
– Ostatnie wydarzenie wywołały ogromny szum w mediach i niestety przedstawiono rolników w bardzo negatywny sposób. Zaostrzono tym samym konflikt społeczny. O wszystkich rolnikach pisze się teraz niepochlebnie. Oczywiście: strajkujmy, ale też rozmawiajmy. Samym krzyczeniem i agresywnymi działaniami niczego nie wskóramy – tak o strajku AgroUnii z 13 grudnia mówi Patrycja Stempniak, rolniczka z Wielkopolski, do niedawna jeszcze w szeregach tej organizacji.
REKLAMA
13 grudnia rolnicy znów wyszli na ulice. W 39. rocznicę stanu wojennego ruszyli w stronę domu Jarosława Kaczyńskiego. Przed posesją wiceprezesa wysypali niesprzedane ziemniaki i kapustę, jaja. Pojawiła się także martwa świnia.
To działanie AgroUnii, która w ten sposób chciała zwrócić uwagę polityków na niskie ceny żywności w skupach. Wielu internautów uznało jednak taką formę protestu za marnowanie żywności.
Protestowała pani w Warszawie?
Patrycja Stempniak: – Nie protestowałam 13 grudnia.
Dlaczego?
Jestem rolnikiem i protestuję ramię w ramię z innymi rolnikami, ale wtedy kiedy za tymi strajkami stoją inne organizacje aniżeli ta, co ostatnio.
Rolnicy rzucili kapustę i jajka przed domem Jarosława Kaczyńskiego. Była też zdechła świnia. Odpowiada pani taka forma protestu?
Taka forma strajku mogła oburzać większość społeczeństwa, m.in. dlatego, że znajdujemy się w ogromnym kryzysie. Wiele osób straciło pracę, wiele jest w gorszej sytuacji niż np. rolnicy.
Dlatego też taka forma protestu miała prawo bardzo zaboleć ludzi i na pewno dolała oliwy do ognia. To było około kilku tysięcy jaj.
Agro Unia nawet zastanawiała się, czy ich nie rozdać, ale ostatecznie stwierdzili, że to nie przyniosłoby medialnego szumu.
Można było rozdać jaja, ale z drugiej strony pracujemy po to, by z tego żyć.
Dobrym rozwiązaniem byłoby sprzedawanie takich jajek właśnie za kwotę, jaką dostają za produkty rolne rolnicy. Mam wrażenie, że to by bardzo poruszyło społeczeństwo i otworzyło oczy na to, jaka ogromna jest przebitka w sklepach spożywczych.
Ostatnie wydarzenie wywołały ogromny szum w mediach i niestety przedstawiono rolników w bardzo negatywny sposób. Zaostrzono tym samym konflikt społeczny. O wszystkich rolnikach pisze się teraz niepochlebnie.
A jest wielu gospodarzy, którzy są wściekli, że wydarzyła się taka sytuacja. Wiele osób jest poirytowanych, że wszystkich rolników wrzuca się do jednego wora. Wielu by czegoś takiego nie zrobiło. Oczywiście: strajkujmy, ale też rozmawiajmy. Samym krzyczeniem i agresywnymi działaniami niczego nie wskóramy.
Michał Kołodziejczak broni się i mówi, że rolnicy płaczą, są tacy, którzy popełniają samobójstwa i że "czas na pisanie petycji się skończył". Pokazał też, ile płodów rolnych się marnuje. Przemawia to do pani?
Zdaję sobie sprawę z tego, że tak się dzieje w rolnictwie. Ale należy dodać, że podobnie jest w innych branżach. Kryzys spowodowany koronawirusem trwa od roku i dotyka nie tylko rolników. Ale jakoś nie widzę, żeby przedstawiciele innych branż posuwali się do tak drastycznych kroków.
Nadal uważam, że konieczna jest po prostu rozmowa, podanie konkretnych działań, pomysłów, a nie krytykowanie wszystkiego, co wyjdzie ze strony władzy.
Są organizacje rolnicze, które rozmawiają, a kiedy trzeba protestują. I sądzę, że w taki sposób więcej zdziałają. Bo w tej chwili widzę ogromny podział społeczny między rolnikami a konsumentami, a to na budowaniu dobrych "relacji" zawsze nam zależało. Ogromny mur wyrósł też między rolnikiem a rolnikiem.
Niektórzy popierają działanie organizacji, która stoi za ostatnimi wydarzeniami (AgroUnia – red.), ale inni są nimi poirytowani, bo patrzą szerzej. Przed chwilą zarzucało się rolnikom złe traktowanie zwierząt. My absolutnie się z tym nie zgadzaliśmy. Czuliśmy się wtedy upokorzeni, fałszywie oskarżeni.
Ale sytuacja, która miała ostatnio miejsce w Warszawie, pokazała, że daliśmy ludziom powód do tego, by mogli tak o nas myśleć.
Dla ludzi z miasta wyrzucanie jaj czy kapusty na ulice to marnowanie jedzenia. Czym dla rolnika jest zdechła świnia, symbolem kryzysu?
Zdechła świnia może być też symbolem choroby, np. ASF, co oznacza, że dzieje się coś niepokojącego. Może to miało symbolizować fakt, że dziś rynek trzody chlewnej jest w kiepskim położeniu. Ceny są naprawdę niskie. Mamy 2,80 zł za kilogram świnki.
Da się na tym cokolwiek zarobić?
Hoduję trzodę chlewną i bydło. Na chwilę obecna nie da się na tym zarobić. Trzeba jednak przyznać, że po poprzednim kryzysie na rynku trzody chlewnej, ceny zadowalały. Niestety zawsze gdzieś z tyłu głowy mamy rozprzestrzeniający się ASF.
Było na tyle dobrze, że teraz jest z czego dołożyć do biznesu?
Nie do końca o to chodzi w prowadzeniu gospodarstwa, żeby dokładać.
Ile trzeba dołożyć do sztuki?
W tej chwili w cyklu otwartym do jednej świni musimy dołożyć około 70-100 zł. Nie zarabiamy nic.
Czyli ceny skupu nie zwracają kosztów produkcji?
Nie, nie zwracają nawet kosztów produkcji
Z czego to wynika?
Myślę że jest to spowodowane spadkiem eksportu, nie ma tak dużego zapotrzebowania na trzodę chlewną, jak było do tej pory.
Co jest dziś największą bolączką rolników?
Chyba właśnie to, o czy mówimy. I myślę, że to wszystko prowadzi do tragedii wielu ludzi, również do samobójstw rolników. Przecież nie chodzi o to, by ciężko pracować, harować, a później jeszcze dokładać do tego interesu.
Rolnicy mają ciężko nie tylko na rynku trzody chlewnej. Tak samo jest z drobiem i jajami, których ceny skupu nie są adekwatne do naszych kosztów produkcji.
A z drugiej strony klient w markecie za jaja i mięso płaci sporo.
I to jest sytuacja, o której wielokrotnie mówiliśmy, nie tylko ministrowi. Jeden i drugi minister podejmowali jakieś kroki, by zachęcać ludzi do kupowania polskich produktów bezpośrednio.
Ale może ludzie nie mają też świadomości. Powstał portal Rolnikhandluje.pl, gdzie rolnicy bezpośrednio mogą sprzedawać swoje plony konsumentom.
W efekcie konsument dostaje lepszej jakości produkt i jak rozumiem tańszy, z pewnej ręki?
Zdecydowanie tak. Kupujący otrzymuje wtedy świeże mięsa, z pewnego źródła, które nie było spryskiwane utrwalaczami zapachu i wyglądu.
Myślę, że taka bezpośrednia sprzedaż jest też kluczem do zdrowia społeczeństwa. Sądzę, że po tym, co działo się ostatnio w Warszawie, część konsumentów zraziła się, by kupować bezpośrednio od rolnika. Wystarczyło, że zobaczyli wywalone jaja, świnię leżącą na ulicy. Myślę, że ich to poirytowało.
Jeszcze w zeszłym roku stała pani na czele Agro Powstania, a już nie jest w szeregach Agro Unii. Dlaczego?
Wolałabym na ten temat szerzej nie mówić. Nie do końca miałam pewność, czy jestem w odpowiednim miejscu. A nie można robić niczego, co jest wbrew sobie. Lepiej robić coś, do czego jest się w stu procentach przekonanym.
Mówiła pani: "Swój los mogłabym powierzyć tylko Michałowi Kołodziejczakowi. Wiem, że on ma bardzo dobre intencje i walczy całym sobą". Co się zmieniło?
Nie chciałabym ani komentować, ani nikogo urazić.
Mamy nowego ministra rolnictwa. Czy Grzegorz Puda jest lepszym ministrem niż Krzysztof Ardanowski?
To kompletnie okropna sytuacja. Przede wszystkim uderzyło nas nominowanie pana Grzegorza Pudy, który był sprawozdawcą ustawy o ochronie zwierząt, a później stanął przeciwko rolnikom. Było potworne oburzenie.
Pamiętam, że jak wracaliśmy z jednego protestu z Warszawy i usłyszeliśmy, że nowym ministrem będzie pan Grzegorz Puda, to oburzenie rolników było ogromne, choć przecież należy dać mu szansę.
Ale ministrem jest już jakiś czas. Nie podejmuje z rolnikami żadnych rozmów. Niewiele mówi o obecnej sytuacji, a rolnicy chcieliby usłyszeć, jakie jest jego stanowisko.
Chcieliby też usłyszeć słowa wsparcia, otuchy i pomysły jak poprawić obecną sytuację. A najmocniej czekamy chyba na słowa: "Przepraszam, jak mogłem o was tak myśleć i dokładać wam kolejnych problemów, jakie się kryły za nowelizacją ustawy o ochronie zwierząt". Nie wiem, dlaczego milczy, może nie czuje się na siłach.
A może jest tylko pionkiem?
On nie wzbudzi zaufania wśród rolników po tzw. "Piątce Kaczyńskiego". Myślę, że każdy, kto opowiedział się za tą ustawą, nienawidzi rolników, hodowców psów i kotów rasowych.
Jarosław Kaczyński nienawidzi rolników?
Myślę, że tak. Największe oburzenie wśród rolników wzbudziło to, że organizacje prozwierzęce miałyby prawo wejść na podwórko, zobaczyć, jak hodowane są zwierzęta, czy rolnik się dobrze nimi zajmuje, czy ma prawo to robić. A jeśli uznają, że coś jest nie tak, to mają mogą odebrać rolnikowi zwierzę.
W jednym z wywiadów minister Jan Krzysztof Ardanowski powiedział, że marzeniem Jarosława Kaczyńskiego zawsze było wyeliminowanie uboju rytualnego i hodowli na futra.
Nie wyobrażam sobie, jak niewykształcony człowiek, który tylko kocha zwierzęta a niekoniecznie się zna na ich fizjologii, miałby oceniać czy ich stan wynika z zaniedbania czy choroby.
To chyba zadanie dla weterynarza?
Dokładnie. I dla rolników to było nie do przyjęcia. Mamy inspekcję weterynaryjną, która jest dziś bardzo niedofinansowana. Mają ogromne braki kadrowe, bo niewiele się tam zarabia. Więc może warto byłoby ich dofinansować, stworzyć oddział zajmujący się typowo dobrostanem zwierząt?
I ważne, by byli to lekarze weterynarii, którzy mają wiedzę i doświadczenie, którzy będą pomagać rolnikom. To byłoby dobre rozwiązanie.
Proponowany w ustawie wariant doprowadziłoby do wielkiego dramatu. Jako rolnicy czulibyśmy się na pewno bardzo poniżeni.
PiS na zawsze pozostanie w pamięci rolników. Myślę, że oni już nie zdobędą poparcia na wsi. Uważam, że "Piątką dla zwierząt" kompletnie sobie zaszkodzili.
Wielu rolników zupełnie nie dowierzało, że to oni coś takiego stworzyli. Pan Ryszard Terlecki zapowiadał, że to nie jest jeszcze koniec "Piątki dla zwierząt", że powstaje nowy projekt, dlatego czuwamy.
Teraz ta ustawa trafiła do poczekalni.
Tak, na razie jest na bocznym torze. Ale nie możemy myśleć, że jest to już temat zamknięty. Myślę, że to wróci. Musimy być gotowi, by po raz kolejny taki atak odeprzeć.
Jak rolnicy tłumnie ruszyli na Warszawę, to było ich tam ok. 60 tys. Organizuję protesty już od dłuższego czasu i nigdy nie miałam takiej sytuacji. Zawsze musiałam zachęcać rolników, by z nami jechali.
Jednak jak jechaliśmy do Warszawy ze względu na "Piątkę Kaczyńskiego", to miałam dwa autobusy wypełnione w dwa dni. Ludzie sami dzwonili. Byli bardzo wkurzeni. Dla nas to jest być albo nie być. Na pewno nie zapomnimy posłom, którzy bardzo źle wypowiadali się o rolnikach.
