
"Nowa nadzieja polskiego kina" – tak, wiem, to strasznie wyświechtany frazes, którym szafuje się na prawo i na lewo. Jednak w tym przypadku mówimy o naprawdę utalentowanej 25-latce, która ma w zasięgu ręki naprawdę wielką karierę. Dziś można oglądać ją w serialu "Szadź". Co będzie jutro? Porozmawiajmy o tym. W poniższym wywiadzie znajdziecie wszystko, co chcielibyście wiedzieć o enigmatycznej Emmie Giegżno, ale baliście się zapytać.
Miejmy nadzieję, że tak właśnie będzie, chociaż nie chciałabym porzucać pewnych zdrowszych nawyków, które sobie wyrobiłam. Kiedyś śmiałam się ze zdrowego, higienicznego stylu życia. Dziś, jako dwudziestopięciolatka, chyba zdziadziałam (śmiech).
Wręcz przeciwnie. Aktorstwo stało się dla mnie swoistą terapią, pozwoliło przełamać pewne opory. Od kiedy pamiętam, byłam introwertyczką, dziewczynką dziwną i wycofaną. Bałam się niemal wszystkich ludzi, włączając w to sąsiadów. Podobnie było ze stosunkiem do innych dzieci, dlatego nie mogłam chodzić do przedszkola. Gdy przy zjeżdżalni na placu zabaw kotłował się tłum innych parolatków, czekałam tak długo, aż się wyszaleją i nie będę musiała przepychać się w tym ścisku.
Tata po ukończeniu polonistyki zdawał na wydział reżyserii łódzkiej filmówki, ale gdy się nie dostał, odpuścił. Generalnie w rodzinie nigdy nie było jakichkolwiek zapędów artystycznych, nie raz zastanawiałam się, jakie geny we mnie tkwią, czyją karmę realizuję. Zwłaszcza, że podobne zapędy ma moja siostra.
Oczywiście, że nie. Wiem, że trudno uciec od swej aparycji, dlatego trzeba pogodzić się z nią, zaakceptować. W ogóle rozmawiamy w bardzo specyficznym momencie: jeszcze niedawno zdarzało mi się fiksować na zasadzie "och, na pewno nie jestem zmysłowa, nie zdołałabym rozpalić żadnego widza". Fałszywa skromność? Nie wiem.
