normalny" sposób bycia nie pomógł wówczas nastolatkowi. Rówieśnicy, choć niegroźni, nie zapomnieli o tacie.
Co zrobić z szykaną
– Dlatego postanowiłem zacząć na siebie zarabiać, żeby nikt mi nie mógł nic zarzucić. Nie chciałem całe życie użerać się z opinią "synalka prezesa", który ma wszystko tylko dzięki rodzicom – mówi twardo Kamil. Jak opowiada, w czasach liceum i na studiach, także państwowych, odrzucił wszystkie wygody oferowane przez rodziców. Mógł dostać samochód, ale odmówił – żeby znowu nie gadali, że tatuś mu coś kupił. Tak samo było na koniec studiów z mieszkaniem – mógł, ale wolał wynajmować ze swoją dziewczyną, bo bał się, że znowu będą mu zatruwać tym życie. Pytam Kamila, czy mogę podać jego nazwisko. – Nie, ja nie chcę więcej problemów.
Takie dylematy to nie jednostkowe przypadki. W państwowych szkołach, potem na studiach czy nawet w pracy – zazdrość o bogate urodzenie bywa niesamowicie uciążliwa. Czasem bywa uzasadniona, bo niektórzy bogaci czy znani rodzice nie najlepiej wychowują swoje dzieci.
O synu jednego z najbogatszych biznesmenów opowiada nam Sławek: – Chłopak był totalnie nadęty, obnosił się z bogactwem, z góry traktował innych – mówi student, który z synem bogacza chodził do szkoły. Sławek nie chce podać nazwiska ani swojego, ani tym bardziej swojego kolegi ze szkoły, bo jak sam mówi, "nigdy nie wiadomo, co się przytrafi". – Ale wszyscy mu trochę zazdrościli, bo przecież on nie musi się nikomu podobać, w życiu i tak ma luz.
Dzieci w potrzasku
Można mówić, że to niepoważny problem – jak można narzekać na posiadanie pieniędzy – ale dla dzieci może to być prawdziwe piekło. Z jednej strony, nie chcą być napiętnowane. Z drugiej – by tego uniknąć, często rezygnują z wielu ułatwień, na które

Zazdrościmy ludziom, którzy odnieśli sukces, czujemy zawiść. Ludzie nie wiedzą, jak mają się odnosić do tych dzieci.

przecież rodzice latami pracowali. Naturalnym wydaje się, by korzystać z takich możliwości, ale paradoksalnie dzieci bogatych często z tego rezygnują – by mieć święty spokój albo udowodnić, że bez kasy rodziców też są coś warci.
– Zazdrościmy ludziom, którzy odnieśli sukces, czujemy zawiść. Ludzie nie wiedzą, jak mają się odnosić do tych dzieci – tak, jak do rodziców, czy jak do ich przedłużenia – wyjaśnia Dorota "Superniania" Zawadzka. – Wystarczy popatrzeć na serwisy plotkarskie, jak ludzie reagują na dzieci znanych osób.
Ze strony nastolatka…
– Wszystko zależy od środowiska, bo niektórym to nie przeszkadza i nie ma o czym mówić – mówi nam psycholog wychowawczy Jarosław Żyliński. – Może to być motywacja do pokazania swoich atutów nie wynikających z pieniędzy. Sprawność fizyczna, jak na przykład dobra gra w piłkę, czy intelekt – cięty dowcip, inteligencja. To motywacja do pokazania się w dziedzinie, w której jest się dobrym niezależnie od finansów i to jest pozytywne – wskazuje Żyliński.
Nasz rozmówca przyznaje jednak, że zdarza się, tak jak w przypadku Kamila, niechęć do tej pomocy: – Może się też zdarzyć odcinanie od tego, co oferują rodzice. Jeżeli jednak rodzice dają coś, by pomóc, to czemu tej pomocy nie przyjąć? Szczególnie, że za kilkadziesiąt lat może się zdarzyć tak, że to dziecko będzie się opiekowało rodzicem – przypomina Żyliński. I podkreśla, że wszystko to kwestia indywidualna: – Czy pomoc rodziców faktycznie jest bezinteresowna. Bo jeśli za dzieckiem ma się ta pomoc potem ciągnąć, ma być wypominana, to może lepiej jej nie przyjmować?
…I rodziców z dylematem
Co w takiej sytuacji mogą zrobić dorośli? – Trzeba wzmacniać swoje dziecko – stanowczo stwierdza Dorota Zawadzka. – Narty w Austrii czy wakacje na Bali, nauka

Narty w Austrii czy wakacje na Bali, nauka języków, nie ma w tym nic złego. Jeśli na coś nas stać, to trzeba to robić, trzeba wspierać dziecko.

języków, nie ma w tym nic złego. Jeśli na coś nas stać, to trzeba to robić, trzeba wspierać dziecko.
Oczywiście, należy to robić z umiarem i rozsądkiem. Superniania zaznacza, że niedobrze jest, gdy dziecko obnosi się z pieniędzmi, ale trudno tego uniknąć. – To łatwiejsze, gdy bogactwo jest normą i jest w rodzinie od któregoś pokolenia. Nuworysze prawie zawsze będą swoje bogactwo okazywać, tak samo ich dziecko – ocenia Zawadzka.
Specjalistka od wychowania zaznacza jednak, że to nie oznacza, iż możemy swoje pociechy rozpieszczać: – Dzieciom trzeba dać raczej twardą szkołę życia. Pokazywać sobą wzorce, ale kiedyś też trzeba odciąć tę pępowinę.
Złotej rady nie ma
Niektórzy rodzice wybierają jeszcze inną drogę: zamykają swoich synów i córki pod kloszem, posyłają do prywatnych szkół z takimi samymi bogaczami i tym samym pozwalają im uniknąć piętna "dziecka prezesa". Inni wręcz przeciwnie – wolą rzucić na głęboką wodę. Superniania podkreśla jednak, że napiętnowanie w szkole to nie aż tak duży problem, jak się wydaje. O wiele ważniejsze jest przygotowanie dziecka do "prawdziwego" życia. – Trzeba mówić, że nie zawsze się udaje, przygotować dziecko na porażki. Inaczej starcie z rzeczywistością może być bolesne – przestrzega Dorota Zawadzka.
Jarosław Żyliński wskazuje jednak, że to wszystko to tylko ogólne sugestie: – Jak rozwiązać ten problem? Trzeba szukać swojej wartości w tym, czego nie da się kupić. Ale, oczywiście, nie ma na to złotej rady, to kwestia indywidualna.