"Najlepiej uzbrojeni działali na kobiety jak magnes". Historyk ujawnia prawdę o powstańczych ślubach

Ślub Alicji Treutler i Bolesława Biegi "Pałąka", 13 sierpnia 1944 roku
Ślub Alicji Treutler i Bolesława Biegi "Pałąka", 13 sierpnia 1944 roku Kadr z filmu "Powstanie Warszawskie"/commons.wikimedia.org
Kiedy zapytałam historyka i przewodnika po mieście stołecznym – Adriana Sobieszczańskiego – o to, dlaczego interesują go szczególnie śluby powstańcze, nie spodziewałam się porównania, w którym kluczową rolę pełnić będzie Stańczyk. Najsłynniejszy błazen królewski miał bowiem kiedyś symulować ból zęba i chodzić po krakowskim rynku z twarzą owiniętą szmatą. Tylko jak to się ma do Powstania Warszawskiego?


Otóż Stańczyk uznał po swojej prowokacji, że najwięcej w Rzeczpospolitej jest lekarzy; każdy przechodzień miał swój pomysł na to, jak sobie z bolącym zębem poradzić.
– Podobnie jest z Powstaniem Warszawskim. Od kilkunastu lat 1 sierpnia w Polsce najwięcej jest historyków, którzy zupełnie niepotrzebnie oceniają jego zasadność. O tej hekatombie trzeba pamiętać, ale nie musimy skupiać się wyłącznie na walkach i rozkazach. Oprócz pocisków, wybuchały też uczucia, pobierały się średnio 4 pary dziennie. Pod tym względem to był piękny czas – tłumaczy mój rozmówca.


Podczas 63 dni Powstania Warszawskiego udokumentowano aż 256 ślubów, ale cywile małżeństw w tym czasie nie zawierali. Czy zatem popularność tego sakramentu była wyłącznie efektem strachu przed śmiercią, chęcią "pożycia jeszcze", zapewnieniem namiastki normalności w czasie walk?


Małżeństwa były zawierane też z innych powodów: choćby po to, żeby wprowadzić odrobinę wesołego nastroju. Kiedy w batalionie Zaremba-Piorun zginął młody sanitariusz Andrzej, żeby odgonić smutki, postanowiono "ożenić Jasiów", czyli Jana Walca i Marię Różę Nawrotną. To właśnie oni dostali od szefa oddziału sanitarnego słynny już prezent: wannę wypełnioną czystą, ciepłą wodą, w której mogli się wreszcie umyć. Co ciekawe, w tym ślubie nie przeszkodził nawet fakt, iż pan młody był wyznania ewangelickiego.Przypomnę, że było to przed II Soborem Watykańskim; równość kościołów chrześcijańskich nie była jeszcze ustalona, nie funkcjonowały śluby ekumeniczne.


Ślubów zresztą było znacznie więcej niż ta oficjalna liczba 256, bo znam relacje osób, w których rodzinach małżeństwa wówczas zawierano, ale później nigdzie ich nie zgłoszono. Popularność tego sakramentu wynikała między innymi z tego, że wierzono, iż na wypadek upadku powstania, pary małżeńskie nie będą rozdzielane. Rzeczywistość okazała się jednak zupełnie inna.

Część ślubów zawierano w kościołach i kaplicach, inne w kamienicach, piwnicach i polowych szpitalach, ale nie ma udokumentowanych ślubów cywilnych. Nie znaczy to, że ich nie było, ale jednak w okresie okupacji – na skutek strachu i szoku po upadku państwa czy stracie najbliższych – ludzie chętnie powracali do praktyk religijnych.

Dziś, żeby zawrzeć ślub kościelny, trzeba spełnić szereg wymagań. W czasie wojny liczyła się tylko wola państwa młodych?

Nie do końca – śluby podczas powstania były społecznym fenomenem dostrzeżonym przez władze. Ich udzielanie, od 18 sierpnia 1944 roku, było podporządkowane rozkazowi generała Montera, który głosił, że wszystkie małżeństwa mają być zgłaszane do duszpasterstwa. Wskazywał też, że młodzi muszą mieć zgodę rodziców i kapelanów. To było jednak w czasie powstania nie do zrobienia, więc kapelani udzielali takich ślubów na własną odpowiedzialność.

Myślę, że dla księży też było to przyjemne – w tym czasie głównie przecież zajmowali się grzebaniem zmarłych, udzielaniem rozgrzeszenia "in articulo mortis", czyli na wypadek nagłej i niespodziewanej śmierci, zabezpieczaniem depozytów po zmarłych. Śluby były jedynym miłym wydarzeniem... chociaż słyszałem o jednym niezadowolonym księdzu.

Uważał, że ślub podczas powstania zabiera czas na rzeczy ważniejsze?

To nie to – zwłaszcza że te ceremonie trwały na ogół kilka minut. Ten ksiądz, o którym mówię, był niezadowolony z tego, że jest nagrywany! Mowa o ślubie pani Alicji i Bolesława Biegów, kojarzonym przez wszystkich, którzy oglądali Powstańczą Kronikę Filmową. Ta para swoją drogą do dziś żyje pod Nowym Jorkiem, doczekała się piątki dzieci, 12-ścioro wnuków i dwoje prawnuków. Ich ślub został nagrany przez przedwojennego olimpijczyka Eugeniusza Lokajskiego, który stacjonował naprzeciwko i dowiedziawszy się, że coś się dzieje, szybko przybiegł z kamerą. Księdzu się to nie spodobało, rozpraszał go dźwięk kamery i skierowane na niego światła. Za to jeszcze w tym samym miesiącu mógł razem z innymi warszawiakami oglądać ten film w powstańczym kinie Palladium, wypchanym po brzegi.
Nawet podczas tych radosnych uroczystości były jednak powody do obaw, bo najsłynniejsza wpadka polskiego podziemia miała miejsce właśnie podczas ślubu.

Co się wydarzyło?

Chodzi o wydarzenia w kościele św. Aleksandra przy placu Trzech Krzyży jeszcze sprzed wybuchu powstania – 5 czerwca 1943 roku. Ślub brał wtedy Mieczysław Uniejowski, jeden z członków Organizacji Specjalnych Akcji Bojowych "Osa"–"Kosa 30" powołanej do tego, żeby wykonywać wyroki śmierci na wysoko postawionych urzędnikach i oficerach niemieckich. Środowisko było infiltrowane, a na ślubie pojawiło się aż 25 osób z tej organizacji, w tym zastępca komendanta. Niemcy mieli ich jak na widelcu. Wykorzystali to – kiedy państwo młodzi po zaślubinach weszli do zakrystii, okazało się, że Niemcy już tam są. Obstawili wyjścia z kościoła i wyloty wszystkich ulic dochodzących do placu. Aresztowano ponad 80 osób – wszystkich, oprócz dwóch gości, którzy akurat poszli kupić klisze do aparatu. To nie była przypadkowa akcja, zostali zdradzeni. Przeżyło tylko kilka osób, w tym panna młoda i jej rodzice.

Od tamtej pory dowództwo AK przyjęło strategię, aby młodzi ludzie nie wyjawiali swoich tożsamości. Pseudonimy oczywiście obowiązywały wcześniej, ale te zasady były łamane. Dowództwo zaczęło zwracać na to uwagę, więc ludzie, którzy poznawali się podczas Powstania Warszawskiego, często nie znali swoich prawdziwych nazwisk. Przykładem jest Jan Nowak Jeziorański, który swoją żonę – z którą był do końca jej życia w 1999 roku – poznał jako "Gretę".

Nie tylko nie podawali nazwisk, ale pewnie też niewiele osób na ślub zapraszali. Czy w tamtym czasie organizowano przyjęcia weselne, czy odkładano imprezę na "po powstaniu"?

Bywało różnie. Na przykład ślub pani Teresy Bagińskiej z "Kruszyną", jednym z faktycznych wykonawców wyroku śmierci na Franzu Kutscherze, został zawarty 1 sierpnia jeszcze przed godziną 17.00. Państwo młodzi bezpośrednio po ceremonii poszli na zgrupowanie swoich oddziałów i przystąpili do walk powstańczych. Nie było więc ani przyjęcia, ani nocy poślubnej.

Zwyczajowo jednak przyjęcia były. Czasem podawano na nich biszkopty zdobyte od Niemców, innym razem kanapki z pomidorami zebranymi z Ogrodu Pomologicznego albo kawę zbożową. Wspomnieni przy okazji zdenerwowanego księdza Alicja i Bolesław Biega spędzili noc poślubną w holu Poczty Głównej przy placu Napoleona – byli tak zmęczeni, że zasnęli przytuleni i nie przeszkadzało im to, że przez całą noc po ich nogach przebiegały łączniczki.

Ciekawa historia wiąże się też z weselem najmłodszej córki ostatniego właściciela Wilanowa, Adama Branickiego. Mówi się, że po jej ślubie z Leszkiem Rybińskim podano upolowanego kota.
Trochę się w to nie chce wierzyć, biorąc pod uwagę, że arystokratyczna rodzina Branickich podczas wojny nie straciła ani pałacu w Wilanowie, ani na Nowym Świecie.

Rodzina Branickich została w Wilanowie, ponieważ kuzynka Marii Radziwiłłowej, z domu Branicka, zaprzyjaźniona była z królową Włoch. Ona właśnie namówiła Mussoliniego, żeby ten z kolei przekonał Hitlera, aby Branickich z pałacu nie wypędzać. Nie przeszkodziło to Niemcom w tym, aby Adam Branicki podczas okupacji trzy razy lądował na Pawiaku.

Polacy kojarzą Branickich przez pryzmat Targowicy, zdrady narodowej. Tymczasem to wojenne pokolenie było bardzo zaangażowane w ruch oporu. Córki Adama Branickiego brały udział w Powstaniu Warszawskim, a jego żona jeździła po Warszawie upiększoną herbem rodowym karetą, w której przewoziła broń i rannych po akcjach zbrojnych polskiego podziemia. Kiedy była zatrzymywana przez Niemców, to po niemiecku zwracała im uwagę, mówiąc kim jest i prosząc, żeby się lepiej zastanowili, kogo zatrzymują.

Domyślam się, że – mimo wszystko – Beata Branicka i Leszek Rybiński prezenty i obrączki mieli lepsze od przeciętnych par młodych w tym okresie.

Pewnie tak, bo to nie było szczególnie trudne. Niektórzy mieli obrączki z kółeczek od zasłon, inni – z łusek karabinu maszynowego albo kawałka drutu. Byli tacy, którzy mieli pożyczone, albo nie mieli ich w ogóle i już nigdy potem nie kupili. Prezenty też były dość specyficzne: puszka konserwy trzymana przez ciotkę na czarną godzinę, zepsuta chałwa. Podarek w postaci butelki wina uratowanej ze sklepowej piwnicy był rarytasem.

Czasem koledzy zastępowali koleżankę łączniczkę "w pracy" przez cały dzień, żeby ta mogła spędzić kilka chwil ze swoim świeżo nabytym mężem. Wszystkie młode pary, które przeżyły, wspominały po latach, że w tych skromnych ślubach było więcej treści niż formy. Zupełne przeciwieństwo tego, co jest dzisiaj. To, że jedna z pań podczas ślubu miała na sobie uszytą ze spadochronu żółtą bluzkę, najpierw schodziło na drugi plan, a później było bardzo wzruszającym wspomnieniem.

Czy to prawda, że kobiety szczególnie szalały za powstańcami z konkretnych batalionów, a więc że nie za każdym mundurem panny sznurem?

Kluczowa była miłość i zagrożenie, ale rzeczywiście wśród kobiet największym powodzeniem cieszyli się ci walczący w zgrupowaniu "Radosław", bo byli najlepiej uzbrojeni. Konspiracyjna "błyskawica", przedwojenny polski Vis, albo zdobyczne MP40 działały na kobiety jak magnes!

Po wojnie nie było już ani (aż takiego) zagrożenia, ani uzbrojenia. Czy szare, powojenne życie zweryfikowało uczucia? Inaczej się kocha, kiedy nie wie się, "czy ta niedziela nie jest ostatnia"?

Wiele małżeństw nie przetrwało. Rzeczywiście te śluby były często efektem chwili – Beata Branicka podjęła decyzję o ślubie, kiedy jej narzeczony nie wracał z walk. Obiecała sobie, że jeśli przeżył, to wezmą ślub. Tak się stało i to jej uratowało życie, bo wyjechali później z mężem do Krakowa. Cała jej rodzina trafiła na zsyłkę, tylko ona tego uniknęła.
Ale niektórzy po wojnie również mieli wspólne misje i cele – inne niż walka z okupantem. Mówię na przykład o Marii i Kazimierzu Piechotkach.

Architektach całego osiedla "Piechotkowo" na warszawskich Bielanach?

Tak. Oni na przykład nie dopuścili do tego, żeby ich życie było "nudne", bo zaangażowali się w budowę Warszawy.

Co prawda byli parą jeszcze przed powstaniem, ale wzięli ślub, kiedy pan Kazimierz Piechotka wyszedł po długim czasie z kanału na Powiślu ubrany w SS-mańską kurtkę z przypiętym krzyżem Virtuti Militari. Oświadczył wtedy swojej narzeczonej, że to jest najlepszy moment na wzięcie ślubu, ponieważ pierwszy raz od rozpoczęcia powstania ma na sobie całe, niepodarte spodnie. Pani Maria nie mogła odmówić! Do kaplicy wchodzili przez deskę podstawioną pod oknem, chodzili po rozbitych witrażach i... przeżyli ze sobą 67 lat.
Wrócili do Warszawy w 1947 roku, podjęli od razu współpracę z Janem Zachwatowiczem, generalnym konserwatorem zabytków. Nie tylko zaprojektowali "Piechotkowo", ale pracowali m.in. przy odbudowie katedry pod wezwaniem męczeństwa Jana Chrzciciela na Starym Mieście. Mieli spółkę architektoniczną, projektowali budynki mieszkalne i gospodarcze.

Dlatego nie sądzę, żeby zawieranie małżeństw i wspólne życie po ślubie w czasach wojennych i teraz się od siebie różniło – niektóre związki przetrwały, inne nie. Ale warto mówić o tym, że oprócz pocisków, wybuchały też uczucia, bo kiedy my obchodzimy kolejną rocznicę powstania, oni – jeśli żyją – obchodzą kolejną rocznicę ślubu. I to jest piękne!

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...