
Donald Tusk, wiadomo – piłkarz. Ryszard Kalisz – zapalony tenisista. Wojciech Olejniczak – biegacz i triathlonista. A inni parlamentarzyści? Okazuje się, że na Wiejskiej zasiadają jeszcze inni zapaleni sportowcy. Eugeniusz Kłopotek, który przy sztandze ośmieszył kiedyś Andrzej Leppera. A także Marek Borowski, który mimo niewielkiego wzrostu grał kiedyś w drugiej lidze siatkówki.
– Telewizja. Na basenie filmują wodza – słyszy.
Rzeczywiście, śp. Andrzej Lepper prezentował wtedy na basenie swoją tężyznę fizyczną. Wreszcie skończył pokazówkę, wyszedł z wody, akurat musiał przejść przez siłownię. Za nim cała ówczesna świta: Maksymiuk, Filipek, Łyżwiński. No i dziennikarze.
– To ja pójdę – decyduje Lepper. I dodaje: – To może w boksie?
– Nie ta waga, panie przewodniczący.
– No dobrze, to niech będzie ten atlas. Zmierzymy się na sztandze.
– A kto panu powiedział, że ja dźwigam ciężary? – pyta ze śmiechem Kłopotek, gdy dzisiaj do niego dzwonię. I dodaje skromnie: – Staram się po prostu chodzić regularnie na tę naszą siłowienkę.
Fanów kolarstwa jest zresztą na Wiejskiej wielu. Na rowerze jeździ Waldemar Pawlak, bardzo amatorsko. Dobrymi kolarzami są Wojciech Olejniczak i Marek Siwiec. Ta dwójka startuje również w triathlonach.
Przeglądając po południu internet, natknąłem się na ciekawe zdjęcie Marka Borowskiego. Oto były minister finansów i marszałek Sejmu stoi na nim, trzymając w ręku kulę do gry w kręgle. – Bilard, kręgle, boule. Te sporty teraz uprawiam. Do tego zajęcia umysłowe, takie jak brydż, szachy czy scrabble. Musiałem się przestawić, bo poważnie uszkodziłem więzadła w kolanie. Przekonałem się o prawdziwości zwrotu "przez sport do kalectwa" – opowiada Borowski. Dodaje, że jako młody chłopak uprawiał siatkówkę i badmintona.
– Spokojnie, byłem rozgrywającym. Wtedy na tej pozycji mógł grać gość, mający 178 centymetrów wzrostu. Jeszcze nie było na parkiecie takich drągali – odpowiada Borowski.
W młodości, owszem, pływałem dużo. Ba! Jestem nawet ratownikiem wodnym, ale łączenie tego sportu z bezsensownym (na tamte czasy) biegiem, nie wchodziło w rachubę. Nie mówiąc już o tym, że rower służył głównie do wypadów turystycznych w okolicy. Z wielobojów na wyobraźnię działały zawody w dziesięcioboju, ale to wpisywałem raczej w rejestr sportów z zupełnie innej planety. Tylko raz, w Stanach Zjednoczonych, zdarzyło mi się spotkać człowieka, który zdobył tytuł "Ironmana" (3,8 km pływania, 180 km jazdy na rowerze i 42,2 km biegu). W wieku 28 lat przygotowywał się do startu przez półtora roku pod opieką osobistego trenera…
I opowiada, że kiedyś grał nawet w drugiej lidze. A jako student był kapitanem drużyny SGPiS-u. Dzisiejszego SGH. Jego przygoda z siatkówką zbiegła się w czasie z sukcesami legendarnej drużyny Huberta Jerzego Wagnera. Ale z reprezentacją, z tamtymi zawodnikami, nie łączyło go nic. Choć nie. Prawie nic.

