Opozycja w końcu odkryła Amerykę, ale oni wciąż mogą uczyć się polityki od PiS-u

Na zdjęciu autorka materiału Karolina Lewicka, dziennikarka TOK FM i politolog.
Na zdjęciu autorka materiału Karolina Lewicka, dziennikarka TOK FM i politolog. Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Wakacje spędzimy na wsi - zakomunikował opinii publicznej szef klubu PO, Sławomir Neumann. I nie będą to wczasy pod gruszą. Politycy opozycji mają ruszyć w teren, by spotkać tam swoich potencjalnych wyborców. Nie ma w Polsce człowieka, z którym nie byłoby warto porozmawiać - zagrzewa Grzegorz Schetyna. Czyli jest po heglowsku: sowa Minerwy znów wyleciała o zmierzchu.



Kluczowe pytanie brzmi: a właściwie dlaczego opozycja jest taka mądra po szkodzie, skoro każdy elementarz kampanii wyborczej podkreśla znacznie bezpośrednich spotkań z ludźmi? Skoro są na skuteczność tej strategii dowody historyczne, także nieodległe, można je jeszcze pamiętać: zwycięstwo Aleksandra Kwaśniewskiego w 1995 roku, Donalda Tuska (bo to on wygrał za PO) w 2011 czy Andrzeja Dudy cztery lata później?



Przypomnę, że marketing polityczny wyewoluował z tego ekonomicznego, przejmując na samym początku - jeden do jednego - stosowane w handlu narzędzia, a zatem także sprzedaż bezpośrednią. I tak, jak wędrowni handlarze krążyli od domu do domu z mydłem lub odkurzaczem, tak i politycy pukali do drzwi do drzwi z ulotką.



Jimmy Carter, późniejszy 39. prezydent Stanów Zjednoczonych, przegrawszy pod koniec lat 60. wybory na gubernatora Georgii, przez całą kadencję swojego konkurenta przygotowywał się do kolejnego starcia. „W ciągu tych czterech lat wygłosiłem 1800 przemówień” - wspominał - „wraz z żoną uścisnąłem wówczas ręce ponad 600 tysiącom ludzi, więcej niż połowie wyborców.


Witaliśmy masy idących na mecze piłki nożnej, na targi bydła, na rodeo (...) wchodziliśmy do zakładu fryzjerskiego i salonu piękności, do każdej restauracji, każdego sklepu i każdej stacji benzynowej. Godzinami staliśmy przy obrotowych drzwiach dużych magazynów towarowych”.


Republikanin Nelson Rockefeller, wnuk założyciela koncernu naftowego Standard Oil Johna Rockefellera i dziedzic potężnej fortuny, gdy postanowił wejść do polityki w 1940 roku, od razu zmienił swoje życie o 180 stopni.

Z limuzyny przesiadł się do taksówki, „zaczął jadać w tanich restauracjach, bywać na ogólnodostępnych plażach i w domach towarowych dla niezamożnych. Wyborcy mogli zobaczyć fotografię, na której siedzi na płocie, na tle pasących się krów”. Bo farmerzy też głosują, prawda?


Rzecz jasna, od tamtych czasów politykom przybyło wiele kanałów komunikacji z wyborcami, które w dodatku dają efekt skali. Przełomem była niewątpliwie telewizja, dzięki której polityk - jak mawiają Amerykanie - wszedł im do salonu (living room politics). Potem internet i media społecznościowe, a w ramach tychże big data, które to narzędzie pozwala politykom zaadresować sprofilowany komunikat niemal do pojedynczego wyborcy. Ale bez względu na postęp technologiczny, to spotkania twarzą w twarz w wyborcami były zawsze solą kampanijnej ziemi. Po prostu dlatego, że człowiek jest istotą społeczną.


No, ale opozycja odkryła Amerykę właśnie teraz. Powinni żałować, że wcześniej niechętnie korzystali z rad tych, którzy w Ameryce już byli (w przenośni i dosłownie, bo to tam marketing polityczny się narodził i tam jest jego awangarda; nie bez powodu niektórzy politycy PiS jadą za ocean obserwować każdą kampanię).

W ostatnich dniach sporo rozmawiałam z fachowcami od polityki i całego jej otoczenia (sondaże, social media, marketing), którzy oferowali opozycji swoje usługi czy wręcz byli o nie proszeni. Tyle że po pierwszym kontakcie telefon nagle stawał się głuchy: albo nikt nie odbierał, albo już więcej nie dzwonił. A profesjonaliści w otoczeniu PO bardzo by się przydali. Zbyt wiele aspektów tej kampanii tchnęło bowiem amatorszczyzną.

Na pozostałych opozycyjnych frontach sytuacja wygląda tak oto, że wobec przyjęcia do wiadomości i (chyba) pogodzenia się z jesienną wygraną Jarosława Kaczyńskiego, wielu kombinuje, jak by się tu - przy takim stanie rzeczy - załapać na mandat lub stanowisko. I tak, politycy Kukiz’15 - znani antysystemowcy i wrogowie establishmentu - otwarcie mówią o starcie w ramach Zjednoczonej Prawicy. Zaś lider Stowarzyszenia jest już po rozmowie z prezesem PiS.



U ludowców uaktywniła się grupa tych polityków, którzy na pytanie: kto wygra? niezmiennie odpowiadają, że nasz koalicjant. Na czele, a jakże, Waldemar Pawlak, który – jak wynika z moich informacji – ma rozmawiać o potencjalnym sojuszu z Joachimem Brudzińskim. Zresztą, także Marek Sawicki, od samego początku krytyk startu ludowców w ramach Koalicji Europejskiej, otwarcie „wyobraża sobie” koalicję z partią rządzącą. Widać niektórzy w PSL-u uznali, że kolejnych czterech lat bez dostępu do spółek i agencji nie przetrzymają.


I mamy w związku z tym czarno na białym, że furda wartości, gdy idzie o władzę i konsumpcję jej owoców. Nie, żebym była zdziwiona, jednak poseł Sawicki mógłby sobie darować opowieści o tym, jak w ewentualnym sojuszu z PiS-em, PSL „nie pozwoli na łamanie Konstytucji”. Obraża to bowiem inteligencję wielu obywateli.


Ale, ale! Zapomniałabym, w przededniu lata, o Wiośnie. Robert Biedroń przyjął mandat do PE, „tak, jak obiecał” (naprawdę to powiedział!). Prognozuję, że odda się już od lipca światowemu życiu w Brukseli i tyle go będziemy widzieć, co w weekendowych programach publicystycznych. Wprawdzie wciąż śle nam bombastyczne komunikaty typu: „Mam dla Polski bardzo dobrą wiadomość (…) która da opozycji nadzieję na to, że jesteśmy w stanie napisać nowy rozdział dla Polski”, ale to już nawet nie jest śmieszne.

A zatem na trzy miesiące przed kolejnymi wyborami z horyzontu politycznego zniknęła nam wielka koalicja, choć obliczeń pokazujących racjonalność wspólnego marszu opozycji było dość i przekonujących. Niewykluczone jednak, że ostatecznie powstanie, tyle że po tej drugiej stronie, pisowskiej. Partia Jarosława Kaczyńskiego nie zasypia bowiem gruszek w popiele i zacząła już uprawiać „politykę miłości” wobec niektórych dotychczasowych wrogów. Bo, jak od lat przekonuje prezes, trzeba się kierować „mądrością etapu”.

Cytaty za: H. Pattke, Jak zostaje się prezydentem Stanów Zjednoczonych, Warszawa 1987.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...