Edward Potok nie czuje się największym przegranym wyborów na prezesa PZPN
Edward Potok nie czuje się największym przegranym wyborów na prezesa PZPN fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta

Przed wyborami na prezesa PZPN był faworytem do zwycięstwa. Musiał uznać wyższość Zbigniewa Bońka, ale nie czuje się największym przegranym batalii o prezesowski fotel. Edward Potok, bo o nim mowa, uważa, że wciąż może zrobić bardzo dużo dla polskiej piłki.

REKLAMA
Czy nie czuje się Pan największym przegranym wyborów na prezesa PZPN?
Nie, dlaczego mam się tak czuć? Wręcz przeciwnie, czuję się wygranym.
Jak to? Miał Pan przecież wygrać wybory, a nie wszedł nawet do zarządu związku.
Osoba taka jak ja, nieznana medialne, bez jakiegokolwiek ich wsparcia – chociaż działam w polskiej piłce już bardzo długo – teraz jest powszechnie rozpoznawana. Ci, którzy interesują się piłką jeszcze kilka miesięcy temu nie wiedzieli kim jestem, a teraz już mnie znają. Kojarzą, że jestem prezesem Łódzkiego Związku Piłki Nożnej, że kiedyś byłem trenerem, że przez dwie kadencje zasiadałem w zarządzie PZPN. Uważam, że bardzo wiele zyskałem dzięki kandydowaniu na prezesa PZPN.
Niby wszystko się zgadza, ale przecież to nie media wybierają prezesa, tylko środowisko działaczy piłkarskich, które zna Pana bardzo dobrze.
Panie redaktorze, powiem tak, każdemu życzę, by w takiej stawce zajął drugie miejsce. Zresztą ja się bardzo cieszę, że wreszcie w PZPN nastąpi zmiana. Skoro wszyscy w ostatnich latach krytykowali związek i ludzi, którzy w nim byli, to teraz dajmy szansę innym. Może się coś zmieni.
A co z koalicją z Romanem Koseckim? Sporo się mówiło o tym, że miał się Pan z nim dogadać i odpowiednio podzielić głosy, jednak ostatecznie nie wyszło. Dlaczego?
Czysta matematyka. Po wynikach pierwszej tury stwierdziłem, że i tak nie mamy szans wygrać z Bońkiem. A druga rzecz, tak czysto technicznie, nie było już na to czasu
A nie jest Pan rozgoryczony tym, że nie ma dla Pana miejsca w zarządzie? Kosecki miał mniej głosów w wyborach niż Pan, a dla niego miejsce się znalazło.
Od razu po głosowaniu podeszło do mnie kilka osób i zapytało, czy mamy jeszcze wspólnie głosować. Odpowiedziałem, zgodnie z prawdą, że nie interesuje mnie miejsce w zarządzie. I nie jest to spowodowane żadnym rozgoryczeniem. Po prostu uważam, że osoba, która kandyduje na stanowisko prezesa, zajmuje drugie miejsce i ma swój program, nie powinna przeszkadzać nowemu prezesowi. Ja nadal jestem prezesem ŁZPN i z tego co wiem, Zbigniew Boniek jest zainteresowany współpracą ze mną. Rozmawiałem z nim zresztą na ten temat, wie że może zawsze się do mnie zgłosić.
Kończąc wątek Koseckiego, powinien zrezygnować z mandatu poselskiego?
To jego indywidualna sprawa. Ja mogę powiedzieć tylko z własnego doświadczenia, że łączenie zbyt wielu, szczególnie tych najwyższych, funkcji z reguły dobrze się nie kończy. No, ale nigdy nie byłem posłem, więc nie wiem ile to zajmuje czasu.
Pan by zrezygnował?
Nie powiem nic więcej niż, to co już powiedziałem na ten temat.
A będzie Pan przeszkadzał Bońkowi? Tak na złość.
Absolutnie nie. Ja chcę budować, a nie burzyć. Chcę pomagać, a nie przeszkadzać. Wie Pan, teraz prezesem jest Boniek, ale za cztery czy więcej lat, będzie nim ktoś inny i wydaje mi się, że w interesie wszystkich leży, by zbudować podstawy pod dobre funkcjonowanie polskiej piłki w przyszłości. To powinien być priorytet dla wszystkich ludzi związanych z naszym futbolem.

Podoba się Panu nowy zarząd?
Każdy zarząd, który byłby wybrany, dokonałby zmian. Tu już nie ma na co czekać, trzeba przeprowadzić szereg reform, które zmienią polską piłkę.

Jakie to mają być reformy?
To już nie jest mój problem, bo nie ja będę rządził w PZPN.
Pan stworzyłby lepszy zarząd?
Nie zastanawiałem się nad tym, ale nie wydaje mi się, żeby prezes miał na to wpływ. Może ma, ale raczej znikomy.

A nie za dużo mamy tych ludzi zasiadających w zarządzie PZPN? Orlen ma tylko pięciu, a to jedna z największych polskich firm.
Orlen w stosunku do polskiej federacji to bardzo malutka firma.
Chyba Pan przesadza.
Nie. PZPN sprawuje pieczę nad rozgrywaniem setek, a może nawet tysięcy meczów co tydzień.

A Orlen nad tysiącami stacji paliw. Codziennie.
Niby tak, ale to i tak za mało, by równać się z PZPN. Ale ta rozmowa idzie w złym kierunku. Wróćmy do zarządu. Wydaje mi się, że 18 osób, to dobra liczba. Ani za duża, ani za mała, jak na taką firmę. Pięć osób w jedną, albo drugą stronę, nie robi różnicy.
Przed wyborami sporo Pan mówił o tym, że chce ocieplić wizerunek PZPN w mediach. Jednak podczas swojego przemówienia podczas zjazdu wyborczego, mocno pan te media zaatakował. To chyba nie jest dobra droga.
No nie, na pewno nie. Chyba źle powiedziałem, to co chciałem przekazać. Może zjadł mnie stres, bo stawka przecież była ogromna. Ja chciałem tylko zaznaczyć, że niekiedy media przesadzają ze swoją nagonką i później dochodzi do takich sytuacji jak ta ze „świńskim ryjem” Janusza Palikota. Ale nie chciałem obrażać mediów i dziennikarzy. Źle się chyba wyraziłem.
Czytaj też:
Tomasz Ziółkowski o polskiej piłce "Upadliśmy już tak nisko, że niżej się nie da"
W ogóle Pana wystąpienie przypominało bardziej przemówienie dowódcy w wojsku niż kandydata na prezesa PZPN. Słownictwo, ton wypowiedzi, to wszystko mogło odstraszyć od Pana. Może przez to, też stracił Pan głosy?
Wątpię, żeby to zadecydowało. Na przykład Stefan Antkowiak miał bardzo dobre przemówienie, a odpadł już w pierwszej turze. Może uciekły mi gdzieś dwa, trzy głosy, ale nie więcej. Rzeczywiście trochę zepsułem swoje 10 minut na mównicy. Przesadziłem. Trudno. Pewne rzeczy dostrzega się dopiero po fakcie.

Czym się Pan teraz będzie zajmował? Skoro nie udało się wygrać wyborów.
Nadal jestem przecież prezesem ŁZPN i tam będę działał, chociaż mam nadzieję, że moja wiedza przyda się też w centrali. Siedzę w tym tyle lat, że naprawdę dużo wiem i sporo mogę jeszcze dla tej piłki zrobić.