shutterstock.com

Nie chodzi o jakiś spisek, ani wielką konspirację. Jesteśmy po prostu paczką informacji, którą można sprzedać za niemałe pieniądze. Dlatego powiedz o sobie jak najwięcej i stań się konsumentem doskonałym, czyli konsumentem w pełni transparentnym.

REKLAMA
Czarną przyszłość pełną zniewolenia wieszczyło już wielu. W 1932 Huxlay kreował rzeczywistość pełną upiornej szczęśliwości narzucanej nam z góry. W "roku 1984" Orwell przestrzegał przed czarnym scenariuszem globalnego zniewolenia. Rzeczywistość, w której przyszło nam żyć jest jednak o wiele bardziej prozaiczna. Nie inwigiluje nas wielki brat, nie narzuca nam nikt pokrętnych ideologii, nikt nie robi nam prania mózgu ani nie wciska nas w ramy swojej utopii. Inwigilujemy się sami, dając na to pełne przyzwolenie. 
Konsumpcyjne szaleństwo
Okazuje się, że wystarczającym powodem, by zbierać o nas informacje, poznawać nas, śledzić i odkrywać nasze upodobania jest motywacja wolnego rynku. To, że jesteśmy konsumentami i aktywnie uczestniczymy w sieci gospodarczych powiązań wystarczy, byśmy stali się obiektem wyjątkowego zainteresowania.
Jeden z największych portali społecznościowych, Facebook, zbiera informacje o swoich użytkownikach w pakietach. Nawet kiedy nie jesteśmy zalogowani na stronie, Facebook dzięki wszechobecnym wtyczkom kompiluje kolejne megabajty informacji o nas i o naszej aktywności w sieci. Te są z kolei obrabiane przez programy analizujące – przydzielany nam jest odpowiedni profil społeczny i psychologiczny. Robione jest to nawet jeśli nie mamy konta na Facebooku. Wtedy informacje wiązane są z konkretnym IP. Zarząd firmy przyznaje, że nie wie na razie jak zmonetaryzować.
Robi tak nie tylko Facebook. Znanym "kompilatorem" jest też od lat Google. Oprócz wielkich tuz internetu, w takiej praktyce uczestniczą też specjalistyczne firmy. Ich zajęciem jest wyłącznie skupowanie z różnych witryn informacji i przetwarzanie ich w w paczki informacji o użytkownikach. Na sprzedaży takich danych można już dzisiaj bardzo dobrze zarobić.
logo
shutterstock.com

Nie czytamy regulaminów, sami się na to godzimy
Doktor Piotr Cichocki, antropolog internetu z Uniwersytetu Warszawskiego przypomina jednak, że praktycznie przy każdym serwisie mamy do czynienia z odpowiednim regulaminem, który przypomina o wykorzystywaniu danych o użytkowniku, w dowolnym celu. – Każdy administrator w taki czy inny sposób z tej możliwości korzysta. Gdyby ktoś się wczytał w te regulaminy byłby tego świadom. Wielokrotnie antropologowie i socjologowie alarmowali o sytuacji, która postępuje i idzie w niebezpiecznym kierunku – mówi.
– Administratorzy serwisów nie od dzisiaj bez skrupułów korzystają z takich informacji. Tworzą chociażby wielowymiarowe układy danych na temat tego, czym interesuje się dany przekrój populacji w danym regionie. I tak dostajemy później reklamy sprofilowane na nasze upodobania, zainteresowania a nawet charakter. To już ociera się o granicę manipulacji – ostrzega ekspert. 
Brak adekwatnego prawa
Antropolog również zauważa, że serwisy takie jak Google, Facebook, dysponują ogromną wiedzą i ogromnymi danymi o nas. – Jakie są granice wykorzystania tych danych, pozostaje jeszcze niejasne. To zależy od spójnych ustaleń, których na razie brakuje. Prawo bardzo niejasno wypowiada się o tej kwestii, na przykład w mało związanych ze sobą sferach praw autorskich i ochrony danych osobowych, które z różnych stron składają się na to całościowe zagadnienie. Potrzeba tutaj nowych rozwiązań, bowiem żyjemy w świecie utkanym przez wirtualne ślady, które po sobie pozostawiamy – dodaje.
– Stąd niedaleko do rzeczywistości prawdziwie orwellowskiej, dusznej, klaustrofobicznej. Kilka miesięcy temu pojawiła się w mediach spawa kobiety, która rzekomo po umieszczeniu pewnych zdjęć na Facebooku została zwolniona z pracy, bo fotografie nie spodobały się szefostwu. Łatwo wyobrazić sobie świat, w którym możliwość inwigilacji przez korporacyjne czy ideologiczne instytucje wszystkiego co robimy staje się normą – konkluduje Cichocki.
logo
shutterstock.com