Włosi hucznie świętowali zwycięstwo w Euro 2020.
Włosi hucznie świętowali zwycięstwo w Euro 2020. Fot. archiwum prywatne

Nie będę udawała, że znam się na piłce ani też, że się nią interesuję. Ale kolejne wydarzenia piłkarskie wpisują się w historię życia – mojego i milionów innych osób.

REKLAMA
I tak, pamiętam na przykład Euro w 2004 roku. Byłam wtedy na obozie wędrownym, który podzielił się na dwa – nomen omen – obozy: kibicujących Grecji lub Portugalii. Byłam za tą ostatnią z prozaicznego powodu – podobał mi się Luis Figo.
Z moim pierwszym chłopakiem oglądałam Mundial 2010, przed czym przy kolejnych (Mundialach i chłopakach) już się wzbraniałam.
Najlepiej pamiętam jednak finał Euro w zwycięskiej wówczas Hiszpanii. Patrzyłam na ludzi wskakujących do fontanny na rondzie i pomyślałam, że chcę coś takiego przeżyć. Nie miałam nawet na myśli zwycięstwa Polski, ale raczej kąpiel w fontannie.
Zapytacie, dlaczego więc do niej nie wskoczyłam. Cóż, w zamierzchłym 2008 byłam niepełnoletnia, a rodzice, z którymi byłam na wakacjach, kibiców kojarzyli z jednym. Rozpier***em.
logo
Fot. archiwum prywatne
Nie żebym śledziła kursy zakładów bukmacherskich w poszukiwaniu możliwości przeżycia „fontanna experience”, ale minęło 13 lat, a ja znów wylądowałam w kraju, który wygrał Euro (gdy wyjeżdżałam, Włosi byli skromnymi ćwierćfinalistami).

Odrobinę niepokoiłam się oglądaniem meczu w centrum miasta

Niespełna 100-tysięczne Lecce (dół obcasa) to może nie Rzym ani też Londyn, ale patrzyłam znad spaghetti (a jakże) na przedmeczowe zamieszki pod Wembley i pomyślałam dokładnie to, co moi „nudni starzy” w 2008 roku: oho, rozpi***ol.
Co za tym idzie, odrobinę niepokoiłam się oglądaniem meczu w centrum miasta w towarzystwie samych Włochów (pandemia skutecznie wymiotła turystów, przynajmniej z Apulii – wystarczy wspomnieć, że przez 10 dni spotkaliśmy parę niemieckich emerytów i widzieliśmy trzy auta na zagranicznych blachach).
logo
Fot. archiwum prywatne
O 20:00 wszystkie miejsca w knajpach były już pozajmowane, zadowoliliśmy się więc krawężnikiem łaskawie objętym obsługą kelnerską. Włosi odśpiewali hymn i zajęli się swoimi talerzami, a pierwsza bramka trochę im chyba umknęła. Za to potem patrzyli w ekrany w takim skupieniu, że gdy w przerwie oddaliliśmy się w poszukiwaniu tańszego piwa (meczowe 5 euro za 330 ml nie jest raczej ofertą sezonu) po natężeniu i intonacji głosów dało się poznać, co dzieje się na boisku.
„To był gol?” – zapytałam po którymś ze zmasowanych okrzyków z miasta. Usłyszałam, że pudło, ale było blisko, z kolei wcześniej Włosi byli po prostu przy piłce, a gola rozróżniłabym od razu.
Kilka minut później rzeczywiście nie miałam wątpliwości, że strzelili. Pobiegliśmy do najbliższego lokalu z ekranem. Miejsc oczywiście nie było. Siadłam na ziemi: po lewej miałam dwie dziewczynki w niebieskich strojach piłkarskich, po prawej Włoszkę w średnim wieku i jej psa Leę („to nie z Gwiezdnych Wojen, tylko po przyjaciółce”, „Lea nie lubi piłki nożnej”).

Patrzeć zeszli się wszyscy, łącznie z ulicznymi sprzedawcami

Jak przebiegły karne, można sobie wyobrazić. Wstrzymanie powietrza – wrzask radość i podskoki – wzajemne uciszanie się, kolejny bezdech – jęki i rwanie włosów z głów. I tak razy 10, w zmiennych kombinacjach.
logo
Fot. archiwum prywatne
Patrzeć zeszli się wszyscy, łącznie z ulicznymi sprzedawcami w tradycyjnych, afrykańskich strojach czy Hindusami prowadzącymi za rogiem sklep typu „mydło i powidło”.
Reszta to historia.

Osiem obcych osób pyta, czy może mnie uściskać

Tymczasem na ekranie wręczono puchar przy akompaniamencie braw, śmiechów i okrzyków radości (choć nie z Wembley). Właściciel knajpy i kelnerzy oblewają ludzi szampanem i oddają im pełne do połowy butelki, a potem tłum wylewa się na ulice Lecce.
Ludzie z barów, restauracji i mieszkań zaczynają organizować się w spontaniczną paradę. Włosi wsiadają w auta i robią rundki po mieście trąbiąc i machając flagami. Mężczyźni zrzucają koszulki i machają nimi nad głowami. Bez mała osiem obcych osób pyta, czy może mnie uściskać. Ktoś odpala z dachu fajerwerki w barwach narodowych.
No a potem idą race. Wiecie, z czym kojarzą się race kobiecie, która mieszka w Warszawie(/Polsce)? Z grubsza z tym, że trzeba spier***ać. Że zaraz zaczną fruwać petardy albo kamienie (kostka z placu Konstytucji, 2011 PAMIĘTAMY, Parada Równości w Białymstoku, 2019 PAMIĘTAMY). Słowem, że zrobi się niebezpiecznie.
logo
Fot. archiwum prywatne
Ale, że nie widziałam dotychczas latających krzeseł, bójki ani nawet sporu (a byłam też na półfinale w Bari), myślę: spokojnie, może te race to nic takiego.
Zieloną racę trzyma sobie wesoło ciemnoskóry mężczyzna, przekrzykujący się w dodatku przez dźwięk spalania ze swoim „uwaga, uwaga”. W powietrze nie lecą nie tylko kamienie, ale nawet tradycyjne pod pewnymi szerokościami geograficznymi „ku**y” i „ch**e”.

Pani na stacji benzynowej pośrodku niczego częstuje klientów nalewką

Na głównym placu miasta kilku facetów wspina się na latarnie. Intonują „Seven Nations Army” White Stripesów – od kilku dobrych lat nieformalny hymn piłkarski. Ludzie śpiewają, tańczą, skaczą. Inaczej: śpiewamy, tańczymy, skaczemy. Impreza trwa ponad dwie godziny, może i dłużej, nie wiem, bo wracamy spać.
Dzień po finale pani na stacji benzynowej pośrodku niczego częstuje klientów nalewką orzechową, podobno robiła babcia. Wszyscy gadają o meczu i piją, w końcu we Włoszech można prowadzić z pół promila.
„New York Times” pisze, że Włochy się odradzają. Najpierw wygrana na Eurowizji, a teraz jeszcze zwycięstwo w Euro 2020. Kontekst jest oczywisty: opatrzność/Bóg/cokolwiek wynagradza Italii pandemiczne cierpienia. Sami Włosi cieszą się z sukcesów. Ale co ma piernik do wiatraka? Byli najlepsi.
Czytaj także: