
W piątek losowanie eliminacji MŚ i sądny dzień dla reprezentacji Polski. Niby wszystko idzie zgodnie z planem, niby baraże jeszcze przed pierwszym meczem eliminacji były nam pisane, ale projekt "kadra Paulo Sousy" właśnie znalazł się na poważnym zakręcie. I jeśli nie będzie sprzyjać nam los, to 31 marca 2022 roku Portugalczyk przestanie być selekcjonerem Biało-Czerwonych. Jeśli nie wygra, zostanie całkiem sam i przypieczętuje swój los.
REKLAMA
Portugalczyk długo nas czarował, opowiadał o swojej wizji gry i pomyśle na reprezentację raz za razem, ale w chwilach próby zawsze coś szło nie tak. W marcu przejął zespół z marszu, zaproponował nam grę ofensywną i bez kompleksów, ale szybko okazało się, że piłkarze nie są gotowi na rewolucję zaproponowaną przez selekcjonera. Do tego decyzje personalne budziły sporo kontrowersji, a co zapłacił m.in. Robert Lewandowski, który zagrał z Andorą (3:0) i doznał urazu. A później nie mógł pomóc w meczu z Anglią.
Kolejny krok to fatalne Euro 2020, same złe decyzje i klęska, jakiej nikt się nie spodziewał. Promyk nadziei? Dał go mecz z Hiszpanią (1:1), w którym szczęście sprzyjało nam ponad stan. Paulo Sousa poprosił o więcej czasu, musiał radzić sobie bez kliku kluczowych piłkarzy (to akurat fakt), motywował zespół i czarował nas po raz kolejny opowieściami o tym, gdzie może znaleźć się zespół. Miał wsparcie władz PZPN.
Jesienią wydawało się, że to nie były puste słowa, że zespół idzie do przodu, a kolejne wygrane mecze oraz remis z Anglią 1:1 (znów pomogło nam szczęście) napawały optymizmem. Niestety, wszystko runęło na koniec eliminacji. Znów Robert Lewandowski z nieznanych nam powodów musiał grać z Andorą, a kilka dni później zabrakło go w kluczowym momencie dla zespołu. Portugalczyk szedł w zaparte, broniąc swoich decyzji. Tyle tylko, że zabrakło dwóch elementów, by się obronił po raz wtóry.
Po pierwsze, przed ostatnią odsłoną eliminacji z otwartą przyłbicą zaatakował polski system szkolenia i nie zostawił na nim suchej nitki. Nadepnął wielu na odcisk, czego w tzw. środowisku się nie toleruje. I cóż z tego że miał rację? Cóż z tego, że opisał nam fakty, z którymi się nie potrafimy uporać, produkując kolejne pokolenia pół- i ćwierćpiłkarzy. Sousa sprawił, że wielu ludzi się od niego odwróciło, a wielu przestało być obojętnym wobec selekcjonera. Tak wielu wrogów nie miał w Polsce od kiedy jest selekcjonerem.
Później stracił wsparcie tego, który bronił go po nieudanych meczach eliminacji MŚ na wiosnę, po porażce na Euro 2020 oraz w każdym innym momencie. Roberta Lewandowskiego. Obaj się nie dogadali, selekcjoner nie umiał postawić na swoim, a kapitan nie chciał/nie mógł zagrać z Węgrami. W efekcie w kadrze atmosfera jest kiepska, w barażach czeka nas najtrudniejsza możliwa droga, a Paulo Sousa po raz kolejny znalazł się na wylocie. I tym razem może się nie obronić.
Jeśli nasz zespół nie wygra dwóch wiosennych meczów barażowych, los Portugalczyka i jego ludzi będzie przesądzony. Zostaną zdymisjonowani i nikt za nimi tęsknił nie będzie. Bo gra to jedno, a wynik to jednak inna bajka. Może Portugalczyk jesienią zrozumiał, że materiał z którym pracuje jest bardzo oporny i zarazem odporny na jego pomysły. Może sam ma dość, bo musi mierzyć się sam ze wszystkimi - kibicami, działaczami, a teraz nawet drużyną. A na każde pozytywne słowo musi pracować w dwójnasób, bo nikt mu nie ufa.
A może po prostu wierzy w swoją wizję Biało-Czerwonych naiwnie, bez granic i faktycznie nie ma dla niego znaczenia, co ludzie powiedzą? Jeśli tak jest, to decyzja po decyzji selekcjoner przygotowywał sobie katastrofę, którą obejrzymy wiosną. Albo, jak to w życiu bywa, wyjdzie z opresji obronną ręką i wówczas wszyscy będą klepać go po ramieniu i chwalić za genialne posunięcia. Na tym stanowisku linia rozdzielająca nienawiść od uwielbienia jest bardzo cienka.
Póki co umowa Paulo Sousy obowiązuje do 31 marca i tylko od niego zależy, czy dostanie kolejną. Od niego, czyli od wyników reprezentacji, awansu na mundial i dobrej gry. Jeśli zostaniemy na etapie meczu z Węgrami, biada nam i naszej piłce. Brak awansu na mundial byłby katastrofą, którą odczuje kadra, piłkarze, kluby, kibice i cały sportowy rynek w Polsce. A Portugalczyk? Spakuje się, wróci do kraju i poczeka na nową robotę. Jedno się nie zmieni - wciąż nie będzie musiał fatygować się na mecze Ekstraklasy.
Czytaj także: