
– Choćby dziś miałem bardzo chorą pacjentkę, która trafiła do nas z zajęciem płuc w około 80 procentach. Nie wiedziała, że szczepionka może ją ochronić przed ciężkim przebiegiem choroby – opowiada Jacek Górka, krakowski internista, specjalizujący się w intensywnej terapii. W rozmowie z naTemat lekarz wyjaśnia, jak obecnie, gdy czwarta fala pandemia nie jest jeszcze w szczycie, wygląda sytuacja w szpitalach i z czym borykają się zarówno pacjenci, jak i personel medyczny.
REKLAMA
Napisał pan na Twitterze: "Pacjenci podający informację, że się nie zaszczepili są smutni, jest im wstyd". Rzeczywiście widać jakąś refleksję?
Tak i uderzyło mnie to ostatnio, ponieważ nigdy nie myślałem o tym w ten sposób, ale wydaje się, że jest jednak jakaś świadomość wśród tej części społeczeństwa, która nie korzysta ze szczepień przeciwko SARS-CoV-2. Może zdają sobie sprawę, że popełniają błąd.
Jest to smutne, ale trochę też się z tego cieszę, ponieważ być może świadczy to o jakimś potencjale. Może dobrą edukacją, dobrym podejściem do informowania o szczepionce, uda się zachęcić pacjentów do szczepienia, zanim zachorują. A to przecież jest najistotniejsze.
Tym, którzy się nie zaszczepili, a trafiają do szpitala z COVID-19, towarzyszy duży strach?
Oczywiście, strach zawsze towarzyszy tej chorobie, zwłaszcza, gdy mówimy o ciężkim jej przebiegu, o braku tchu, trudnościach z oddychaniem. Badania mówią, że to jedno z najgorszych uczuć, jakich pacjent może doświadczyć. Opisywane jest, jako coś zdecydowanie bardziej uciążliwego niż nawet silny ból. Dlatego pojawiają się lęk i troska o własne życie. Dla pacjentów są to trudne chwile.
Jak tłumaczą się niezaszczepieni?
Pewnie w związku ze strachem i wstydem większość osób nie bardzo chce o tym opowiadać. Choćby dziś miałem bardzo chorą pacjentkę, która trafiła do nas z ciężką postacią COVID-19, z zajęciem płuc w około 80 procentach.
Nie wiedziała, że szczepionka może ją ochronić przed ciężkim przebiegiem choroby. Mało tego, trafiły do niej przekazy przeciwników szczepień, w efekcie czego bała się, że przy tak ciężkiej duszności nie będzie leczona w szpitalu, ponieważ się nie zaszczepiła.
Naprawdę brakuje edukacji i na to trzeba położyć nacisk. Niezaszczepionych pacjentów leczymy tak samo, jak zaszczepionych, stosujemy te same leki, angażujemy ten sam personel, tylko niestety przebieg choroby z reguły jest u nich cięższy, a rezultaty leczenia często są znacznie gorsze.
Zapytałam o te tłumaczenia, ponieważ moją uwagę zwrócił krótki opis rozmowy z pacjentką, który umieścił pan na Twitterze. Niezaszczepiona kobieta argumentowała swoją decyzję tym, że "szczepionka jest nieprzebadana, nie wiemy jakie są długotrwałe skutki uboczne", ale na pytanie o skutki uboczne palenia e-papierosa odpowiedziała "Nigdy się nie zastanawiałam".
Cały czas słyszymy podobne opinie. Właściwie na każdym dyżurze ktoś mnie tym zaskakuje, choć przecież wiem, że takie poglądy funkcjonują w społeczeństwie. Niesamowite jest to, jak często powielamy argumenty, które gdzieś usłyszymy, samemu de facto się nad nimi nie zastanawiając. Powtarzamy je bez najmniejszej refleksji.
Nie wspominając już o tym, że nie jesteśmy społeczeństwem, które przesadnie dba o swoje zdrowie. Nikotynizm, nadużywanie alkoholu, czy brak innych postaw prozdrowotnych nieustannie nam to pokazują.
Pod jednym z wspomnianych przeze mnie postów ktoś napisał: "Dodatek do wypłaty robi swoje?". Często zdarza się, że ludzie w taki właśnie sposób utrudniają pracę lekarzom?
Zdecydowanie częściej można się z czymś takim spotkać w internecie, gdzie ludzie są anonimowi. Internet jest w stanie przyjąć absolutnie wszystko, dlatego każdy, kto próbuje edukować w temacie COVID-19, spotyka się z hejtem.
Natomiast w realnym życiu, na SOR-ze czy na intensywnej terapii, gdzie pracuję, jest to zdecydowanie rzadsze, ale takich zatwardziałych przeciwników szczepień również się spotyka. Mimo tego, że chorują, cały czas uznają, że zrobili dobrze, że się nie zaszczepili.
Natomiast myślę, że w momencie zachorowania, zwłaszcza takiego cięższego, przeważają lęk, bojaźń i troska o swoje życie. Takie przewartościowanie sprawia, że ludzie zaczynają żałować. Prawdopodobnie, gdyby mogli przewidzieć, że coś takiego się wydarzy, podjęliby inną decyzję w przeszłości.
Jeszcze raz wrócę do edukacji, ponieważ brak rzetelnego informowania o COVID-19 jest przyczyną wielu problemów. Społeczeństwo dosyć szybko zaczęło się antagonizować. W mediach społecznościowych pojawiały się informacje przeciwników szczepionek czy też osób negujących pandemię. Również w naszym środowisku, środowisku lekarskim, znalazły się osoby, które chcąc zrobić błyskawiczną, medialną karierę, pandemię próbowały i dalej próbują negować.
Zapraszani byli do mediów, wypowiadali się w różnych programach. Trafili do szerokiego grona odbiorców. Nie ukrywajmy – COVID-19 w płaszczyźnie zdrowotnej, ekonomicznej, zdewastował nasz kraj, w związku z tym automatycznie reagujemy na niego nerwowo, więc to antagonizowanie nie było trudne.
Statystyki resortu zdrowia pokazują, że zakażeń jest bardzo dużo, na pewno więcej – co podkreślają także lekarze – niż się spodziewaliśmy. Czy widać to także na szpitalnych oddziałach?
Jestem bezpośrednio po dyżurze na SOR-ze, gdzie tych pacjentów było naprawdę dużo. Są pacjenci, którzy rzeczywiście mimo tego, że pandemia jest z nami od prawie dwóch lat, dalej nie są świadomi najczęstszych objawów COVID-19 – bóle mięśni, gorączka, duszność. Niektórzy są zaskoczeni, kiedy tę chorobę u nich diagnozujemy.
Zachorowań jest bardzo dużo, coraz więcej. Negatywną niespodzianką jest z pewnością także to, że cały czas choruje mnóstwo seniorów.
Mówimy o zachorowaniach po szczepieniu?
Mówię głównie o tych, którzy się nie szczepili. Sądziłem, że ta grupa społeczna jest wyszczepiona na tyle dobrze, że zachorowań wśród nich będzie mniej.
Co mówić osobom, które się zaszczepiły, ale teraz zaczynają wątpić, bo same chorują lub COVID-19 dotyka kogoś z ich otoczenia?
To są trudne rozmowy. Dużą część z tych osób nie przekonają żadne argumenty dotyczące tego, że warto się szczepić. Osoby te, gdyby nie szczepienie, może w ogóle by nie przeżyły. Szczepionka chroni bardzo dobrze przed ciężkim przebiegiem i znacznie zmniejsza ryzyko zakażenia, ale tak jak inne szczepionki nie ma stuprocentowej skuteczności
Mam wrażenie, że nastawiliśmy się również na to, że szczepionka będzie cudownym remedium i po jej przyjęciu nic złego się nie wydarzy. A przecież wiemy, że przeciwko grypie też trzeba szczepić się co roku.
W przypadku COVID-19 sprawa jest o tyle trudniejsza, że mamy do czynienia z nową chorobą. Taką, której – trzeba to jasno powiedzieć – nie do końca znamy, więc nie jest dla nas w pełni przewidywalna. Nie zachowuje się tak, jak wszystkie inne infekcje wirusowe, które znaliśmy do tej pory.
Dużo okazywało się w trakcie np. badania kliniczne pokazywały, że leki, w których działanie wierzyliśmy, tak naprawdę nie przynoszą pacjentom korzyści. Trzeba więc podchodzić do tego z dużą pokorą, a niestety brakuje jej nawet wśród tych, którzy są z pandemią na bieżąco i są autorytetami w tej dziedzinie.
Dlatego także i w tej kwestii trzeba położyć nacisk na odpowiednią informację. Staramy się namawiać do szczepień, media o tym mówią, za co jesteśmy wdzięczni, ale przydałaby się szersza kampania edukacyjna, żeby przekazać pacjentom m.in. także to, że szczepionka nie zabezpiecza przed zachorowaniem w 100 proc.
Mówimy o jej skuteczności zwłaszcza w ciężkim przebiegu choroby, ale oczywiście zdarzają pacjenci zaszczepieni, którzy chorują na COVID-19. Zdarzają się też tacy wśród zaszczepionych, którzy chorują ciężko.
Jednak badania pokazują, że w większości przypadków przebieg choroby po przyjęciu szczepionki jest lżejszy, pacjenci rzadziej wymagają intensywnej terapii. Może takie uczciwe przedstawienie sprawy jest sposobem na to, żeby niezdecydowanych przekonać, a przeciwników zmusić do refleksji.
W taki sposób staram się rozmawiać ze swoimi pacjentami i przynajmniej na razie spotyka się to ze zrozumieniem. Występując z pozycji eksperta, przekonując, że szczepionka chroni przed zachorowaniem, można zaszkodzić sprawie. Kiedy ktoś zachoruje, słuszność szczepień zostaje podważona.
Czy młodych ludzi, którzy z powodu COVID-19 trafiają do szpitali, jest dużo?
Każdy z nas ma na dyżurach tych pacjentów. To chyba jest teraz największa grupa, która do nas trafia – niezaszczepienie młode osoby albo ludzie w średnim wieku. Choć do tej pory nie chorowali, to jednak przechodzą tę chorobę ciężko.
Mimo że pandemia jest z nami już jakiś czas, mimo że informacja o każdej osobie ciężko chorującej jest informacją złą, to jednak czymś wyjątkowo zaskakującym jest to, że chorują w ten sposób osoby młode, bez żadnych obciążeń czy schorzeń przewlekłych.
Często są to ludzie w żaden sposób nie przyzwyczajeni do szpitali, nie wiedzą, co to znaczy chorować, a nagle trafiają na SOR-y w stanie bardzo ciężkim z dusznością, wymagającym tlenoterapii.
W trakcie poprzednich fal pandemii lekarze mówili, że boją się, że zabraknie respiratorów, co zresztą się działo. Czy teraz też jest taki lęk, czy jednak szczepienia powodują, że tak trudnych przypadków jest mniej?
Cały czas jest ich bardzo dużo, wszyscy w Małopolsce – podejrzewam, że w innych województwach jest podobnie – pamiętamy sytuacje choćby z Podkarpacia czy Lubelskiego, gdzie trzeba było szukać miejsc dla pacjentów – zwłaszcza stanowisk intensywnej terapii z respiratorem – w szpitalach oddalonych setki kilometrów.
W Małopolsce tego kłopotu na razie nie mamy, ale powoli zaczyna robić się ciasno. Myślę, że władze – patrząc na to, co działo się w trakcie poprzednich fal – jakąś lekcję z pandemii odrobiły. Miejsca systematycznie są uruchamiane.
Trzeba sobie jednak zdawać sprawę z tego, że również dla zarządzających nie są to łatwe decyzje, bo uruchamianie kolejnych łóżek covidowych wiąże się z tym, że dla pozostałych pacjentów tych łóżek jest mniej.
Szpitale nie są z gumy, nie ma nieorganicznej liczby personelu, który specjalizuje się w leczeniu takich chorych, dlatego jeśli kieruje się te osoby na oddziały covidowe, zaczyna ich brakować w miejscach, w których pracują na co dzień.
Wielu osobom udało się trochę zdystansować do koronawirusa, mieliśmy "wakacje" od tej choroby, ale nie dotyczy to personelu medycznego. Wcześniej w mediach często pojawiały się informacje o tym, że personel nie ma już siły, że niektórzy się załamują. Jakie nastroje są dziś, skoro wiemy, że za chwilę ma być dużo trudniej?
Jesteśmy przygotowani na to, że sytuacja, w porównaniu do obecnej, w przyszłości się pogorszy, że będziemy mieli więcej pacjentów. Prawdopodobnie pojawi się deficyt łóżek dedykowanych dla chorych z COVID-19, znowu będziemy mieli trudności ze znalezieniem miejsca dla chorych. Spodziewamy się, że może tak być.
Jednak na razie bardziej widać mobilizację, niż jakieś przeciążenie, ale ta fala w Małopolsce dopiero się zaczyna, więc podejrzewam, że koledzy z woj. lubelskiego, z podkarpackiego, którzy z tą czwartą falą walczą trochę dłużej, mieliby inne spojrzenie.
Wracając do pytania, oczywiście zdarzają się sytuacje, że ludzie są wypaleni. Cały czas pracują z ciężko chorymi na COVID-19, często młodymi osobami, które żegnają się z rodziną. Nie mamy pewności, że rozmowy, które odbywają u nas np. przed intubacją, przed podłączeniem do respiratora, nie są ostatnimi rozmowami z rodzinami. To są oczywiście dla wszystkich trudne doświadczenia.
Myślę, że trudy tej pandemii wśród personelu będziemy jeszcze zbierać latami. Mam na myśli trud psychiczny. Poza tym, jeśli choroba jest powszechna, to również nierzadko dotyka personelu.
Komplikacje, jakie teraz się zdarzają, dotyczą tego, że pomimo zaszczepienia przeciwko SARS-CoV-2 ktoś z personelu zachoruje, ma niewielkie objawy, ale nie może pracować z uwagi na izolację. Wypada z grafiku, więc trzeba ten grafik łatać, co oznacza, że pracujemy więcej niż zwykle.
Czytaj także: