Akademiki: domy rozpusty i wandalizmu czy idealne miejsce do życia na studiach

Akademik w Poznaniu
Akademik w Poznaniu Fot. Łukasz Ogrodowczyk / Agencja Gazeta
– Do akademików trafiają ludzie, którzy są bydłem, a nie studentami – stwierdza w rozmowie z naTemat Jakub Śpiewak, prezes Fundacji Kidprotect.pl. – Akademik to najlepsze miejsce do życia na studiach. Tylko, że nie dla wszystkich… – odpowiadają studenci. Kto ma rację?

"Demolka pokoi, płonący samochód i winda, turlanie toi toia z bezdomną w środku…" – tak wyglądał poranek w akademiku krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej (relacja Gazeta.pl). Podobne zdarzenia to codzienność nie tylko w Babilonie (tak nazywa się dom studencki AGH). Juwenalia, urodziny, piątkowy wieczór – okazji do imprezy, często połączonej z demolką, studenci mieszkający w akademikach mają aż nadto. I chętnie z nich korzystają.

Student demolka
Jakub Śpiewak
prezes Fundacji Kidprotect.pl

Do akademików trafiają ludzie, którzy są bydłem, a nie studentami.

Marcin, student Uniwersytetu Warszawskiego, na pierwszym roku zameldował się w jednym z akademików UW, z założeniem, że zostanie tam przynajmniej przez rok, może dwa lata. Nie wytrzymał nawet czterech miesięcy. – W akademiku takim jak ten nie ma zasad. Imprezy nie odbywają się tylko w weekend, ale też w tygodniu, kiedy ludzie chodzą na uczelnie. A weekend? Sprzątaczki pracują od poniedziałku do piątku, więc w sobotę rano korytarze i ubikacje są zarzygane i brudne. I tak trzeba żyć do poniedziałku – opowiada w rozmowie z naTemat.

Czytaj także: Zapłacisz za drugi kierunek studiów. A może wszystkie studia powinny być płatne?

Jak twierdzi, wybite szyby, potłuczone butelki piwa na korytarzach i niszczenie sprzętu to rzeczywistość większości domów studenckich. – Zapamiętałem jeszcze alarmy przeciwpożarowe o drugiej w nocy, bo komuś zachciało się palić papierosy w pokojach – dodaje.


Podobne wspomnienia z akademika mają inni studenci, z którymi rozmawialiśmy. Mariola właśnie rozpoczyna swój piąty rok w akademiku rzeszowskiej uczelni. Przyznaje, że sporo prawdy jest nie tylko w połączeniu akademik-wandalizm, ale także w wizerunku domu studenckiego jako miejsca rozwiązłości seksualnej. – Tak, wiem. Upadek obyczajów, seks, burdy. Tak się mówi o akademikach. Wszystko to widziałam w ciągu tych kilku lat, ale nigdy nie można tego uogólniać do wszystkich mieszkańców akademików – mówi naTemat.
"Głos Koszaliński"

Zgwałcona studentka, pijackie wrzaski do rana, zniszczony samochód, ryk muzyki do późnej nocy - w taki sposób "bawią” się na juwenaliach studenci Politechniki Koszalińskiej. CZYTAJ WIĘCEJ


Jakub Śpiewak z Fundacji Kidprotect, komentując feralną noc w akademiku AGH napisał na swoim Facebooku: "Jakoś się ucieszyłem, że moja studiująca na AGH córka nie mieszka w akademiku i nie musi mieszać się z tym bydłem". Śpiewak twierdzi, że problem zniszczeń w domach studenckich wynika z braku poczucia odpowiedzialności lokatorów za dobro wspólne.

– Jasne, akademiki są potrzebne, ale kłopot w tym, że trafiają tam nie tylko ludzie, którzy chcą się uczyć. To jest takie podejście: jak coś jest wspólne, to jest niczyje. Właśnie dlatego robią rozróby. Przecież we własnym domu młodzi ludzie niczego by nie podpalili – stwierdza Śpiewak.
"Moje Miasto Kraków"

"Tylko w roku akademickim 2011/2012 w domu studenckim "Żaczek" w Krakowie uszkodzono pięć płyt kuchennych o wartości powyżej 500 złotych sza sztukę" CZYTAJ WIĘCEJ


To nie jest dom dla spokojnych ludzi
Są jednak tacy, i sądząc po popularności akademików jest ich sporo, dla których dom studencki to doskonałe miejsce do mieszkania podczas studiów. Nie zmienią tego ani pojedyncze przypadki wandalizmu, ani nie najlepsza opinia o tych miejscach.

Pierwszą, dla wielu najważniejszą, przewagą akademików nad wynajmowanym mieszkaniem czy stancją, jest cena. Przykładowo w "Żwirku", akademiku Uniwersytetu Warszawskiego, miejsce w trzyosobowym pokoju kosztuje miesięcznie ledwie 300 złotych. "Dwójka" to wydatek rzędu 370 złotych. W domach o lepszym standardzie (w "Żwirku" na każdym piętrze jest tylko jedna kuchnia i łazienka, a wyposażenie większości pokojów nie jest pierwszej świeżości), ceny są wyższe o 200, 300 złotych.

Czytaj także: Erasmus: nauka czy alkohol, imprezy i seks? "Za unijne pieniądze to piją studenci z Hiszpanii"

Poza tym – mówią studenci – ta niepowtarzalna atmosfera... – Chcesz się bawić, to się bawisz. Chcesz się uczyć, też możesz. Wszystko zależy od nastawienia. Dla mnie to prawie same zalety. Nowi ludzie, nauka cierpliwości i samodzielności, a jednocześnie możliwość życia prawdziwym życiem studenckim – opisuje Marcin, mieszkaniec "Kica", akademiku UW.
Małgosia

Mieszkałam w akademiku jedynie przez rok, a będę go wspominać przez całe życie! To był najlepszy rok mojego studiowania, jak do tej pory :) W pewnym sensie mieszkanie w akademiku było dla mnie całorocznym obozem kolonijnym. Poznałam ludzi, których nigdy nie poznałabym na uczelni czy na imprezie, bo prawdopodobnie chodzimy na różne ;) A co za tym idzie, poznałam charaktery i spojrzenia na świat tak zróżnicowane, że aż ciężko w to uwierzyć. Życie w akademiku to życie w małej społeczności. Każdy każdego zna, każdy o każdym dużo wie. CZYTAJ WIĘCEJ


Marcin dodaje, że akademik to nie jest miejsce dla każdego. Ci, którzy cenią sobie ciszę, spokój i samotność, nie odnajdą się w takim miejscu. – Wszyscy mają wybór. Akademik się nie podoba? Zawsze można poszukać innego miejsca – stwierdza.

Akademik z Bogiem
Czy można sobie wyobrazić cichy, spokojny akademik, w którym alkohol nie leje się strumieniami? Środowiska katolickie przekonują, że tak. W ostatnich latach jak grzyby po deszczu wyrastają domy studenckie prowadzone właśnie przez stowarzyszenia związane z Kościołem albo siostry zakonne.

– Nie ma u nas imprez, ale wbrew pozorom nie ma też codziennych modlitw. Obok akademika żyje nasza wspólnota, ale studenci do niej nie należą. Mamy też trzy wspólne wyjazdy weekendowe w ciągu roku i rekolekcje sylwestrowe – usłyszeliśmy od siostry zakonnej, która opiekuje się akademikiem katolickiej wspólnoty Chemin Neuf w Łodzi. Spokój ma tam swoją cenę – miejsce w pokoju dwuosobowym kosztuje miesięcznie 720 złotych, a jednoosobowy 820 złotych.

Marcin Ludwicki
rzecznik Opus Dei

Nasze akademiki różnią się od zwykłych tym, że są kilkunastoosobowe i chodzi o to, by była tam rodzinna atmosfera. Nie jest w tych akademikach tak, że ludzie się mijają. Staramy się jeść wspólnie, przygotowywać razem posiłki. Każdy ma też obowiązki w domu.

Kilka domów studenckich w całej Polsce ma też Opus Dei (akademiki męskie i żeńskie), kościelna instytucja, która wzbudza sporo kontrowersji, a przez niektórych uznawana jest za sektę.

Jak mówi w rozmowie z naTemat Marcin Ludwicki, rzecznik Opus Dei, akademiki te nie są miejscami tylko dla katolików, ale po prostu dla tych, którzy lubią się uczyć. – Nasze akademiki różnią się od zwykłych tym, że są kilkunastoosobowe i chodzi o to, by była tam rodzinna atmosfera. Nie jest w tych akademikach tak, że ludzie się mijają. Staramy na przykład jeść wspólnie przy stole. Każdy ma też obowiązki w domu – zaznacza.

Ludwicki deklaruje, że Opus Dei nie interesuje to, czy ktoś chodzi do kościoła. Ważne, by przyjął zasady, które panują w domu. Jeśli np. któryś z lokatorów się upije, szybko wylatuje z akademika. – Chodzenie do kościoła nie jest warunkiem przyjęcia. Są u nas zresztą takie osoby, które nie chodzą. Oczywiście w ośrodkach jest możliwość uczestniczenia we mszy świętej – dodaje rzecznik.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...