
Wczoraj: modelka i aktorka. Dziś: piosenkarka działająca pod pseudonimem Lvma Black. Dlaczego pewnego dnia postanowiła uciec ze świata mody i filmu? Jak wygląda Polska (ze szczególnym uwzględnieniem sytuacji kobiet) z perspektywy osoby mieszkającej od kilkunastu lat w Stanach Zjednoczonych?
REKLAMA
U ciebie: słoneczny poranek w Los Angeles. Tutaj: wieczór w spowitej chmurami i smogiem Warszawie. Jak bardzo mi zazdrościsz?
A, ciekawe, że zadajesz to pytanie, na które jeszcze rok temu odpowiedź byłaby zupełnie inna… Nie mówię wyłącznie o tym, że sytuacja, w której znalazł się świat, uniemożliwia mi przylot do Polski, w której wcześniej bywałam regularnie. Chodzi również o to, że ostatni rok zmienił naprawdę wiele w moim postrzeganiu miejsca, w którym żyję.
Wiesz, zawsze mówię, że wszystko, co dostajemy od życia, jest "w pakiecie". Pewne rzeczy są, ale brak innych, które chciałbyś mieć. Nie możesz ot tak wybrać wyłącznie tego, co ci się podoba. No a rok 2020 naprawdę mocno zmienił moje postrzeganie "Pakietu LA".
Co jest jego wielkim plusem? Niezmiennie słońce. Mieszkam tutaj długo, a cały czas zadziwia mnie, że dziś znów "lampa"… Jak przystało na osobę wychowaną w Polsce – czyli kraju dużo bardziej zachmurzonym – jestem bardzo na to słońce zachłanną. Codziennie rano budzę sie i znów nie mogę sie nadziwić: dziś też świeci!
Czytaj także:Jednak rok ubiegły dosyć mocno uwydatnił minusy mojego pakietu. Pod wieloma względami życie tutaj stało się przerażające. W maju, po śmierci George'a Floyda, zaczęły się protesty związane z akcją Black Lives Matter. Sama wzięłam udział w jednej z demonstracji, ale później dałam sobie z tym spokój.
Poczułam strach, bo na własne oczy zobaczyłam, jak Los Angeles przeobraża się w miejsce, w którym człowiek powinien dwa razy zastanowić się, zanim wyjdzie z domu. Huk wystrzałów, demolowanie sklepów i palenie samochodów, godziny policyjne i policja, która nie potrafi opanować sytuacji – wszechobecny chaos. Gniew i frustracja społeczeństwa osiągnęły niewyobrażalny do tej pory poziom.
Później nadeszła druga fala: miasto opanowali bezdomni. Pandemia sprawiła, że problem bezdomności – z którym Los Angeles zmaga się przecież "od zawsze" – urósł do gigantycznych rozmiarów. W samym sercu miasta: wielkie osiedla prowizorycznych namiotów.
Do tego tłumy narkomanów dających sobie publicznie w żyłę. Pamiętam, że jadąc samochodem, zastanawiałam się, czy to, co widzę, nie jest przypadkiem planem jakiegoś filmu katastroficznego? Czy to jakiś zły sen? To piękne miejsce – te wszystkie palmy i zachody słońca – zamieniły sie w krajobraz jak z horroru.
Zaznaczmy, że nie chodzi wyłącznie o Los Angeles, bo mówimy o problemach, z którymi mierzą się całe Stany Zjednoczone. Ten kraj ma bardzo wiele problemów i to naprawdę złożonych, narastających od wieków. Wymaga bardzo pilnej i bardzo trudnej do przeprowadzenia naprawy.
W tym miejscu wracamy do twojego pytania: to właśnie wtedy, gdy wspominane problemy uwydatniły się bardzo mocno, jak nigdy wcześniej zaczęłam zazdrościć osobom takim, jak ty – siedzącym w Warszawie. Gdy wyjrzysz przez okno, będzie tam mniej słonecznie i szaroburo. Ale o niebo spokojniej.
Skoro o moim oknie mowa: widać z niego siedzibę partii PiS oraz Plac Zawiszy, na którym ubiegłej jesieni zaczęły zbierać się tłumy osób uważających, że i ten kraj się zepsuł. Jak te rzeczy wyglądają z twojej, oddalonej o niemal 10 tysięcy kilometrów, perspektywy? Albo inaczej: quo vadis, Polsko?
Jeżeli ową perspektywę będziemy mierzyć w kilometrach, to rzeczywiście – jest bardzo odległa. Ale ja jestem Polką, tak więc wręcz trudno opisać, jak bliskie mojemu sercu są rzeczy, które wydarzyły się w październiku, po wyroku Trybunału Konstytucyjnego. Szok, niedowierzanie, oburzenie, smutek – mogłabym wymieniać tak naprawdę długo. Została przekroczona granica, która do tej pory wydawała się nieprzekraczalna.
Z przewidywaniami jest tak, że obawiasz się pewnych rzeczy, choć tak naprawdę nie wierzysz, że się kiedykolwiek wydarzą. To tak, jak z Trumpem – pamiętam, że przed wyborami w roku 2017 jego kandydatura brzmiała jak dobry dowcip. Wizja jego prezydentury wydawała sie nam tyle zabawna, co nierealna.
Podobnie z naszym krajem: człowiek przez lata śledził to, co się w nim dzieje i owszem, czuł jakiś niepokój. Ale zawsze przychodziła myśl: "nieee, to sie nie może stać, nie ma takiej opcji"… I niestety, ubiegłej jesieni wydarzyło się owe "niemożliwe". Przekroczenie tej granicy sprawiło, że polska ulica – do tej pory stosunkowo cierpliwa – nie wytrzymała.
Zrobiła to odpowiednio wcześnie, czy czekała zbyt długo?
Pewne zmiany zachodzą powoli i jeżeli nie dostrzeżemy ich odpowiednio wcześnie, nie zareagujemy, to w pewnym momencie może okazać się, że jest już za późno. To tak jak z kołdrą, którą podbiera ci druga osoba; najpierw naciąga ją na siebie ciut, ciut, po troszku i… nagle okazuje się, że wzięła ją całą, a my szczękamy zębami z zimna.
Muszę przyznać, że byłam pod wrażeniem tego, jak szybko Polska zareagowała na zmiany opodatkowania mediów. W niedawną akcję "Media bez wyboru” zaangażowała sie większość portali internetowych, stacji radiowych i telewizyjnych, a ich reakcja była naprawdę błyskawiczna. Wszyscy zachowywali sie konsekwentnie i solidarnie, chociaż na co dzień są dla siebie konkurencją.
Efekt był mocny. Interesuje mnie to, co dzieje sie w kraju, codziennie przeglądam polskie serwisy informacyjne. A tu dziesiątego lutego okazuje się nagle, że wszędzie czarno. Na zaledwie jeden dzień, ale to wystarczyło, żeby zacząć zastanawiać się: "a co, gdyby było tak na dłużej"?
Mówi się, że Polacy są narodem od setek lat podzielonym, skorym do wzajemnych kłótni, że nie potrafią się jednoczyć. Na szczęście są sytuacje, w których zadajemy kłam temu stereotypowi, pokazujemy, że gdy trzeba, umiemy działać wspólnie. W ten sposób wracamy do Strajku Kobiet – moim zdaniem ów protest nie był jednorazowym zrywem, ale początkiem nieuniknionych, nieodwracalnych zmian.
Przecież oglądając w telewizji relacje z tych wydarzeń, zobaczyłam morze kobiet – od młodych dziewczyn, po starsze panie na wózkach – które są naprawdę mocno zdeterminowane. Nie ograniczą się do tego, aby dziś pokrzyczeć na ulicach, a jutro zapomnieć o sprawie.
Do tej pory Polki przypominały spokojne, potulne lwice, które drzemały sobie gdzieś z boku, nie mieszając się do spraw, którymi – jak im mówiono – nie powinny zaprzątać sobie głowy. Teraz? Uświadomiły sobie, że mają pazury i zaczęły ich używać. Naprawdę mocno wierzę w to, że prędzej czy później osiągną swój cel.
No właśnie: nastąpi to prędzej czy później?
To jest dobre pytanie. Staram sie nie spuszczać z oka ze światełka w tunelu i chcę być optymistką. Nasze kobiety przechodzą teraz "emancypację narodową"! Przepełnia mnie duma, gdy obserwuję młode Polki, czyli dziewczyny, dla których to, że powinny być traktowane na równi z mężczyznami, jest sprawą zupełnie normalną. A przecież to kwestia naprawdę nieoczywista dla kobiet z mojego pokolenia.
Byłyśmy wychowywane na szare gąski: miłe, grzeczne, potulne i ciche. No bo przecież powinnyśmy znać swoje miejsce, nie wychodzić przed szereg. Takie myślenie było na porządku dziennym; i w domach, i w szkołach. Nie jest to zarzut pod adresem moich rodziców, bo kocham ich naprawdę mocno i jestem wdzięczna za to, co dla mnie robili. Po prostu, w tamtych latach rzeczy, o których mówię, były normą kulturową.
Sprawy nie ułatwiało chyba również to, że jako piętnastolatka związałaś się z modelingiem, później doszła do tego kariera filmowa. Przecież i w tych światach niezbyt istotne było to, czy masz cokolwiek mądrego do powiedzenia – mylę się?
Masz rację. Był to ogólnie przyjęty schemat: dziewczyna ma być ładna, uśmiechać się i dziękować Bogu za szansę na wspaniałą karierę, którą – oczywiście – dali jej mężczyźni. Ważne tylko, aby nie wymagała zbyt dużo i godziła się na wszystko, bo w przeciwnym wypadku wyjdzie na diwę, która piętrzy niepotrzebnie problemy. A przecież na jej miejsce czeka setka innych dziewczyn.
Gdy z podobnym nastawieniem stykasz się regularnie, to siłą rzeczy zaczynasz traktować je jako status quo, które jest nie do ruszenia. Patrzysz, jak twoja osobowość i kreatywność są tłamszone, próbujesz się dopasować. Z biegiem lat pewne rzeczy zaczęły męczyć mnie coraz bardziej. Dojrzewałam, stając się osobą i coraz bardziej asertywną, i coraz mocniej zbuntowaną wobec pewnych mechanizmów. I to właśnie muzyka była miejscem, w które uciekłam.
Trafiłaś do rajskiej krainy, w której mogłaś stać się i twórcą, i tworzywem, mieć stuprocentową kontrolę nad tym, co robisz?
Na początku nie było aż tak różowo. Okazało się, że i w tej branży dawno temu ustalono podział ról i nie tak łatwo zmienić pewne rzeczy. U góry są mężczyźni – to oni rozdają karty. Kobiety? Mają tańczyć tak, jak im zagrają… Wielu producentów muzycznych ma takie podejście: to ja noszę spodnie, więc decyduję o praktycznie każdej kwestii. A więc, dziewczyno, masz tylko wejść do studia, słuchać uważnie moich poleceń i zaśpiewać tak, jak chcę tego ja. Bo to ja wiem najlepiej, jak wszystko powinno brzmieć. Aha, no i lepiej postaw na seksowny "look" w teledysku.
Zaczęłam pracować z kolejnymi producentami, słysząc nieustannie, że za bardzo się wtrącam. Jeden powiedział mi w końcu, że albo przestanę to robić, albo kończymy współpracę. Cóż, na początku wychodziła ze mnie owa szara gąska; potrzebowałam chwili, żeby powiedzieć: ale zaraz! Przecież to ja jestem tutaj szefem, bo to dla nie robimy ten numer. Nie zamierzam być produktem, ale artystką, która chce robić swoje rzeczy.
Niesamowite jest to, że zmianę nastawienia zawdzięczam mojej córce, wówczas dziewięcioletniej. Rzecz wyglądała tak: dzięki temu, że ktoś usłyszał, jak śpiewa na apelu szkolnym, została zaproszona do studia nagraniowego. Na miejscu zapytano jej: a może chciałabyś nauczyć się produkcji muzycznej?
Wiesz, jaka była moja pierwsza reakcja? "No ale jak to? Dziewczynka produkująca muzykę? Błagam, równie dobrze mogliby zaproponować jej pilotowanie statku kosmicznego”! Po chwili przyszło otrzeźwienie. Uświadomiłam sobie, że to, co właśnie pomyślałam, jest przerażające i jak mocno w moją podświadomość wbito pewne ograniczenia dotyczące tego, co mogą robić kobiety, a co jest terytorium zarezerwowanym wyłącznie dla mężczyzn. Coś strasznego…
Jednak tamta sytuacja była kamykiem, który poruszył lawinę. Zadałam sobie pytanie, które nie przyszło mi do głowy przez tyle lat: zaraz, zaraz, skoro chcę mieć jak największy wpływ na swoje piosenki, to dlaczego nie miałabym ich produkować? Zakasałam więc rękawy i zaczęłam uczyć się produkcji muzycznej.
Cieszy mnie to, że podobne rewolucje odbywają się w umysłach wielu dziewczyn. Spójrz chociażby na świat kina, podbijany przez coraz większą ilość utalentowanych reżyserek, że wspomnę tylko o wspaniałej Małgosi Szumowskiej.
To kobiety, które zakładają metaforyczne spodnie i odważnie, bez jakichkolwiek kompleksów wdzierają się w rejony zdominowane przez mężczyzn. Zaznaczam, wspominane spodnie nie muszą oznaczać tego, że nagle wszystkie stajemy się babochłopami, plującymi jadem w stronę facetów i nienawidzącymi słowa "kobiecość".
Wiesz, spora część feministek podchodzi do tych spraw właśnie zerojedynkowo i bezkompromisowo. Gdzie leży złoty środek?
Tam, gdzie czuje każda z nas; w zależności od tego, co podpowiadają nam serce i rozum. To rzeczy, których nie da się zdefiniować w sposób jednoznaczny, nie ma ideału pasującego wszystkim. Na pytanie, które zadałeś, każda dziewczyna musi znaleźć własną odpowiedź.
Ważne, aby każda robiła to w sposób, jaki jej naprawdę odpowiada. Niech ustala granice swojej kobiecości tak, żeby czuć się szczęśliwą, zamiast zamiast słuchać osób, które ciągną ją w swoją stronę. Jedne mówiąc, że im radykalniej, tym lepiej; inne, że powinna być jednak delikatniejsza.
To jest właśnie clou owego wątku: nikt nie ma prawa mówić nam, jakie mamy być. Nawet inne kobiety. Fajnie tylko, gdybyśmy zaczęły bardziej wsłuchiwać sie w siebie, a mniej w ten przestarzały szum kulturowy, który puszczano nam od dziecka.
Tak przy okazji: naprawdę cieszy to, że coraz mniej z nas słucha "mądrych" rad płynących z ust facetów. Rzecz oczywista? Z mojej dzisiejszej perspektywy – jak najbardziej. Jednak nie zawsze tak było. Przypominam sobie na przykład to, że jeden z moich narzeczonych ciągle miał uwagi dotyczące mojej garderoby. Korygował nieustannie moje stroje – "No chyba tak nie pójdziesz? Powinnaś założyć coś bardziej kobiecego" – ze szczególnym naciskiem na zakładanie krótszych spódnic. No a ja? Szłam sie przebrać. Dziś palę sie ze wstydu, mówiąc ci o tym, ale cóż, wówczas byłam bardzo młoda.
Przejdźmy do tego, co jest dziś, czyli podboju świata dźwięków przez Lvmę Black. Rozmawiam z osobą, dla której muzyka była życiowym planem "A" – przecież jako nastolatka śpiewałaś w zespole Gawęda. Jednak później skupiłaś się na prezentowaniu urody przed obiektywami i kamerami. Efektem mogą być reakcje w stylu: "ot, kolejna modeleczka i aktoreczka, która z nudów postanowiła stanąć przy mikrofonie"...
No tak, kolejna dziewczyna z kategorii "Tańczy śpiewa, recytuje..." – dalszy ciąg tej rymowanki pewnie znasz (śmiech). Mam świadomość tego, że wiele osób może podchodzić do mojej osoby właśnie w taki sposób. Ale przecież nie będę się za to obrażać… Zamiast tego wolę skupić się na ciężkiej pracy i udowodnić, że to, co robię teraz, nie jest jakimś tam kaprysem, ale największą z moich pasji. Na szacunek, na to, aby traktowano mnie jako artystkę wiarygodną, muszę sobie zasłużyć.
W życiu bardzo często zdarza się tak, że nie realizujemy naszego planu "A", bo po drodze pojawiają się inne opcje. W świat modelingu weszłam, nigdy o nim nie marząc. Tym, co przymało mnie przy tej pracy, były niezależność finansowa i super podróże – rzeczy niewyobrażalnie wręcz kuszące dla dziewczyny wychowującej się Za Żelazną Bramą, czyli na typowym polskim osiedlu; w domu, w którym chociaż było OK, to jednak zdecydowanie się nie przelewało.
Tak więc zaczęłam robić coś, czego wręcz nienawidziłam. Naprawdę wiele lat spędziłam w świecie, który mi nie odpowiadał, wykonując najgłupszą i najnudniejszą robotę na świecie. Prężysz się godzinami przed obiektywem, marząc wyłącznie o tym, żeby wreszcie pójść do domu.
Aktorstwo? Na planie filmowym czułam się znacznie lepiej. Tam mogłam wykazać się znacznie większą kreatywnością, inne było również towarzystwo. Jednak realia są takie: chodzisz na kolejne castingi, marząc o rolach, które usatysfakcjonowałyby cię w pełni, ale z biegiem czasu zaczynasz sobie uświadamiać, jak nieczęsto można je dostać.
Mówią ci, że aktor musi grać, że trzeba brać to, co dają. No i robisz tak, chociaż zaczynasz mieć poczucie pewnego obciachu. Ale czy ta wymarzona rola pewnego dnia pojawi się na horyzoncie? Nie wiadomo. Przecież możesz wypatrywać jej w nieskończoność. Tak więc postanowiłam, że pora robić to, co kocham i wróciłam do muzyki. Pracuję spokojnie i konsekwentnie. Wszystko robię we własnym tempie – najważniejsze jest to, że pozostaję w zgodzie z samą sobą.
Według mnie z muzyką jest tak, jak z miłością – nie ma tu miejsca na oszustwa. Można próbować łapać kogoś na "ulepszoną wersję samego siebie", ale przecież prawda prędzej czy później wyjdzie na jaw. A przecież chcemy, żeby ktoś kochał nas za to, kim jesteśmy naprawdę, bez upiększeń. Dlatego wydaje mi się, że nie ma lepszej opcji, niż stawianie na szczerość i uczciwość – musimy pokazać swoją prawdziwą twarz, licząc, że to właśnie w niej druga osoba zakocha się na zabój.
