
Policja zlikwidowała obóz londyńskich "Oburzonych". Dla jednych namiotowisko było symbolem oporu przeciwko niesprawiedliwości, dla innych - hałaśliwym utrapieniem. Ruch #OccupyLondon obiecuje, że to nie koniec walki z bezwzględną stroną kapitalizmu.
REKLAMA
Operacja usunięcia obozu zaczęła się po północy. Setki osób – policjantów w pełnym rynsztunku, strażników miejskich i komorników – otoczyły namiotowisko i przystąpiły do jego likwidacji. „Oburzeni”, chociaż nie szczędzili funkcjonariuszom gwizdów i cierpkich słów, w większości zachowywali się pokojowo. Kilkudziesięciu próbowało zbudować drewniane barykady, ale na niewiele to się zdało. Łącznie aresztowano 20 osób.
W styczniu Wysoki Sąd zadecydował, że obóz sprzed katedry św. Pawła musi zniknąć. Aktywiści próbowali się od tego odwołać, ale w zeszłym tygodniu odrzucono ich apelację. Wtedy stało się jasnym, że policja może zjawić się w każdej chwili. - Spodziewaliśmy się, że przyjdą w poniedziałek w nocy lub trochę później – powiedział „Guardianowi” jeden z protestujących.
Likwidacja obozu wywołała mieszane uczucia wśród Brytyjczyków. „Londyńscy Oburzeni nie osiągnęli nic oprócz irytowania innych. Lepiej byłoby, gdy zaproponowali jakieś rozwiązani zamiast tylko psioczyć na kapitalizm”, napisał jeden z nich na Twitterze. „Równie dobrze może to być koniec brytyjskiej demokracji. Było fajnie, póki trwało”, komentował inny. „Nie da się wyeksmitować idei”, stwierdzał kolejny.
Sami demonstranci zapowiedzieli, że „to nie początek końca, lecz koniec początku” ich protestów.
(Kim był patron ruchu "Oburzonych"? - czytaj)
Mały Woodstock
Obóz „Oburzonych” pod katedrą św. Pawła, w samym centrum londyńskiego City, powstał w połowie października. Zamieszkały w nim setki osób, które – wzorem swoich odpowiedników w USA i Hiszpanii – chciały sprzeciwić się chciwości korporacji i nierównościom społecznym.
Obóz „Oburzonych” pod katedrą św. Pawła, w samym centrum londyńskiego City, powstał w połowie października. Zamieszkały w nim setki osób, które – wzorem swoich odpowiedników w USA i Hiszpanii – chciały sprzeciwić się chciwości korporacji i nierównościom społecznym.
Początkowo obozowiczów traktowano jak niegroźną ciekawostkę, zwłaszcza w porównaniu z tłumami, które kilka miesięcy wcześniej zdemolowali sporą część miasta. Z czasem jednak ich obecność zaczęła przeszkadzać nie tylko władzom miasta i opiekunom katedry. I to nie tylko dlatego, że aktywiści mówili o rzeczach, które wielu wolałoby przemilczeć. Wraz z rozluźnieniem dyscypliny wśród „Oburzonych”, którzy żyli już w 120 namiotach, coraz częściej pojawiały się doniesienia o nocnych hałasach i libacjach. W zeszłym miesiącu znany z ostrego języka burmistrz Londynu Boris Johnson apelował do sędziów, by nie zabrakło im cojones (hiszp. jaj) do wydania nakazu likwidacji obozu.
Koniec złudzeń?
W Stanach Zjednoczonych podobne obozowiska znikały bardzo szybko. I to zazwyczaj przy pomocy pałek i policyjnych butów. Brytyjscy politycy, chociaż nie ukrywali irytacji (premier Camerom mówił, że „ma dość tego antybiznesowego snobizmu”), woleli pozbyć się przy użyciu środków prawnych. „Sam fakt, że policja nie zmiażdżyła nas na kiwnięcie burmistrza jak to było w Nowym Jorku, świadczy o relatywnej wolności w Wielkiej Brytanii”, przyznał tydzień temu na łamach „Guardiana” George Barda, jeden z aktywistów.
Dziś jednak dosyć wyraźnie zakreślono, gdzie ta wolność się kończy.