"Lekarze we Włoszech nie chcieli operować Polki w stanie krytycznym. Ani polski rząd, ani posłowie, nie wstawili się za nią" – opisuje historię pani Heleny rzeszowska "Wyborcza".
"Lekarze we Włoszech nie chcieli operować Polki w stanie krytycznym. Ani polski rząd, ani posłowie, nie wstawili się za nią" – opisuje historię pani Heleny rzeszowska "Wyborcza". Fot. shutterstock.com

"Państwo pomagało Polakowi w Anglii, a one były całkiem same. Ministerstwa, urzędy, NFZ, ambasada odmówiły im pomocy" – opisuje historię pani Heleny i jej córek rzeszowska "Wyborcza". Kobieta trafiła do szpitala we Włoszech, była w stanie krytycznym, lekarze w Neapolu nie chcieli jej operować. Córki dobijały się do polskich władz. Bezskutecznie.

REKLAMA
Historia pani Heleny przypomina sprawę Polaka w stanie wegetatywnym, który przez trzy miesiące przebywał w szpitalu w Plymouth w Wielkiej Brytanii. Jego losem Polska żyła przez kilka tygodni, zaangażowały się w nią również władze, które chciały sprowadzić go do kraju, m.in. przyznając mu paszport dyplomatyczny. 26 stycznia pan Sławomir zmarł.
Z panią Heleną, która w sierpniu trafiła do szpitala Cardarelli we Włoszech, było inaczej. Kobieta spędziła tu 10 tygodni.
Jak informuje "Wyborcza" oficjalna wersja była taka, że Polka upadła, ale obrażenia na ciele wskazywały raczej na pobicie.
"Przyjechałyśmy do Neapolu 6 sierpnia. Niemal w ostatniej chwili wybłagałyśmy u lekarzy, żeby nie zaprzestali leczenia" – wspomina jedna z córek. Opowiedziała gazecie, jak walczyły z siostrą o mamę, bo Włosi nie dostrzegali szans Polki na przeżycie i odmówili operacji.
"Państwo pomagało Polakowi w Anglii, ale panią Helenę, która w ciężkim stanie leżała w szpitalu w Neapolu, pozostawiło na pastwę losu. Jej córki błagały o pomoc w Kancelarii Premiera, Kancelarii Prezydenta RP, Ministerstwie Sprawiedliwości, Ministerstwie Zdrowia i MON, oraz biurze poselskim Jarosława Kaczyńskiego. Jak głową w ścianę" – tak artykuł zapowiedziała na Facebooku redaktorka naczelna rzeszowskiej Wyborczej Magdalena Mach.

Córka opowiedziała jak walczyła

"Co mamy wspólnego z rodziną tego mężczyzny? Nasza mama też była w szpitalu za granicą. Walczyłyśmy razem z siostrą najpierw, żeby w ogóle ją leczono, a potem, żeby ją przewieźć do Polski. Ale nam nikt nie pomógł – powiedziała "Wyborczej" pani Mariola, jedna z córek.
Opowiedziała, że słała e-maile i dzwoniła, gdzie tylko się dało. "Na liście adresatów, do których trafiły jej e-maile, są Kancelaria Premiera, Kancelaria Prezydenta RP, Ministerstwo Sprawiedliwości, Ministerstwo Zdrowia i MON, biuro poselskie Jarosława Kaczyńskiego" – czytamy.
Pani Mariola
Rzeszowska Wyborcza

"Z kancelarii premiera i prezydenta, od pana Kaczyńskiego odpowiedzi nie dostałam do dziś. MON, który dysponuje samolotem, którym można przewozić rannych i chorych, odmówił – bo COVID. Ministerstwo Sprawiedliwości ma specjalny fundusz dla ofiar przestępstw. Myślałam, że nam pomogą. Zwróciłam się do ambasady RP. Odpowiedziano mi, że jest czas urlopów i nie ma kto się zająć moją sprawą. Usłyszałam radę: „Zorganizujcie zbiórkę”. Trochę w kontaktach ze szpitalem pomógł nam konsul honorowy w Neapolu". Czytaj więcej

Córki same zorganizowały transport. Dziś ich mama jest w Polsce, przebywa w Centrum Rehabilitacji „Rehamed-Center” w Tajęcinie.
Pani Helena pracowała we Włoszech od 27 lat.
Przypomnijmy, Polak, o którego walczyły polskie władze, od kilkunastu lat mieszkał w Anglii. Doznał zatrzymania akcji serca na 45 minut, co spowodowało ciężkie i nieodwracalne uszkodzenie mózgu. Brytyjski szpital wystąpił do sądu o zgodę na odłączenie go aparatury podtrzymującej czynności życiowe, na co zgodziły się mieszkający w Anglii żona i dzieci mężczyzny.
Przeciwne są były jednak mieszkające w Polsce matka i siostra, a także mieszkająca w Anglii druga siostra mężczyzny i jego siostrzenica. Sprawa podzieliła opinię publiczną.