Jessie Ware na okładce magazynu CRACK

Jessie Ware cechuje to, czego zawsze brakowało Sade – oprócz zmysłowości ma też power. Jej ballady to nie słodkie kołysanki. To aksamitne afrodyzjaki dla pewnych siebie kobiet i mężczyzn, którzy takich kobiet pożądają. Jeśli to Sade, to w kostiumie dominatrix.

REKLAMA
Jessie Ware, podobnie jak Adele, nie szuka sposobów na promocję w coraz to nowych pomysłach na pokazywanie ciała. Podobnie jak jej idolka Annie Lennox stawia na chłodną elegancję i dyskretny seksapil. Często nosi duże, efektowne klipsy w stylu lat 80. Są geometryczne i raczej oszczędne, w przeciwieństwie do dużych kolczyków, które upodobała sobie jej wielka rywalka, Lana Del Rey. O ile Lana prezentuje styl, jak sama to określa, hip-hopowej Nancy Sinatry, Jessie zdecydowanie ustawia się po stronie kobiecości mniej przerysowanej, wyrafinowanej i oszczędnej w środkach wyrazu.
Jej teledyski są ascetycznie, podobnie jak kolorystyka jej ubrań. Lubi czerń i biel oraz ich zestawienia, ciężką, prostą biżuterię, męskie koszule i garnitury, czarne golfy i mocną, karminową szminkę. Upodobania modowe oraz stylizacyjne łączą ją z Anną Calvi, która również znana jest z zamiłowania do krwistoczerowej szminki, retro stylu i charakterystycznego koka. Anna Calvi jednak inspiruje się flamenco. Jessie Ware jest bardziej z tanga.
Jej seksapil jest dyskretny, ale zabójczy. Jessie wygląda jak Lauren Bacall z "Wielkiego snu", ma w sobie szarm dawnych gwiazd kina noir, które malowały usta na czerwono, rysowały grube kreski na oczach, a swoim chłodnym i nieustępliwym pięknem doprowadzały mężczyzn do szaleństwa.
Uwodzicielska, wycofana, ale pełna ognia. Ma też w sobie coś z posągowych dziewczyn Bonda z lat 80. oraz z Rachel Katz w roli żydowskiej dziewczyny Dona Drapera z pierwszego sezonu "Mad Men", z jej wystudiowanym imagem damy z socjety.
Kiedy Jessie eksponuje swój imponujący kok z gęstych ciemnych włosów wygląda też niczym współczesna wersja Kleopatry. Kleopatra to zresztą również nieprzypadkowe skojarzenie. Jak odtwórczyni roli Kleopatry w słynnym filmie z 1963 roku, Liz Taylor, Jassie Ware jest prawdziwą diwą. Jej debiutancki album "Devotion" kilka dni temu został nominowany do prestiżowej nagrody brytyjskiego przemysłu muzycznego Mercury Music Prize.
Dorastała w żydowskiej rodzinie, południowym Londynie, skąd pochodzą także inne gwiazdy z Wysp jakie w ostatnim czasie zyskały międzynarodową sławę: Lianne La Havas, Katy B, La Roux czy Adele. Jessie jednak długo nie marzyła o karierze piosenkarki. Woli nastrój wypłełnionego tłumem klubu niż sceniczną samotność. "Chcę być bardzo prywatną gwiazdą pop, jak Sade", wyznała w wywiadzie dla The Guardian.
logo
Okładka magazynu CRACK
Z wykształcenia jest magistrem literatury angielskiej. Planowała karierę dziennikarską – jej ojciec przez lata pracował jako reporter. Pisała o piłce nożnej. Po kilku stażach jednak zrezygnowała. "Dziennikarstwo jest o wiele bardziej oparte na rywalizacji i wymaga więcej pewności siebie niż śpiewanie. Poza tym nie pisałam zbyt dobrze", przyznaje.
Droga do kariery muzycznej otworzyła się dla niej przypadkiem – zadzwonił do niej jej szkolny kolega, piosenkarz Jack Penate, i poprosił ją, żeby zrobiła mu chórki. Szybko okazało się, że nie jest jedynym artystą, który potrzebuje od Jessie "chórków". Współpracą, którą zapracowała na solową karierę okazała się jednak dopiero ta z SBTRKT, czyli Aaronem Jerome. Kiedy okazało się, że naprawdę może śpiewać – spanikowała. Jak wspomina dziś – każdy w wytwórni musiał przeżyć jej wypłakiwanie stresów. Ale opłaciło się – najpierw nagrała "110%", mocny, klubowy numer, a potem "Wildest moments", balladę w stylu Alicii Keys.
Jej debiutancki album, "Devotion" to sensualny miks electronicznego popu w klimacie lat 80, neosoulu i kobiecego grania w stylu Adele czy Duffy. Śpiewa na najwyższym emocjonalnym C, ale przyznaje: w jej biografii nie ma żadnego dramatu do odkopania. Po prostu śpiewa. Woli też określać się bardziej jako piosenkarka niż artystka. Jest skromna, w wywiadach wycofana i neurotyczna. Zupełnie odmienna od swojej scenicznej persony o energetycznej aurze Grace Jones. "Pewnego dnia, kiedy już nie będę sławna, a za to gruba, obrzydliwa i zarabiająca na życie jako nauczycielka w lokalnym liceum, spojrzę na to, co mi się udało i powiem sobie – dałaś radę, Jess".
Jessie Ware wystąpi 16 listopada w warszawskim klubie 1500m2, a dzień później zaprezentuje się słuchaczom w poznańskim klubie SQ.