Marek Lisiński, były prezes Fundacji "Nie lękajcie się".
Marek Lisiński, były prezes Fundacji "Nie lękajcie się". Fot. Bartosz Bańka / Agencja Gazeta

Do momentu premiery filmu braci Sekielskich "Tylko nie mów nikomu" to on głównie był kojarzony z walką z pedofilią w Kościele w Polsce. To Marek Lisiński, były już prezes Fundacji "Nie lękajcie się", która pomaga ofiarom księży-pedofilów. On sam, mając 13 lat, także przeżył podobny dramat podczas spotkania z duchownym.

REKLAMA
– Jestem ofiarą księdza-pedofila. Na swojej drodze spotkałem takich samych ludzi jak ja: skrzywdzonych, molestowanych i gwałconych przez osoby duchowne lub najbliższych. Nasze spotkania zaowocowały pomysłem powołania fundacji. Iskrę rozpalił we mnie Ekke Overbeek, holenderski dziennikarz, autor książki „Lękajcie się. Ofiary pedofilii w polskim kościele mówią”. Wtedy byłem pewien, że osób takich jak ja jest garstka. Dzięki fundacji zobaczyłem, jak bardzo się mylę. Skala jest ogromna – mówił o sobie Marek Lisiński w wywiadzie dla Tylkotorun.pl.
Były już prezes Fundacji "Nie lękajcie się" miał 13 lat, kiedy stał sie ofiarmą molestowania księdza. Sprawca tego traumatycznego zdarzenia nigdy nie przyznał się do tego, co zrobił. Nigdy też nie przeprosił.
– Na 3 lata został zawieszony w posłudze kapłańskiej. Nie poniósł tak naprawdę żadnej kary. Niedawno duchowny ten założył mi proces o zniesławienie. Po czasie go wycofał. Ponownie jednak spotkaliśmy się w sądzie. Człowiek ten nie wyraził żadnej skruchy, a podczas rozprawy zaatakował słownie mnie i moją rodzinę. Sprawę przegrał. Orzeczeniem sądu ma mnie listownie przeprosić. Jego adwokat złożył apelację – mówił gazecie Lisiński.
Pomoc przy "Klerze"
Fundacja "Nie lękajcie się" pomaga przeszło 300 ofiarom księży-pedofilów. Głównie dostarcza im pomoc psychologów i prawników. Pokazuje dodatkowo, że nie są same, że takich ofiar księży jest więcej i nie muszą się bać. Dzień w Fundacji spędziła dziennikarka naTemat Anna Dryjańska, która w swoim artykule przedstawiła sposób jej działania.
To właśnie dlatego, że twórcy Fundacji tak dużo wiedzieli na temat pedofilii w Kościele, zgłosił się do nich Wojciech Smarzowski, reżyser filmu "Kler".
– Z Wojtkiem spotkałem się pierwszy raz w 2014 roku. Dotarła do mnie jego żona i skontaktowała nas ze sobą. Dowiedziałem się, że Smarzowski robi film o Kościele. Wracał właśnie z festiwalu filmowego w Berlinie i spotkaliśmy się w centrum handlowym. Opowiedział o swojej wizji filmu. Opowiedziałem mu historie podopiecznych mojej fundacji i wkrótce ruszyły prace – opowiadał Wirtualnej Polsce Lisiński.
Wizyta u papieża
Fundacja "Nie lękajcie się" zaangażowała się też w stworzenie własnej mapy pedofilii w Kościele w Polsce. Bazując na historiach swoich podopiecznych, informacjach z mediów i danych policji udało im się zaznaczyć setki przypadków czynów pedofilskich, których autorami byli duchowni. Sporządzony raport trafił do Watykanu wprost w ręce papieża Franciszka.
– Przygotowywaliśmy się do tego spotkania od kilku miesięcy. Gdy jako fundacja "Nie lękajcie się” zaczęliśmy pisać raport na temat ukrywania pedofilii we współpracy z posłanką Scheuring-Wielgus i panią radną Diduszko-Zyglewską, to wiedzieliśmy że jedyną drogą by został zauważony w Kościele jest przekazanie go do papieża Franciszka – opowiadał naTemat Lisiński.
– Mieliśmy wiele pomysłów jak to zrobić, szukaliśmy różnych dojść i przez sekretariat i przez kanclerza. W końcu dzięki posłance Scheuring-Wielgus udało nam się zdobyć wejściówki VIP na generalną audiencję z papieżem. Staliśmy w drugim rzędzie co było ogromnym sukcesem i wyróżnieniem. Ale odnoszę wrażenie, że w pewnym momencie inicjatywę przejęła dyplomacja watykańska, która wiedziała o naszej obecności. Udało nam się podejść do papieża Franciszka – opisywał.
Rezygnacja
Ale Marek Lisiński nie jest już prezesem Fundacji "Nie lękajcie się". Złożył rezygnację. Jego decyzja to efekt dziennikarskiego śledztwa Katarzyny Włodkowskiej i Katarzyny Surmiak-Domańskiej z "GW". Ustaliły, że Lisiński pożyczył 30 tys. zł od 26-letniej Katarzyny – ofiary ks. Romana B. Z Towarzystwa Chrystusowego. To głośna sprawa, bo kobieta wywalczyła milion zł zadośćuczynienia.
Po wygranej sprawie Lisiński przysłał kobiecie list, w którym przyznał, że leczy raka trzustki i pojawiła się szansa na leczenie nowatorską, ale drogą metodą. – Marek nie chciał na konto – powiedziała "GW" Katarzyna. – Przyjechał do mnie i ja mu te pieniądze dałam do ręki. 20 tysięcy na umowę pożyczki, dziesięć w prezencie. Nie mogłam spać, jak mi o tym napisał. Człowiek, który tyle dla nas, ofiar, zrobił, któremu tak ufałam, śmiertelnie chory? – dodała.
Na odchodnym poprosił, żeby sprawa została między nimi, a pieniądze miał oczywiście oddać. Nie zrobił tego, a pani Katarzyna zaczęła mieć podejrzenia, czy Lisiński w ogóle był chory. Sam zainteresowany od razu podał się do dymisji.