Awaria Facebooka i Instagrama pokazała, co jest z nami nie tak. 5 oznak tego, że świat stanął na głowie

Przez awarię na Facebooku i Instagramie miliony internautów nie wiedziało co począć
Przez awarię na Facebooku i Instagramie miliony internautów nie wiedziało co począć Fot. ijmaki / Pixabay, scrreny z downdetector.pl/
Nawet widmo nadciągającej katastrofy ekologicznej nie wywołało takiej ogólnoświatowej paniki jak... awarie popularnych serwisów społecznościowych. Facebook i Instagram nie działały przez krótki czas, a ludzie odchodzili od zmysłów jakby wybuchła wojna. Zresztą, niektóre media tak to też relacjonowały.


Sądny dzień nastał 3 lipca 2019 roku. Miliony osób na całym świecie poczuło się jak ryba bez wody. W Polsce awaria Facebooka, Instagrama i WhatsAppa (wszystkie serwisy są w rękach tego samego człowieka - Marka Zuckerberga) przypadła na wieczór. Niektórzy prawdopodobnie zareagowali na to bardziej dramatycznie niż mieszkańcy Pompejów na wybuch Wezuwiusza.

1. Koniec świata!

Usterka trwała zaledwie kilka godzin i polegała głównie na problemach z wyświetlaniem i publikowaniem zdjęć oraz filmów. W serwisie downdetector.pl, który monitoruje serwisy pod kątem błędów, nastąpił wysyp komentarzy spanikowanych internautów. Ludzie nie wiedzieli co robić, więc wylewali swoje żale w komentarzach. Osobistą tragedię widać nawet w błędach ortograficznych i stylistycznych. To ewidentnie pokazało skalę uzależnienia od social mediów, a raczej co się stanie, gdy ich nagle zabraknie.

2. Ludzie zamiast wyjść na dwór, weszli na Twittera

Alternatywnych aktywności było sporo, ale większość wybrała postowanie na innym popularnym serwisie - Twitterze (i właśnie tam pojawiały się oficjalne oświadczenia). Oczywiście, były to głównie posty nabijające się z awarii konkurencji, ale wciąż internauci potrzebowali jakiegoś ujścia, gdzie mogli się wygadać, podyskutować. Tak jakby nikt nie wpadł na pomysł, że zaraz wszystko wróci do normy i można to spożytkować na dokończenie spraw, pójście na spacer, zadzwonienie do rodziców. Cokolwiek.

3. Instagramerzy jak bez ręki

Awaria przypadła akurat na pierwszy dzień Open'era - nieoficjalnego zjazdu instagramerów. Z tych okoliczności zażartowali sobie twórcy bloga "Make Life Harder" (ciekawe jak im udało się wrzucić fotkę?). Najśmieszniejsze w tym jest to, że to po części prawda. Sporo osób jedzie na ten festiwal nie dla artystów, lecz dla fotek.

Z drugiej strony Instagram jest miejscem pracy nie tylko influencerek, ale i agencji reklamowych oraz marketingowych promujących klientów. Ten aspekt akurat skłania do głębszej refleksji - jeśli Fejs lub Instagram padnie na amen, padnie z nim wiele firm.

4. Relacje jak z frontu wojennego

Dożyliśmy też czasów, w których media nie relacjonują wojen tak szczegółowo, jak awarii w social mediów. Np. redaktorzy "Komputer świata" kilkukrotnie aktualizowali artykuł ze stanem serwerów - nawet o 5 nad ranem!
Dołączane były też mapki, które trudno odróżnić od tych ukazujących prawdziwe konflikty zbrojne.
Serwisy rzecz jasna odpowiadają na zapotrzebowanie swoich czytelników, których interesują bardziej takie przyziemne sprawy, niż jakieś tam ludobójstwa w Afryce czy wojny na Bliskim Wschodzie.

5. Zdjęcia ulotne jak ulotka

Kilkugodzinna awaria skłoniła mnie do zastanowienia się nad kondycją społeczeństwa, ale i do tego.... by zrobić kopię zapasową zdjęć. Na Facebooku mam ich setki. I tylko tam. Jeśli pan Zuckerberg nagle stwierdzi, że zwija interes, byłaby to wielka strata dla wielu z nas. Warto więc je sobie wszystkie pobrać na wszelki wypadek (można to zrobić tutaj).


"Kataklizm" ujawnił też mroczną stronę Facebooka. Zdjęcia co prawda nie były wyświetlane, ale pokazały się tagi, których serwis używa do katalogowania "naszych" fotografii. Znaczniki zostały dodane przez algorytmy sztucznej inteligencji. Dość trafnie. Prawdopodobnie służą do profilowania reklam.

Pozostało jeszcze pytanie o to, co było przyczyną "katastrofy". W oświadczeniu czytamy, że błąd był spowodowany "rutynowymi czynnościami konserwacyjnymi".