"Wąskim gardłem" są dziś także cmentarze. W niektórych miastach wydłuża się czekanie na pogrzeb.
"Wąskim gardłem" są dziś także cmentarze. W niektórych miastach wydłuża się czekanie na pogrzeb. Fot. Grzegorz Skowronek / Agencja Gazeta

– Cmentarz jest w tym przypadku wąskim gardłem. Liczba pogrzebów jest konkretnie określona i koniec, więcej nie – zaznacza w rozmowie z naTemat Krzysztof Wolicki, prezes Polskiego Stowarzyszenia Pogrzebowego. W obliczu kolejnych informacji dotyczących tego, że Polska jest w czołówce krajów, w których z powodu COVID-19 umiera najwięcej osób, pytamy, jak pandemia wpłynęła na funkcjonowanie zakładów pogrzebowych i co stanowi największy problem.

REKLAMA
W ubiegłym roku liczba zgonów w naszym kraju pierwszy raz od II wojny światowej była tak duża. Pierwsze miesiące tego roku także są gorsze niż analogiczne okresy w poprzednich latach. Jak wpływa to na pracę zakładów pogrzebowych?
Pracy jest dużo. Oczywiście są miejsca w których nie odczuwa się zwiększonej liczny zgonów, ale są i takie, w których jest ich zdecydowanie więcej. Jeżeli zakład pogrzebowy w tygodniu miał 3 zgony, a teraz ma ich 6 – wzrost o 100 proc. – to i tak dla tej firmy nie jest to wyjątkowo odczuwalne i bardzo stresujące.
Jeśli jednak mamy firmę, która robiła w miesiącu 60 pogrzebów, a teraz robi 200, to wiąże się to z dużym wysiłkiem. Zakłady pogrzebowe zatrudniają nowych pracowników, wydłuża się czas czekania na pogrzeb.
Gdzieś są zastoje? Mam na myśli np. chłodnie.
Chłodnie się "przytykają". Jeśli rodzina jest na kwarantannie, musi odczekać np. 10 dni, żeby móc wyjść z domu i załatwić formalności. Od samego początku postulowaliśmy, aby osoby zmarłe na COVID-19 poddawać kremacji. Wtedy sytuacja w chłodniach wyglądałaby inaczej.
Zgody na kremację można udzielić telefonicznie. Powiedzmy, że rodzina jest w izolacji i umiera ktoś z ich bliskich, wtedy można zadzwonić do zakładu pogrzebowego, powiedzieć, w którym szpitalu jest ciało i poinformować o decyzji. Urna może czekać w zakładzie tydzień, dwa, miesiąc. Nie ma najmniejszego problemu. Niestety ustawodawca nie przychylił się do naszej propozycji i mamy, co mamy.
Zgłaszałem się też do Głównego Inspektora Sanitarnego z prośbą, aby podawać całkowitą liczbę zgonów. To, że resort informuje, że zmarło 600 kilka osób, niewiele nam mówi.
Codziennie w Polsce statystycznie umiera około 1200 osób. Jeśli więc dalej sytuacja ta wygląda tak samo, a w tych 1200 zgonach jest 600 z powodu COVID-19, to nie ma problemu, bo system "chłodniarski" wytrzymuje. Natomiast gdyby okazało się, że umiera łącznie 2300 osób, to jest już spory problem.
Co się dzieje, jeśli w chłodni nie ma miejsca?
Rodzina nie szuka chłodni, rodzina zgłasza się do zakładu pogrzebowego i to on musi znaleźć chłodnię. Bywa, że w chłodni, w której powinny być 4 ciała jest ich 6. Jeżeli jednak w jednej nie ma miejsca, to dzwoni się do znajomych firm, z którymi się współpracuje, i pyta, ile tam jest wolnych miejsc. Nie ma jednak takiej możliwości, żeby ciała leżały na świeżym powietrzu. Chodzi o szacunek do zmarłego.
A kwestia samych pogrzebów i cmentarzy?
Cmentarze też powodują zatory. Zakład pogrzebowy może pracować i 24 godziny na dobę. Firmy mają przecież podpisane umowy ze szpitalami na odbiór ciał, więc jeśli zgon następuje o 2 czy 3 w nocy, to ciało musi przeleżeć 2 godziny post mortem, ale po tym czasie trzeba je zabrać. Tym bardziej jeśli w szpitalu nie ma chłodni.
Pracownicy zakładów pracują na okrągło. Natomiast cmentarz jest w tym przypadku wąskim gardłem. Liczba pogrzebów jest konkretnie określona i koniec, więcej nie. To też jest kwestia miejscowości, bo jeśli w jakiejś jest kilka cmentarzy, to to się rozkłada. Miałem sygnały z Polski, że na niektórych nekropoliach było mniej pochówków niż w poprzednim roku.
W tej kwestii nie możemy uśredniać. To tylko rząd może powiedzieć, że coś spada lub nie spada. Niektóre miejscowości nie wiedzą, co to jest COVID-19, a w innych trup ścielę się gęsto.
W takich miejscowościach, gdzie zgonów wśród mieszkańców jest dużo, trzeba długo czekać?
W dużych miastach, gdzie jest dużo zgonów, w normalnym czasie czeka się na pogrzeb około 8-10 dni, teraz wydłuża się to o 2 do 4 dni. To nie jest nic specjalnego. Ktoś pisał, że na cmentarzu Rakowickim w Krakowie czeka się 2 tygodnie na pogrzeb, to prawda, ale jest to nekropolia szczególna. Tam obsada pracowników jest, jaka jest, więc nie wyrabiają. Zresztą zawsze się tam dłużej czekało.
Poza tym jeżeli ktoś ma już grób wykupiony, to wszystko będzie trwało krócej, bo w takim przypadku musimy tylko zdjąć płytę i otworzyć grób, ale tego też nie robi się z minuty na minutę. Co innego jeśli kupuje się nowy grób, tutaj trzeba wykopać dół, zabezpieczyć go, więc wszystko się przedłuża.
Pandemia wpłynęła na to, że jest więcej kremacji?
Zdecydowanie tak, ale jak to wygląda procentowo, nie mam pojęcia, choć szacuje się, że około 35 proc. są to pochówki pokremacyjne. Krematoria komunalne podają informacje, ale prywaciarze nie chcą tego robić, zasłaniając się tajemnicą handlową. Nie byłem w stanie przekonać GUS-u do przeprowadzenia takich badań, bo chcieli ode mnie dziwne pieniądze.
Na pewno to wzrasta, bo mamy w tej chwili chyba 67 działających krematoriów, budowanych – z tego co ja wiem – jest 5, a pewnie drugie 5, o których nie wiem.
Co w czasie pandemii jest największym problemem zakładów pogrzebowych?
Największym problemem jest indolencja rządu. Niechęć do jakiejkolwiek konsultacji z firmami pogrzebowymi. Myślę, że jest to bolączką nie tylko tej branży. Nie bada się tego, jak ta cholera się rozprzestrzenia. Skoro fryzjerzy są dużym zagrożeniem, to dlaczego kościół nie jest?
COVID-19 nie uznano za chorobę zakaźną. To ma znaczenie, bo zgodnie z rozporządzeniem z 2001 roku o postępowaniu ze zwłokami ciało osoby zmarłej na chorobę zakaźną zawija się w materiał nasączony substancją wiruso i bakteriobójczą, nie myje się go, nic się z nim nie robi. Wkłada się do trumny, trumnę się odkaża, wkłada do worka plastikowego i w ciągu 24 godzin wywozi na najbliższy cmentarz.
Kiedy w kwietniu zeszłego roku zapytałem, dlaczego COVID-19 nie uznano za chorobę zakaźną, GIS odpowiedział, że z obawy na to, że zakłady pogrzebowe mogą się nie wyrabiać. Kuriozum.
Stworzono knota legislacyjnego pt. rozporządzenie 585, czyli dodano do rozporządzenia 2001 roku pkt. 5a, który mówi, że ciało w uzasadnionych wypadkach można oglądać, myć itd.
I tutaj zaczyna się problem, rodziny chcą, żeby pokazać im ciało. Ktoś zmarł na COVID-19, ale chcą się z nim pożegnać. Zakład pogrzebowy mówi "nie", a oni pokazują podstawę prawną i mówią, że śmierć mojej matki lub mojego ojca jest jak najbardziej uzasadnionym wypadkiem.
Nie wspominam już o ochronie środowiska. Postanowiono, że ciała osób zmarłych na COVID-19 wkłada się do plastikowego wora, wór wkłada się do trumny i dopiero chowa się do ziemi. Jeżeli ten wór nie rozłoży się nam przez najbliższe 1000 lat, to to ciało, które jest tam w środku, będzie się gotowało, czyli wszystko to będzie tam siedziało. Nie wiemy dokładnie, jak długo wirus może przetrwać.
Wyobraźmy sobie – oby tak się nie stało – że trafi nam się powódź taka, jak była w 1997 we Wrocławiu i cmentarz "wypłynie". Ciała się rozleją, wody zostaną zatrute. To jest ochrona środowiska według tego rządu.
Kolejna sprawa to to, że ciało osoby chorej na COVID-19, które trafia do kremacji, wkłada się w dwa plastikowe worki i dopiero się spala. Wszystko to, cała chemia, idzie do nieba. Gdzie tu ochrona środowiska? Nie mam pojęcia.
To są największe bolączki. Niechęć rządzących do jakichkolwiek rozmów, do słuchania ludzi. Chciałem podpowiedzieć im nawet nieoficjalnie, żeby wzięli to jako własne pomysły, ale też nie. Trzeba mieć dużo odwagi, żeby powiedzieć: "Przepraszam, nie wiem, podpowiedzcie".
Pracownicy zakładów pogrzebowych się nie boją? Przecież koronawirus nie omija takich miejsc.
Znam przypadki, że właściciel umarł na COVID-19. Strach jest, trzeba by być idiotą, żeby się nie bać. Wszyscy się boją, ale wiedzą, że muszą to robić.
Ze śmiercią styka się pan na co dzień. Co jednak pan myśli, kiedy słyszy – zwłaszcza w ostatnich dniach – statystyki dotyczące zgonów na COVID-19?
Szlag mnie trafia, kiedy widzę głupotę rządu. Najgorszą rzeczą jest brak rzetelnej informacji. Jeżeli mówi się człowiekowi, że nie ma już pandemii, a słowa te padają z ust szefa rządu, to dla większość ludzi bierze to za pewnik i rzuca maseczki w kąt – zwłaszcza ci, którzy mają dostęp głównie do TVP, a byli przyzwyczajeni, że "Wiadomości" o 19:30 to świętość i że są tam rzetelne informacje. Po czymś takim zmuszenie ludzi, żeby ponownie się zabezpieczyli, jest dużym problemem.
Przed Bożym Narodzeniem słyszeliśmy, że w Wlk. Brytanii jest wyjątkowo zaraźliwa odmiana koronawirsa, co wtedy nasz kochany rząd zrobił? Wszyscy zamknęli granicę, a my ściągamy Polki i Polaków z Anglii. Znam 3 osoby, które stamtąd przyleciały i nawet ich nie sprawdzano na lotnisku. To są rzeczy niedopuszczalne.