Tytus Konarzewski: Sportowiec musi kochać to, co robi. Ten, kto myśli o pieniądzach, nie zostanie mistrzem [wywiad]

Tytus Konarzewski to były trener Mateusza Kusznierewicza. Wie, jak zmienić polski sport, ale nie wie, czy inni to wiedzą. I czy zechce im się działać.
Tytus Konarzewski to były trener Mateusza Kusznierewicza. Wie, jak zmienić polski sport, ale nie wie, czy inni to wiedzą. I czy zechce im się działać. fot. Dariusz Urbanowicz, "Żagle" (za zgodą autora)
Ten wywiad rodził się dziwnie. Najpierw dostawaliśmy kolejne maile, gdy furorę w Paryżu robił Jerzy Janowicz. O tym, że o sporcie powinno się pisać inaczej. Podpisane - Tytus Konarzewski. Trener kadry żeglarskiej, ceniony w Niemczech, a wcześniej niechciany w Polsce. Zaproponowałem wywiad i nie żałuję. Jest o polskiej mentalności, zamkniętych mediach i nieudolnych związkach.



Czemu napisał pan do nas?

Bo internet jest dla mnie miejscem, gdzie można się dzielić swoimi doświadczeniami. A prasa pisana, telewizja, to media zamknięte.

Zamknięte?

Nawet niedawno tego doświadczyłem. Miałem kontakt z pewnym polskim dziennikarzem, który miał komentować zmagania żeglarzy w Londynie. Wiedziałem, że mnie tam nie będzie. Pomyślałem, że mam czas, doświadczenie. Mógłbym mu pomóc. Ale wie pan, jak zareagował? Miałem wrażenie, że poczuł się zagrożony, że ktoś chce wejść w jego buty. A potem Londyn, igrzyska, słucham jego komentarza i gość mylił Stara i Finna. Dla laika to nie ma znaczenia. Ale jak ktoś się interesuje żeglarstwem, to to jest śmieszne. Chciałem pomóc, by właśnie uniknąć takich sytuacji. Okazało się, że jestem dziwny, bo nie chciałem pieniędzy za to (śmiech). Rozmawiamy i on do mnie mówi, że mi pewnie zależy na wygryzieniu kogoś. A ja do niego: "O czym ty mówisz?"

Tomasz Ziółkowski, autor "Piłkarskiej rewolucji": "Działacze PZPN są jak ludzie w kinie, pożerający popcorn"

Napisał pan, że media niewłaściwie relacjonują sukces Jerzego Janowicza. O co chodziło?

O to, że tego typu wydarzenia musicie wyprzedzać. Musi pan mieć kontakty z każdą dyscypliną od podszewki. Musi pan poznawać odpowiednich ludzi i z nimi rozmawiać. Przepraszam, że mówię "musi".

Nie szkodzi.

Załóżmy, że jakiś dziennikarz pisze o ciężarach i nie uprawiał nigdy jako chłopak tego sportu. Pisze o zawodniku, że ten się spalił. Stawia odważną tezę. A może tak wyszedłby wcześniej na pomost i wyrwał jakiś ciężar? Nawet malutki. Zobaczyłby, że nie jest to takie łatwe.

Zgadzam się co do konieczności poznania dyscyplin. Ale z tym wyprzedzaniem to jest tak, że gdybym nawet miesiąc przed Paryżem zgłosił temat Janowicza, usłyszałbym pytanie: "A kto to jest Jerzy Janowicz"?

To niech pan zapyta swojego naczelnego, jak mają go poznać.

Nie mówię tylko o serwisie, w którym piszę. Tak byłoby w każdym polskim medium.

Ale co jest teraz pretekstem do pisania o Janowiczu? Wygrane pół miliona? Gra na wysokim poziomie?

To, że po raz pierwszy tak bardzo całemu światu pokazał swoje umiejętności.

Widzi pan, to właśnie tak działa. W 1994 roku, gdy byłem trenerem, usłyszałem od wiceprezesa związku: "Jaka w tym żeglarstwie posucha. A w klasie Finn to już szczególnie nie mamy nikogo". A ja tam miałem dwóch zdolnych juniorów. Nazywali się Mateusz Kusznierewicz i Dominik Życki. Ale właśnie tak się wtedy rozumowało. Oni byli młodzi, nie mieli medali na szyi, czyli nie mogli za dużo osiągnąć. Pojechali na mistrzostwa świata i byli na początku drugiej dziesiątki. Byli najlepszymi juniorami na świecie. Rozmawiam z redaktorem TVP i on mówi do mnie: "Ale co to za wynik, mnie to nie interesuje". Mateusz przed igrzyskami w Atlancie robił wszystko, by znaleźć sponsora. A po igrzyskach, na których zdobył złoto, robił wszystko, by mieć choć trochę czasu dla siebie.
Fragment maila od Tytusa Konarzewskiego (pisownia oryginalna):

Wreszcie, moze warto pokazac na przykladzie Jerzyka jaka prace trzeba wykonac zeby miec szanse, moze warto powiedziec i pokazac ludziom, ze wiele mozna osiagnac poprzez sytematyczna dobrze zoorganizowana prace. Moze warto podkreslic, ze rodzice uprawiajacy,sport, rekreacje, daja fantastyczny przyklad swoim dzieciom, moze warto powiedziec glosno, ze sportowcy robia to co kochaja, a w nagrode za dobra prace dostaja, lepsze zycie satysfakcje, wiare we wlasne sily, mozna by wymieniac bez konca korzysci.


Gdy rozmawiałem z Łukaszem Grassem, zwrócił uwagę na inny stereotyp pokutujący w mediach. Mówi się, że jak profesor to garbaty, a jak sportowiec, to głupi.


Sportowcy to nie są idioci. Owszem, często brakuje im wykształcenia. W wielu przypadkach pochodzą z domów, które widzą szansę, że sport może coś zmienić w ich życiu. W świecie w jakieś konkurencji liczy się powiedzmy dwudziestu ludzi. To jest olbrzymi wysiłek, by się do takiego grona dostać. I fizyczny, i psychiczny. A w tym samym czasie można skończyć dobre studia biznesowe i spokojnie zarabiać godne pieniądze. Taki Janowicz nie zarobił wielkich pieniędzy w ciągu tygodnia. On sam powiedział, że pracował na to 17 lat. A ten czas należałoby jeszcze wydłużyć, bo pomogli mu rodzice, którzy sami byli siatkarzami. Są nawet badania naukowe, które stwierdzają, że my płacimy za trzy pokolenia przed nami. Za naszych rodziców, dziadków, pradziadków. Te pokolenia pracują na efekt końcowy. Wie pan, co takiego szczególnego jest w sporcie? Fair play. Nawet, jak jakieś zasady oszukasz, to i tak w dłuższym czasie nie wyjdzie ci to na dobre.

Jak Armstrong.

Niech pan to przeanalizuje. Czytałem tę jego książkę o walce z nowotworem. Pamiętam, że nawet trochę się przy niej wzruszyłem. A potem przeczytałem książkę amerykańskiego i francuskiego dziennikarza, którzy udowadniali, że to co robi Armstrong, to kłamstwo. I nie robili tego na zasadzie, że ktoś coś powiedział. Przytaczali twarde dane. Ile razy jedną nogą musiałby podnosić ciężar o mocy 400 czy 500 watów w ciągu godziny i że to jest niemożliwe. Przytaczali też jego właściwości psychologiczne. I stało się oczywiste, że fizycznie jest to niemożliwe. Jak ma pan twarde naukowe dowody, to nie da się wierzyć w czystość Armstronga. Teraz mówi się ciągle o tej katastrofie smoleńskiej. Część osób chce wierzyć, że to był zamach i na siłę szuka na to dowodów.

Proszę, wróćmy do dopingu.

Doping jest złem, to oczywiste. Ale musimy sobie zdać sprawę z tego, że są federację, które godzą się, by ich zawodnicy się szprycowali. Bo to daje rekordy, a rekordy dają wielki spektakl.

Poda pan jakiś przykład?

Pamięta pan Golden League? Wielkie lekkoatletyczne mityngi. Oni chcieli tam mieć show, rekordy świata. Albo igrzyska w Sydney. Siedzimy sobie w Australii i czytamy artykuł w jednej z gazet. A tam cztery strony o dopingu amerykańskich sportowców. Na tydzień przed igrzyskami! I wtedy kulomiot z USA, mąż Marion Jones, wycofał się z igrzysk. Pod pretekstem kontuzji. A ich federacja miała wtedy na liście ponad stu zawodników, którzy się dopingowali.
Materiał o dopingu w sporcie:

To jest plaga?

To nie jest plaga, to jest po prostu biznes.

Chciałby pan, by o sporcie mówiło się więcej i lepiej, ale jest pewien problem. W Polsce mamy piłkę nożną i potem długo, długo nic.

I w tym nie ma nic złego.

Nie ma, tylko że piłka przeciętnemu Polakowi kojarzy się z niezbyt rozgarniętym gościem, korupcją, bluzgami na stadionie i kibolami. Ostatnio zwłaszcza z tymi ostatnimi.

A był pan w czasie Euro w Warszawie?

Byłem.

No i proszę mi powiedzieć, gdzie wtedy byli ci wszyscy kibole.

Poza meczem Polska - Rosja nie było ich.

A dlaczego?

Po części na pewno dlatego, że grały kadry, a nie drużyny klubowe. Ale tylko po części.

No właśnie. Myślę, że kluczowa jest pełna odpowiedź na to pytanie. Wie pan, co ja myślę? Wie pan, czemu oni odpuścili w momencie, gdy mogliby najbardziej zaistnieć? Mieszkam na prawym brzegu Wisły, w Warszawie. Mam znajomych, którzy mieszkają w zamkniętych osiedlach, odgrodzonych płotem. To błąd. Nie wolno tego robić. Nie wolno, jak się ma pieniądze, odgrodzić się od tego, kto mieszka po drugiej stronie ulicy. W ten sposób się wkurza tych ludzi. Oni są sfrustrowani. A jak są sfrustrowani, to są niebezpieczni. Oczywiście część z tych ludzi to osobniki, które powinno się izolować. Ale nie powinno się izolować od nich.

Byłem jakieś 15 lat temu w Brazylii. Zamożni ludzie mieszkali tam w luksusowych budynkach z widokiem na morze. Tyle że przy wejściu stał facet z karabinem. A za bramą dzieciaki, proszące: "daj mi trochę wody". I jak nie dostanie tej wody, to sobie pomyśli, że ci skurwiele mieszkają tam za bramą i mają wszystko. A ja nic nie mam. I teraz żeby to mieć, taki ktoś może postawić na wykształcenie. Ale to długa droga. A jaka jest krótsza? Kupić sobie guna, przystawić gościowi do głowy i zabrać mu to, co on ma.

Sport mógłby takie coś zmieniać?

Tak. Bo tam wyniku się nie kupuje. Widzew, gdy grał w niej Boniek, to nie była najdroższa drużyna na świecie. To była paczka kolegów. Grali sobie w piłkę, a potem mówili: "Aha, to jeszcze świat zawojujemy". Czytałem o ich treningach. Grali ze sobą i sami zrzucali się na nagrodę. I drużyna przeciętniaków wygrywała mecze. A dzisiaj? Gdzie jest Legia, Wisła, Polonia?

Sportowcy nie są ambitni?

Nie. Im brakuje przede wszystkim wiary w to, że mogą coś osiągnąć. Nie, że pieniądze, ale konkretny wynik. Niech pan poczyta wywiady z panią Radwańską. Do momentu spotkania z trenerem Tomaszem Wiktorowskim to było tak - dziennikarz ją pyta: "Jakie jest pani największe marzenie?". I dziewczyna, który ma 19 lat, mówi: "A ja to bym chciała mieć już skończoną karierę tenisową, kilkadziesiąt milionów dolarów odłożonych i nic nie robić". Motywacja kompletnie zewnętrzna, skrajnie niestała. Oczekiwałbym po niej, że powie: "Chcę wygrać Wimbledon. Chcę wreszcie wpieprzyć tej Williams". A słyszę, że pragnie mieć pieniądze i święty spokój. Dobrze, że przyszedł Wiktorowski i jej powiedział: "słuchaj, ty nie będziesz kończyła w pierwszej rundzie i zarabiała 90 tysięcy dolarów. Zajdziesz do finału w Londynie i zapłacą ci milion". Pieniądze nie mogą być sensem sportu.

A co nim jest?

Doprowadzenie swojego ciała, umysłu do tego, by wygrać ze swym przeciwnikiem. Udoskonalić siebie. I okazuje się, że sport ma inne wartości od tych, które próbują nam sprzedawać media. Że ten zarobił tyle, a tamten to tyle. Ręczę, że taki Ferrer czy Federer nie muszą już ciężko pracować. Mają tyle, że mogliby nic nie robić przez całe życie, tak samo ich dzieci. Ale nie. Grają i trenują, chcą jak najlepiej przebić piłkę na drugą stronę siatki, bo oni kochają tenis. Świetny przykład. Dlaczego malował van Gogh?

Dlatego, że to kochał. Pieniądze miał gdzieś.

Właśnie. A co powstało? Fantastyczne obrazy. "Słoneczniki", nie tylko. I one są do dzisiaj. Były w historii też setki malarzy, którzy po prostu chcieli przeżyć te swoje obrazy. I my ich nie znamy. My ich już nie poznamy. Chociaż zarobili jakieś pieniądze. W sporcie jest dokładnie tak samo. Mateusz Kusznierewicz jest mistrzem olimpijskim. Ale do historii światowego żeglarstwa nie przejdzie jako legenda.

Dlaczego?

Bo przy takim talencie, jaki on ma, to on powinien mieć trzy, cztery tytuły mistrza olimpijskiego.

Czego mu zabrakło?

Czego zabrakło? Jest taki wywiad z Wojciechem Fibakiem, w którym on świetnie rozszyfrował Kusznierewicza. Popularność była dla niego najważniejsza, dopiero potem miał swoje miejsce sport. Gdyby nie zdobył złotego medalu w Atlancie, odszedłby z żeglarstwa. Zewnętrzna motywacja. To samo, co było do niedawna z Radwańską. Mateusz dostał kasę i przyhamował treningi. W Chinach, przed igrzyskami, jego trener dostawał białej gorączki. Fredrik Loof, taki Szwed. W Atlancie kompletnie się rozsypał i nawet nie był w trójce. A jednak w przeciwieństwie do Mateusza będzie legendą żeglarstwa. Talentu zbyt dużego nie miał, ale ciężką pracą doszedł do zrealizowania swych marzeń. Medal w Sydney, potem kolejny brąz w Pekinie i teraz jeszcze złoto w Londynie.
Kusznierewicz zdobywa złoty medal w Atlancie:

A czego najbardziej brakuje w polskim sporcie?

Współpracy. Pokazała to idealnie sytuacja z dachem. W Polsce jest mnóstwo zdolnych ludzi, zmotywowanych do odnoszenia sukcesów. Wie pan, czego potrzebują? Mentorów, rozmów, pokazania im, że świat jest otwarty. Trzeba im pokazać, że sukces nie jest żadną wyprawą na Księżyc. Pieniądze są na końcu, na początku musi być system. Załóżmy, że ma pan dziecko i chce, by było żeglarzem. No to co, odpala pan internet i mówi: "Aha, jest klub, ma trenera, takie a takie grupy szkoleniowe, kosztuje to tyle i tyle". I dochodzi pan do wniosku, że dziecko ma szansę w klubie dużo się nauczyć. I potem, gdy ono reprezentuje już pewien wysoki poziom, wchodzi ministerstwo i temu dziecku pomaga. Tak to działa na przykład w Australii. Wie pan, skąd oni wzięli 20 lat temu metody szkoleniowe?

Nie mam pojęcia.

Od NRD-owców. Australijczycy na poziomie rządu pojechali tam i po prostu zapłacili za przekazanie im wiedzy. Z tego, co wiem na podstawie założyli swój Instytut Sportu.

NRD kojarzy się dzisiaj z kobietami, które wyglądają jak mężczyźni.

To jest najprostsze skojarzenie. Takie medialne. Przecież Amerykanie zatrudniali tamtejszych trenerów wioślarstwa, Chińczycy - trenerów lekkoatletyki. Nawet Niemcy Zachodni doszli do wnioski, że wiedza trenerska NRD-owców jest dużo większa niż ich. Tam sport traktowano jak przemysł. I słusznie, bo sport jest przecież przemysłem. Ze złotego medalu Mateusza skorzystali wszyscy zajmujący się w Polsce żeglarstwem. A polscy trenerzy stali się cenieni w innych krajach. Zauważono, że wykonują świetną robotę.

Pamiętam, że gdy byłem w Australii, pokazano mi materiały szkoleniowe i powiedziano: "spójrz na te mikrocykle, to nowość". A ja to znałem od lat, bo uczyłem się o tym na studiach. Świat Zachodu bardzo dużą część teorii sportu wziął z bloku wschodniego. Mamy dzisiaj taką tendencję, żeby wszystko, co związane z dawnym ustrojem, wylewać do ścieku, a to duży błąd, bo są tam rzeczy cenne.

Nie tylko w sporcie?

W sporcie przede wszystkim.

Zosia Klepacka dla naTemat: "Media czasami robią nam sieczkę z mózgu. Hip-hop jest lepszy, bo mówi całą prawdę"

Pożegnano się z panem w Polsce i pracował pan w Niemczech.

Z Niemcami było tak: kolega mi powiedział, że szukają trenera. Wysłałem odpowiednie dokumenty i po kilku miesiącach odpowiedź: "zapraszamy, poprowadzi pan kadrę". Miałem tam świetną zawodniczkę, doprowadziłem ją do dwóch medali mistrzostw świata. Na igrzyskach w Sydney miałem nadzieję, że zdobędziemy medal, ale nie wyszło. Nie miałem akredytacji, nie mogłem być na wodzie, a ona zrobiła dwa falstarty, przez co spadła o kilka miejsc. Była trzynasta. Po czterech latach - w Atenach - dziesiąta. Źle się z tym czułem, myślałem sobie, że być może to ja jestem przyczyną tego, że zawiodła na najważniejszej imprezie. Że być może byłoby jej lepiej z niemieckim trenerem. Zrezygnowałem. Zrobiłem błąd, bo potem okazało się, że z nowym trenerem na kolejnych igrzyskach żeglowała dużo gorzej. Wróciłem w każdym razie do Polski, próbowałem przez kilka miesięcy poukładać klasę Laser. Tylko że związek miał zupełnie inną koncepcję tej pracy. Szybko zrozumiałem, że nie ma to sensu. Pamięta pan wypadek polskiego autokaru we Francji?

Tak, pod Grenoble. Trochę dziwna ta pana zmiana tematu.

Dlaczego? Sport powinien wiązać się przede wszystkim z odpowiedzialnością. U nas tego nie ma. Wielu polskich piłkarzy musi wyjechać za granicę, by te rzeczy zrozumieć. I teraz weźmy tego feralnego kierowcę. Jestem przekonany, że gdyby był wychowany na Zachodzie, we Francji to tego wypadku by w ogóle nie było. A jak ukształtowano go w Polsce, to człowiek zobaczył ten znak ograniczenia prędkości i w niego nie uwierzył. U nas myśli się, że znak jest po to, by cię ukarać. Inni wiedzą, że po to, by ostrzec. W Polsce wszystko jest rozmyte, niespójne. Dopiero jak się to poukłada, okazuje się, że ten, który u nas był średni, nagle za granicą staje się znakomity.

Łukasz Piszczek.

Jerzy Dudek. Przecież to prostolinijny chłopak ze Śląska, który grał w najlepszych klubach na świecie. Do takiego Realu Madryt nie idzie się i nie mówi: "Słuchajcie, taki jestem fajny, weźcie mnie". Żeby cię trenował Mourinho, musisz do czegoś dojść.

Mam kilku znajomych, znających się na piłce, którzy twierdzą, że Dudek to bramkarz przereklamowany.

A rozmawiał pan z nim? Tak jak teraz ze mną?

Nie miałem jak dotąd okazji.

Ja rozmawiałem. Fantastyczny człowiek. Nie skończył może żadnego uniwersytetu, ale to prawdziwy sportowiec. Gość, który jest do bólu uczciwy. Niech pan go porówna na przykład z Borucem. Gdzie Boruc, gdzie Dudek.
Film z Jerzym Dudkiem w roli głównej:

Boruc ma większy talent do piłki.

Ale gdzie on teraz jest? Boruc nigdy nie będzie w Madrycie.

W najważniejszych meczach potrafił wspiąć się na wyżyny. Na mundialu, na Euro. A Dudek, gdy grał w Liverpoolu, popełniał fatalne błędy w meczu z Manchesterem United.

Dudek to fantastyczny rzemieślnik, który doszedł do nieba. To tak jak mówiłem panu o Loofie i Kusznierewiczu. Mateusz jest superutalentowanym człowiekiem...

Borucem żeglarstwa?

Trochę lepiej, bo jest jednak mimo wszystko bardziej poukładany. Jeszcze jedną historię panu opowiem. Mój kolega, który go prowadził, mówi mi kiedyś: "Słuchaj, on jest śmiertelnie wykończony. Trenuję tu w Miami ludzi, którzy mają po 70 lat, wychodzą z łódki i oni nie są tak śmiertelnie zmęczeni". Nie wiem, czy pan wie, ale Mateusz zdobył mistrzostwo świata, trenując w ciągu roku 75 dni. To świadczy o jego talencie. Dla innych to niemożliwe.

Normalni zawodnicy ile trenują?

Trzysta? Trzysta sześćdziesiąt? Dzień bez treningu jest dla nich wyjątkiem. Loof przeniósł się ze Szwecji do Włoch, ma dom nad jeziorem Garda i pływa codziennie.

Tu znajdziecie blog Mateusza Kusznierewicza w naTemat.pl

Za dużo jest w Polsce minimalizmu?

Weźmy niedawne igrzyska w Londynie. Zosia Klepacka jest trzecia, ale przegrała z dziewczyną, którą wcześniej regularnie pokonywała. W kraju wielka radość z powodu dwóch brązowych medali, związek dumnie pręży pierś, a przecież powinniśmy jako fachowcy zadawać sobie pytanie, dlaczego nie było dwóch złotych. I co zrobić, by one były. Bo pieniądze, które wydano na te medale, są niebotyczne. Dużo większe niż w innych krajach.

Nie przesadza pan?

W ogóle. Niemiecka federacja ma mniej pieniędzy, tylko ona myśli, co może jeszcze zrobić. Pozyskano sponsorów, stworzono Team Germany. A u nas się czeka, aż pieniądze same przyjdą. Jest wiele firm, które chciałyby wyłożyć jakąś kasę. Tylko komu pan na miejscu prezesa dałby pieniądze? Komuś, komu pan ufa. Gdzie pan wie, że ten ktoś ich nie przepije ani nie ukradnie. Czy chodzi o złotówkę, czy milion złotych - najważniejsze jest zaufanie. W takiej Australii jest transparentność. Wchodzi pan na stronę związku i są dane finansowe, a co roku jest audyt. Nie ma tajemnicy handlowej, jeśli chodzi o państwowe pieniądze. Informują, ile przeznaczyli na trenerów, na sprzęt. W Polsce jak ktoś pójdzie po takie informacje, to ludzie w związku nie chcą o tym rozmawiać. To wielki problem. Brak tego kluczowego dla sportu fair play.

Pan jest we władzach Polskiego Związku Golfa, prawda?

Nie jestem tam w żadnych władzach. Wzięli mnie, bo zobaczyli, że na sporcie się trochę znam. Gdy kiedyś parę godzin rozmawialiśmy, zrobili wielkie oczy. Przecież ten związek ma wielki potencjał. Mają dzieciaka, który za kilka lat będzie światową gwiazdą.

Chyba, że coś się wydarzy po drodze.

Nie, co ma się wydarzyć? To jest nasza polska mentalność.

To nie jest nasza polska mentalność. Wielu było już genialnych juniorów, którzy gdzieś się gubili.

Nie chcemy patrzeć na jasną stronę księżyca. Pamiętam te słowa, które mówił Leo Beenhakker. W Stanach Zjednoczonych jest 50-latek i chce iść na studia. Idzie. A u nas, gdy byłem 21-letnim zawodnikiem, to usłyszałem, że jestem za stary. Bo nie wygrałem mistrzostw Europy czy świata. Teraz, jak sam mam podopiecznego w tym wieku, powtarzam mu: "Chłopie, ty się nie przejmuj. Najlepszy będziesz za jakieś dziesięć lat". To trwa, ale warto brać udział w tej drodze. Sport nie jest jak wygrana w totolotka. A mam wrażenie, że w naszym kraju wiele osób tak myśli.
Fragment maila od Tytusa Konarzewskiego (pisownia oryginalna):

Moze warto rozpoczac dyskusje o prawdziwych zmianach w systemie sportowym w Polsce, moze warto pokazac jak to dziala np. W Czechach, jak uprawiaja sport amerykanscy studenci i dlaczego dostaja stypendia, dlaczego w Usa na mecze srudenckiej ligi futbolu przychodzi 100 tys ludzi, dlaczego bycie w Teamie sportowym jest very cool. Dlaczego sport i rekracja od sarozytnej Grecji, jest waznym elementem zycia kulturalnego ludzkosci.


Przykre.

No przykre. A niech pan mi wyjaśni fakt, że w blisko 40-milionowym kraju nie ma żadnego centrum przygotowań olimpijskich, na przykład dla kadry pływaków. Przy Narodowym Centrum Sportu miał powstać cały kompleks, a efekt jest taki, że polscy pływacy nie mogą trenować nawet na Warszawiance. Ta pływalnia to jakiś kabaret. Basen kompletnie nieprzystosowany do takich potrzeb, a kosztował ponad 100 milionów złotych. Warszawa jest pipidówą sportową. A do uprawiania sportu jest infrastruktura.

Z drugiej strony w Warszawie tworzy się moda na sport. Coraz więcej ludzi biega, jeździ na rowerze.

Ale myśli pan, że to ma jakiekolwiek przełożenie na sukces sportowy? Ile osób w Polsce biega na nartach?

Trochę więcej niż kiedyś, ale ciągle bardzo mało.

A mamy topową zawodniczkę na świecie. Multimedalistkę. Na zjazdówkach jeździ mnóstwo Polaków, a nie mamy żadnych sukcesów. To się nie przekłada. Nijak się nie przekłada. Oczywiście ważne jest to, by państwo stawiało na rekreację, by miliony ludzi miały gdzie uprawiać sport amatorski. Ale ci najlepsi, profesjonaliści, to co innego. Muszą mieć zapewnioną fachową opiekę. Najwyższej jakości trenerów, lekarzy, psychologów. Najlepsze warunki z możliwych.

Mam wrażenie, że ta rozmowa jest za bardzo krytyczna, a za mało konstruktywna.

Dobrze, jesteśmy przy nartach. Wyjeżdża pan w polskie góry i kto tam szusuje po stokach? Ludzie z Warszawy, z Krakowa, z innych dużych miast. Kto chodzi po szlakach? Tak samo. Miejscowych tam nie uświadczysz. Jedzie pan na Mazury i jak pan sprawdzi, to w większości instruktorami żeglarstw, ratownikami też są mieszkańcy dużych miast. I teraz wystarczy, by siedział tam ktoś, kto się nie interesuje tylko swoją pensją, ale też tym, gdzie żyje. I by ten ktoś powiedział tak: "Mamy duże bezrobocie na tych Mazurach, tak? Co by tu zrobić, by ludzi zaktywizować? Zaraz, mamy WF, szkoły często stoją w lesie, nad jeziorami. Przecież jeżeli kupimy trochę par biegówek, parę jachtów, nauczymy dzieci biegać, żeglować, to może oni w przyszłości zostaliby instruktorami. I, zaraz, czy bezrobocie w ten sposób by się nie zmniejszyło przypadkiem?" Albo, na podobnej zasadzie, jakby nauczyli się hodować trawę, to mogliby znaleźć teraz pracę na Narodowym i zarabiać świetne pieniądze. Można tak zrobić? Można. To nie są duże pieniądze. Pamiętam, jak kiedyś organizowałem obóz żeglarski. Mazury, pływamy sobie po jeziorze, na brzegu miejscowe dzieci. Patrzą na nas, ślina im cieknie. Obok szkoła, do której latem nie mają dostępu.

Symboliczny obrazek.

Obrazek, jakich wiele.

Rozmawiał:
JAKUB RADOMSKI
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
Renault 0 0Łatwiejsza jazda. W tym modelu kierowca poczuje, co to znaczy prawdziwe wsparcie
INNPoland 0 0Wielka awaria w popularnym banku. Niektórym klientom wyzerowało konta
Żółty Tydzień 0 0Jeden organ, 500 funkcji. Taka jest wątroba. Jakie choroby mogą ją zniszczyć?
0 0Chorujesz na jaskrę i uwielbiasz jogę? To połączenie może nie być dobre dla oczu
WYWIAD 0 0"Zachowanie Klarenbacha było chamskie". Posłanka Wiosny wyjaśnia, dlaczego uparcie chodzi do TVP
O TYM SIĘ MÓWI 0 0Nie chcemy nudy, chcemy DRAMY. Ten odcinek "Rolnik szuka żony" zaspokoił odwieczną ludzką potrzebę
RECENZJA 0 0Bez coming outu Elsy, ale wciąż "ma tę moc". O "Krainie lodu 2" znów będzie głośno