Proces Anity W. i Martina K., oskarżonych o zabójstwo 2-letniego Marcela w Chodzieży ruszył w czwartek 22 kwietnia.
Proces Anity W. i Martina K., oskarżonych o zabójstwo 2-letniego Marcela w Chodzieży ruszył w czwartek 22 kwietnia. Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta

Proces Anity W. i Martina K., oskarżonych o zabójstwo 2-letniego Marcela w Chodzieży ruszył w czwartek 22 kwietnia. Gazety pisały już o tej zbrodni przed rokiem, ale w trakcie śledztwa przekazywane były jedynie szczątkowe informacje. W czwartek prokuratorka Magdalena Kopras odczytała akt oskarżenia, w którym mamy wyraźny opis bestialstwa matki i jej partnera.

REKLAMA
Przypomnijmy, że mały Marcel zginął 12 marca ubiegłego roku w mieszkaniu przy ulicy Kilińskiego w Chodzieży. Miał zaledwie dwa lata. Matka Anita W., miała go zabić w zamiarze bezpośrednim, czyli chciała po prostu to zrobić. Kobieta miała zakryć go kołdrą i docisnąć jego głowę do poduszki, przez co Marcel nie mógł oddychać.
To jednak tylko jeden zarzut. Drugi wskazuje na to, że od blisko roku, matka znęcała się nad nieporadnym ze względu na wiek synem. Biła go ręką po ciele i z wysokości rzucała do łóżeczka. Często zostawiała go też z królikiem, który gonił i podgryzał chłopca.
Marcel na co dzień jadł niedopałki papierosów i karmę dla gryzoni, bo w mieszkaniu były jeszcze dwa szczury. Anita W. często straszyła syna, że zamknie go za karę w łazience. Gdy chłopiec z kolei miał złamaną nogę, matka zdjęła mu gips i nie poszła na badania kontrolne i rehabilitację.
Partner Anity W., Martin K. również przyłożył rękę do znęcania się nad chłopcem. Kilka miesięcy przed jego śmiercią połamał mu kość udową, a wcześniej uczestniczył w fizycznych i psychicznych torturach.
Anita W. podczas rozprawy przyznała się do zabójstwa. "Żyłam w stresie. Martin naskakiwał na mnie, że możemy stracić mieszkanie. Sąsiedzi skarżyli się właścicielce na hałas, bo mały często płakał" – mówiła.
Para od dłuższego czasu zmagała się z problemami finansowymi. Pod koniec miesiąca zbierali butelki, aby mieć na jedzenie. Mimo tego nigdy nie brakowało im na alkohol i papierosy, a Martin często zażywał jeszcze amfetaminę. Gdy policjanci znaleźli zwłoki Marcela, ten był niedożywiony, brudny i umazany kałem.
"Wyborcza" informuje jednak, że policjanci i prokuratorzy od kilku miesięcy wiedzieli o przemocy w tym domu. Powiadomił ich o tym szpital, gdy chłopiec miał złamaną nogę. Śledztwa jednak wtedy nie wszczęto, a wszystko zakończyło się na upomnieniach. Kolejna rozprawa w tej sprawie już w przyszłym tygodniu.
Czytaj także:
logo