Karolina Lewicka o porozumieniu koalicji Zjednoczonej Prawicy
Karolina Lewicka o porozumieniu koalicji Zjednoczonej Prawicy Fot. Albert Zawada / AG

Było coś komicznego i jednocześnie przerażającego w Jarosławie Kaczyńskim, który w weekend ogłaszał matowym głosem „radosną wiadomość”. Zaznaczmy od razu, że nie wiadomo, kto miał być adresatem tych wieści. Chyba tylko członkowie Zjednoczonej Prawicy, a więc dość ograniczone audytorium.

REKLAMA
Na pewno nie obywatele in gremio, przed wzrokiem których treść porozumienia zawartego przez prezesa PiS, Jarosława Gowina i Zbigniewa Ziobrę została ukryta. Nie znając powodu, nie mogli się zatem nim rozkoszować. Cieszył się wyłącznie Kaczyński, choć też nie dał tego po sobie poznać. Stał na scenie przygaszony i zmęczony, lecz nieustannie złowrogi.
Tak się akurat złożyło, że następnego dnia Andrzej Sośnierz (polityk, ale i lekarz), gorliwy krytyk byłego i obecnego ministra zdrowia, wyraził na antenie TVN24 nadzieję, że w trakcie toczonych przez ostatnie tygodnie rozmów – o rządzie i o koalicji – pochylono się też nad niecierpiącą zwłoki sprawą epidemii. Tu trzeba posłowi odpowiedzieć Asnykiem: „daremne żale - próżny trud, bezsilne złorzeczenia”, nikt w obozie władzy nie miał głowy do jakichś chorób zakaźnych, kiedy gra przy stoliku szła o tak wysoką stawkę, czyli kto kogo załatwi.
Polityczni szulerzy bredzili przy okazji, rzecz jasna, o dobru Polski, ale nie dorabiajmy do walki o stołki patriotycznej ideologii. Nie od dziś wiadomo bowiem, że „kiedy zaczynają dużo mówić o patriotyzmie, Bogu, honorze i ojczyźnie, to na pewno znowu coś ukradli”.
Sprawy ważne zostały więc zamiecione pod dywan lub załatwione na odczepnego, jak np. sprawa śląskich kopalń. Decyzja, by zamknąć je do 2049 roku jest w zasadzie odłożeniem tej kwestii na święty nigdy. Równie dobrze w treść umowy między rządem a górnikami można było wpisać rok 2189 lub 3054, to bez znaczenia. Bo chodziło tylko o to, by górnicy nie zablokowali Warszawy w najbliższy piątek. To jest perspektywa obecnego rządu. Dziś i jutro, może jeszcze pojutrze. Dalej wzrok już nie sięga.
Wydarzenia ostatnich tygodni przypominają z jednej strony slapstickową komedię, pełną przerysowanych i groteskowych postaci, które wygłaszają błazeńskie kwestie, mając oblicza pełne powagi. Nic, tylko pękać ze śmiechu, kiedy się słucha kaznodziejskiego tonu Jarosława Gowina czy ogląda nadymającego się Zbigniewa Ziobrę, ale śmiech więźnie w gardle, kiedy sobie człowiek uzmysłowi, że komedia pomyłek za chwilę płynnie przejdzie w horror klasy B. I że będziemy w nim - my, społeczeństwo – mimowolnym, zbiorowym aktorem.
To film o tym, co by tu jeszcze zepsuć i zniszczyć, z kim jeszcze się pokłócić, kogo obrazić, a na kogo poszczuć. Nasza władza potyka się o własne nogi, niczego porządnie zrobić nie umie, jest zaściankowa, ograniczona i prowincjonalna, o wąziutkich horyzontach, ale za to rozmach w degrengoladzie kraju ma olbrzymi, a gest w rozdysponowywaniu między siebie państwowego grosza nadzwyczaj szeroki. W zasadzie nie ma dnia, byśmy jako państwo nie karleli, nie cofali się.
Zaprzepaszczamy to, co żeśmy jako naród zdobyli przez ostatnie trzy dekady, przy jednoczesnych triumfalnych dźwiękach dochodzących z Nowogrodzkiej o „ponoszeniu kolejnych sukcesów”.
Takim najnowszym „sukcesem” na pewno jest plan bezprecedensowego zadłużenia Polski. Rząd postanowił wykorzystać pandemiczną sytuację, by w przyszłym roku zwiększyć dług państwa do półtora biliona złotych. Skończyły się bowiem szufladki, z których do tej pory wyjmowano pieniądze na transfery socjalne i przysłowiowe przekopy Mierzei Wiślanej.
Upadł też mit o gigantycznych wpływach z uszczelnienia systemu podatkowego. A zatem teraz PiS się zadłuży – przepraszam! - zadłuży obecną młodzież, by Mateusz Morawiecki mógł sobie jeszcze dziś poszaleć.
Bezwzględne konsekwencje takiej polityki finansowej dopadną Polaków wtedy, gdy rząd PiS-u będzie już bytem historycznym. Dlatego też tak ochoczo obniżali wiek emerytalny. Wszak do niewypłacalności państwa w tym obszarze zostało jeszcze parę lat. Dziś łaskawcy nie pozwolą, byśmy „pracowali aż do śmierci”, a z szarą rzeczywistością drastycznie niskich świadczeń niech się mierzą sami emeryci i jacyś rządzący koło 2030 roku.
Owa sobotnia „radosna wiadomość” o dalszym trwaniu koalicji trzech ugrupowań oznacza wyłącznie ciąg dalszy złych rządów. Kolejne fuszerki „fachowców” w rodzaju Jacka Sasina. Nominacje w stylu wysłania mającego mało wspólnego z ekonomią, za to zasłużonego od czasów Porozumienia Centrum Adama Lipińskiego do NBP. Dalsze łamanie prawa, tak po premierowsku, czyli oficjalnie i bezczelnie. Partactwa legislacyjne, jak przy Piątce dla Zwierząt.
Porozumienie oznacza dalszą supremację „strasznego dziadunia”, który teraz z partyjnej siedziby przeniesie się w Aleje Ujazdowskie i do naczelnikostwa dorzuci sobie rangę wicepremiera.
„Straszny dziadunio” to jedna z pierwszych powieści Marii Rodziewiczówny. Tytułowy bohater nieustannie prześladuje swego wnuka Hieronima, tak, że ów zaczyna podejrzewać, że dziadunio „ma konszachty ze złymi mocami i używa ich na moją zatratę”. Rzecz kończy się jednak happy endem. Niecne działania dziadunia hartują Hieronima i czynią zeń porządnego człowieka, a sam dziadunio obdarza wnuka majątkiem.
Polska nie może jednak liczyć na takie szczęśliwe zakończenie za sprawą swojego „strasznego dziadunia”. PiS nie wykuwa w znoju i trudzie dobrego państwa i lepszej przyszłości. Nie jest zdolny – co udowadnia od pięciu lat - do prowadzenia spraw kraju w sposób korzystny. Czekają nas zatem kiepskie czasy bez szczęśliwego zakończenia. I to chyba nie jest radosna wiadomość?