Karolina Lewicka o układzie Kaczyńskiego
Karolina Lewicka o układzie Kaczyńskiego Fot. Albert Zawada / AG

Kiedyś żartowano ponuro z komunistów radzieckich, że tak walczą o pokój na świecie, że wkrótce nawet kamień na kamieniu się nie ostanie. Podobnie rzec by można o Jarosławie Kaczyńskim: teoretycznie prezes tak wytrwale demaskuje i likwiduje wszelkiej maści układy, że praktycznie zaraz nas wszystkich udusi partyjna ośmiornica. O głowie prezesa PKN Orlen.

REKLAMA
Szara sieć, która oplata Polskę to immanentny obrazek, którym Kaczyński karmi nas od trzydziestu już lat. Jako szef Porozumienia Centrum tropił układ postkomunistyczny – rzekomo wszechobecny i wszechwładny, drenujący Polskę do cna. Już pod szyldem PiS, we wczesnych latach dwutysięcznych wskoczył na konika afery Rywina i rozsnuł przed wyborcami opowieść o kraju upadłym i zdegenerowanym, kraju szerzącej się korupcji i "grupy trzymającej władzę”.
Interes publiczny i dobro wspólne – przekonywał wtedy prezes – znikają w czworokącie bermudzkim. Ściany owego czworokąta tworzyli politycy, gangsterzy, biznes i służby specjalne – wszyscy umoczeni w brudne interesy, okradający Polskę. Kilka lat później Kaczyński lansuje nowego wroga – oligarchę. To bogacz spod ciemnej gwiazdy, który nie wiadomo na czym zbił fortunę, ale w domyśle zbił ją na krzywdzie ludzkiej.
Czytaj także:
W wywiadzie dla "Gazety Pomorskiej” prezes oświadcza, że prowadzone są badania naukowe, przy użyciu komputerowego modelu układu, by ten układ namierzyć, uchwycić. Już wyraźnie widać – ekscytuje się prezes – że ma on bardzo mocne powiązania ze światem przestępczym i silną ochronę polityczną.
Ostatnim i chronologicznie najświeższym akordem tej opowieści jest Beata Szydło kierująca w stronę ław opozycyjnych słowa: Wszystko się da, wystarczy nie kraść!. Oraz Andrzej Duda, perorujący o poprzednikach, którzy ponoć błagają o powrót Ojczyzny dojnej.
Nikt nam tylko nigdy nie powiedział, że to wszystko, co Kaczyński i jego pretorianie opowiadali przez długie lata, czytać trzeba dokładnie na odwrót. Że ta diagnoza to prognoza. Że Kaczyński wcale nie opisywał nam świata zastanego, tylko ten, który zamierza wykuć, jak się tylko dorwie do władzy. Że jego podstawowym celem był wielki układ partyjno-finansowy, swój własny, na swoim łonie wyhodowany, obecny w każdej gminie, przenicowujący Polskę.
Kaczyński okazał się dokładnie tym wszystkim, z czym obiecywał walczyć, a nawet czymś większym, wręcz gargantuicznym. Bo ta sitwa, której zaledwie fragmenty, odpryski, przysłowiowe wierzchołki góry lodowej są dla nas co jakiś czas widoczne dzięki niezależnym mediom, od początku mieściła się w logice tego systemu politycznego. Ta sitwa to jego jądro.
Tak to już bowiem jest na tym świecie, że gdy się ogłasza zaciąg na miernoty lub na bezwzględnych wykonawców złych pomysłów, którzy każde polecenie zrealizują bez szemrania i zbędnej zwłoki, to trzeba ich sowicie opłacić. Nie każdego wprawdzie można kupić do każdej roboty, ale tych z kolei, którzy na rynku są do kupienia, trzeba obsypać złotem, zwłaszcza, gdy robota cuchnie na kilometr. Zaś po wykonaniu roboty znowu nagrodzić, by inni, których będzie się chciało do układu wprząc, widzieli już z daleka, jak bardzo się opłaci pójść na tę służbę.
Jarosław Kaczyński wie, że to nie z miłości do jego osoby sznur pochlebców defiladowym krokiem co dzień zmierza ku Nowogrodzkiej, by bić pokłony przed jego majestatem. On to wie, oni wiedzą, że on wie i że są o sobie nawzajem jak najgorszego zdania. Ale nie o szacunek i poważanie chodzi przecież członkom sitwy, tylko żeby konto puchło.
Ta strategia ma charakter długofalowy. Prezes, utraciwszy w 2007 roku z własnej winy władzę, spędziwszy później osiem wściekle długich lat w opozycji, gdy już ponownie uchwycił w ręku ster rządów, to nie po to, by się z nim już kiedykolwiek rozstać. Cała polityka PiS-u jest nakierowana na uczynienie naszej demokracji fasadową. Służą temu, prócz postępującej dewastacji prawa i ustroju, dwa mechanizmy.
Pierwszy to uwikłanie społeczeństwa w klientelizm, oferowanie żywej gotówki w zamian za przymknięcie oczu i zatkanie nosa.
Drugi to budowa własnych elit, tyle, że w zdegenerowanym państwie te elity są sitwą. Jeśli cokolwiek może nas w całej tej historii jeszcze zaskakiwać, to jednak niebywała pazerność i bezczelność, z jaką gromadzone są majątki oligarchów od Kaczyńskiego. Biorą nie łyżką, a chochlą, wiadrem jakby jutra miało nie być. W tym tempie z Polski wkrótce zostanie ogryzek.