"Kto by pomyślał, że będziemy tłumaczyć, że jesteśmy Polakami". Nagonka na Gdańsk najbardziej uderza w takich ludzi

Ta okładka oburzyła Henrykę Flisykowską-Kledzik, przewodniczącą Koła Rodzin b. Pracowników Poczty Polskiej w Wolnym Mieście Gdańsku.
Ta okładka oburzyła Henrykę Flisykowską-Kledzik, przewodniczącą Koła Rodzin b. Pracowników Poczty Polskiej w Wolnym Mieście Gdańsku. Fot. okładka "Sieci" Nr 26 (344) 2019
Tą okładką tygodnik "Sieci" oburzył pół Polski. Henryka Flisykowska-Kledzik, przewodnicząca Koła Rodzin b. Pracowników Poczty Polskiej w Wolnym Mieście Gdańsku, była nią wstrząśnięta. Jej ojciec był zastępcą dowódcy obrony Poczty Polskiej, został rozstrzelany na gdańskiej Zaspie 5 października 1939 roku. Gdy zobaczyła tygodnik, napisała list otwarty. – Jak można tak szkalować ludzi? – pyta w rozmowie z naTemat.


List otwarty zamieścił w całości portal gdansk.pl. Jako przewodnicząca Koła Rodzin b. Pracowników Poczty Polskiej w Wolnym Mieście Gdańsku, Henryka Flisykowska-Kledzik pisze: "Jesteśmy głęboko urażeni okładką tygodnika 'Sieci' z dn. 1.07.2019 r. zatytułowaną 'Czy Gdańsk chce do Niemiec?'". Bardzo mocno Pani napisała. "Wyrażam sprzeciw wobec nagonki w mediach, która od dłuższego czasu ma na celu dyskredytowanie Miasta Gdańska oraz jego mieszkańców. Nie możemy milczeć widząc dzisiaj pogardę i nienawiść".


To był spontan. Nawet nie wiem, czy dobrze zrobiłam. Ale po tym, co zobaczyłam i przeczytałam, musiałam to napisać. Absolutnie nie możemy milczeć, gdy słyszymy, że jesteśmy Niemcami, że mamy jakieś ciągoty niemieckie. Absolutnie nie mamy. A pokolenie Niemców też dziś jest zupełnie inne.


Jaka była pierwsza myśl, gdy zobaczyła Pani okładkę "Sieci"?

Dla nas, gdańszczan, to było straszne. Już sam tytuł "Czy Gdańsk chce do Niemiec?” był poruszający. To mogą pisać tylko ludzie, którzy nie wiedzą, co się działo w latach 30. czy 40. Ja sama miałam 3 lata, jak wybuchła wojna, ale w pamięci żywe jest to, co się działo. Jak można tak szkalować ludzi? Kto może tak złośliwie pisać? Zamiast się cieszyć, że mieszkamy w takim pięknym Gdańsku? Że ludzie tu na ogół są bardzo związani ze sobą, są ludźmi niekonfliktowymi?
Była Pani przerażona?


Oczywiście, że tak. Jak można tak napisać? Niech nie wyżywają się na nas, mieszkańcach Gdańska. Na rodzinach wielopokoleniowych. Moja rodzina jest gdańską rodziną czteropokoleniową. Jestem ja, moja córka, mój wnuk, i mam dwoje prawnuków. Wszyscy jesteśmy gdańszczanami. I kochamy to miasto. Nigdy nie mieliśmy ciągot, by wyjeżdżać do Niemiec, czy powoływać się na jakieś niemieckie pochodzenie.

Pani jest córką zastępcy dowódcy obrony Poczty Polskiej. "Nasi ojcowie przypłacili życiem swoją lojalność wobec państwa polskiego, broniąc 1 września budynku Poczty Polskiej w Wolnym Mieście Gdańsku" – pisze Pani w liście otwartym. Ataki na Gdańsk muszą bardziej boleć.

Rodziny Obrońców Poczty przeszły w czasie wojny straszną gehennę. Na nas wszystkich to się odbiło. Tułaliśmy się po obcych ludziach, nie mieliśmy swojego mieszkania, bo mieszkaliśmy na poczcie i stamtąd musieliśmy wyjechać.

Ja nie byłam w czasie okupacji z moją mamą. Mama ukryła się na wsi kaszubskiej, u rodziny taty, bardzo była niespokojna o los ojca, ale nie mogła być z dwójką dzieci. Przez całą wojnę byłam u ciotki. Rodzina była rozdzielona, spotkałam się z mamą i bratem dopiero w 1946 roku. Mama nie mogła zdobyć mieszkania, bo przecież naszym mieszkaniem była poczta.

Kiedyś obliczyłam, że w swoim życiu byłam z mamą 10-11 lat. Dlatego taka jestem dziś, gdy ktoś nadepnie mi na odcisk w sprawie Gdańska. Będę walczyć.
Fragment listu otwartego

"Bohaterska obrona, która trwała kilkanaście godzin zakończyła się kapitulacją obrońców, ich procesem, a następnie rozstrzelaniem 5 października 1939 r. 38 pocztowców. Ci pocztowcy, którzy nie brali udziału w obronie, niejednokrotnie całą wojnę spędzili w obozach koncentracyjnych. Losy nas, dzieci zamordowanych pocztowców również nie były łatwe. Niemniej jednak po wojnie wielu z nas wróciło do Gdańska - miasta, z którego praktycznie nic nie zostało. Wróciliśmy, bo Gdańsk był naszym domem, bez względu na tragedie, które nas w nim spotkały". Czytaj więcej

Jak Pani zetknęła się z okładką tygodnika "Sieci”?

Koleżanka mi powiedziała o tym tygodniku. Poszłam i go kupiłam. Gdy przeczytałam artykuł, to mnie ruszyło. Usiadłyśmy potem i napisałyśmy list otwarty.

Znała pani wcześniej to pismo?

Nie. Nie czytam go.

Napisała Pani: "Nie możemy dopuścić by wskutek tej antygdańskiej kampanii doszło w naszym mieście do kolejnej tragedii". Myśli Pani, że to możliwe?

A do czego to doprowadzi, jak coraz bardziej będziemy sobie skakać do oczu? To naprawdę może się skończyć jakąś tragedię. A my w Gdańsku już dosyć tragedii żeśmy przeżyli. Zawsze to miasto było dumne i niepokorne. Jak mówi motto w herbie miasta Gdańsk: "Bez strachu, ale z rozwagą". Przyszło Pani kiedyś do głowy, że będzie Pani stawać w obronie Gdańska i jego mieszkańców?

Nigdy. Wręcz odwrotnie. Walczyliśmy o rehabilitację pocztowców przy współpracy z niemiecką stroną. I kto by pomyślał, że będziemy musieli się tłumaczyć, że jesteśmy Polakami? To jest straszne, co się w tej chwili dzieje. I to są katolicy? Ludzie wierzący? Klękający przed ołtarzami? A mają w sobie tyle żółci i nienawiści?

Docierały do Pani wcześniej podobne ataki?

Ostatnio bardzo się to nasiliło. Mam wrażenie, że stoją za tym osoby, które są z pierwszego rozdania gdańszczanami.

Gdańsk to miasto bohater. Z taką placówką jak Westerplatte czy Poczta Polska. Jak można teraz temu miastu odbierać prawa do tych miejsc? To są gdańskie miejsca i cały świat wie, że Westerplatte było w Gdańsku. A teraz będzie w Warszawie? Nie rozumiem tego wszystkiego, co się dzieje.
To samo z Muzeum II Wojny Światowej. Dobrze, że powstało, ale po co wokół niego robić kwas? Nie znam pani prezydent Dulkiewicz, ale widziałam, co dla Gdańska zrobił śp. prezydent Adamowicz. Wiem, jakie serce dla tego miasta ma Donald Tusk. Przecież on na każdym kroku podkreśla, że jest dumny z tego, że jest gdańszczaninem.

Dziwię się np. panu Sellinowi, który też jest gdańszczaninem. Pamiętam go jeszcze jak był dziennikarzem gdańskiej telewizji. Jak on może brać udział w tej nagonce zamiast bronić miasta? Proszę jeszcze opowiedzieć o Kole Rodzin b. Pracowników Poczty Polskiej w Wolnym Mieście Gdańsku. Jak powstało?

Działamy przy Muzeum Poczty Polskiej w Gdańsku. Ktoś w 1990 roku rzucił hasło, żebyśmy się zawiązali na wzór Rodzin Katyńskich. I w 1991 roku koło się zawiązało. A potem, w tym samym roku, odkopano szczątki na Zaspie. Myśmy od razu wiedzieli, że to są pocztowcy. I badania potwierdziły, że to są obrońcy poczty. Jakiś palec boży chyba czuwał, że nasi ojcowie chcieli byśmy się zjednoczyli. A wtedy oni się ujawnili.

Ile osób liczy koło?

Gdy koło zawiązywało w 1991 roku, było nas ponad 100 osób. W tej chwili dzieci Obrońców można policzyć na palcach dwóch rąk. Cieszę się bardzo, że przychodzą wnuki, młodsze pokolenie. To jest ogromnie ważne. Koleżanka, która powiedziała mi o tygodniku „Sieci” jest wnuczką jednego z pracowników. Bardzo dobrze nam się współpracuje. Razem walczymy, żeby zachowała się pamięć o naszych ojcach, mężach, o bliskich.

Co roku przychodzimy na uroczystości rocznicy i jesteśmy trochę traktowani per noga. Jak biskup odprawia mszę, to wymienia portowców, stoczniowców, kolejarzy, ale nie wspomina w ogóle o rodzinach pocztowców.

Co by Pani powiedział tym, co szkalują?

Powtórzyłabym to, co napisałam. Choć i tak nie odniesie to skutku. Być może trochę wsadziłam kij w mrowisko. Ale po prostu to są nasze odczucia. Czasem są chwile, że człowiek musi sobie ulżyć.
fragment listu otwartego

"W tym roku obchodzimy 80. rocznicę wybuchu II wojny światowej, która zaczęła się tu, w Gdańsku. Mamy nadzieję, że ta okrągła rocznica skłoni wszystkich do refleksji. Polska jest naszym wspólnym dobrem, bez względu na to jakie mamy poglądy. Polska była okrutnie doświadczona przez los, i nasi przodkowie poświęcali swoje życie byśmy my mogli zaznać pokoju. Nie zmarnujmy szansy i budujmy naszą przyszłość wspólnie na takich wartościach jak szacunek do drugiego człowieka, otwartość i solidarność". Czytaj więcej