
Niektórzy nazywają je litewską Prypecią, inni miastem atomówek. Zdarzają się porównania do Czarnobyla, bo tutejsza elektrownia miała podobne reaktory jak tam. Zresztą ludzie stąd jeździli do Czarnobyla pomagać w usuwaniu awarii. – Taki był obowiązek. Różne grupy zawodowe dostawały polecenie, by wysłać po 20 czy 50 osób. Ludzie potem chorowali – wspomina Krystyna Gotowska, Polka, która do Wisaginii przyjechała w latach 70. Zna to miasto od samego początku.
Właśnie tu latem ubiegłego roku przyjechała ekipa "Czarnobyla" i przez kilka tygodni siedziała w elektrowni.
Miasto od początku miało być nowoczesne. Szerokie arterie, wieżowce. Pięknie położone w sosnowym lesie, nad jeziorem, przyciągało ludzi. Miało piękny hotel. Dawało poczucie dobrobytu.
Od 10 lat elektrownia jądrowa jest w likwidacji. Kiedyś pracowało tam 5 tys. ludzi, dziś około 1,5 tys. – To nie jest sklep z warzywami. Jeszcze długie lata miną zanim elektrownia zupełnie zostanie zamknięta. Wspomina się o 2030 roku – stwierdza Zygfryd Binkiewicz.
Według oficjalnych statystyk Wisaginia liczy około 30 tys. mieszkańców. – Jednak połowa pewnie już wyjechała. W mieście jest pusto, młodych ludzi nie widać. Takie zacisze się zrobiło. Mój syn również wyjechał do Londynu. Wyjechali też jego koledzy, znajomi – mówi nam Krystyna Gotowska. Najczęściej kierunek: Wielka Brytania, Szwecja, Norwegia. Polska raczej nie.
"Głównym problemem można nazwać brak znajomości języka państwowego. W tym sensie Polacy w Wisagini są w zdecydowanie lepszej sytuacji. Największe problemy pod tym względem mają Rosjanie i Białorusini. Czytaj więcej
10 lat temu byłam w Wisaginii. Pamiętam, że w centrum miasta stał licznik Geigera, który pokazywał poziom napromieniowania i działał na wyobraźnię przyjezdnych. Mieszkańcy mówią, że stoi do dziś, ale już tylko pokazuje czas.
