Fot. Beata Zawrzel/REPORTER

Puściły wszelkie hamulce i zaczęła się jazda bez trzymanki. Za jakiś czas obecny obóz władzy będzie mógł konkludować, parafrazując Henryka Sienkiewicza, że „rok 2022 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia”.

REKLAMA
Oto prof. Waldemar Paruch, jeden z politologów w służbie tej władzy, przekonuje, że PiS „utraciło zdolność panowania nad dynamiką społeczną, czyli pobudzania procesów, które byłyby korzystne dla obywateli i zarazem dla partii”.
Wtóruje mu Jan Maria Rokita, także PiS-owi sprzyjający, dla którego jasne jest, że zaczął się dla władzy okres dekadencji, „długi czas pustego trwania i czekania na cud, który się nie zdarzy”.
No to jeszcze Rafał Ziemkiewicz, piszący, że „prawica właśnie dotarła do linii, za którą jest już tylko upadek”. Tak to widzą ci, którzy Jarosławowi Kaczyńskiemu generalnie życzą dobrze – coś zatem musi być na rzeczy.
Władza może upaść nagle, z poniedziałku na wtorek, ale to nie znaczy, że akurat w poniedziałek coś się zepsuło, więc we wtorek władzy podziękowano. Taki upadek to długi proces, dopiero przy końcu przyspieszający.
To efekt licznych wcześniejszych błędów i zaniechań. Zmęczenia materiału. Przekroczenia masy krytycznej. To ta kropla, która przelewa czarę goryczy, wieńczy dzieło upadku władzy.
O tym, kiedy to się zaczęło, pisałam wielokrotnie, więc teraz w skrócie, z kronikarskiego obowiązku. Początek końca mieliśmy, wówczas wcale o tym nie wiedząc, podczas wieczoru wyborczego jesienią 2019 roku, kiedy Kaczyński zdezawuował osiągnięty przez PiS wynik, mówiąc: „Otrzymaliśmy dużo, ale zasługujemy na więcej”.
PiS nie zdobył większości konstytucyjnej, a na to liczył, uważając, że za transfery socjalne wyborcy odpłacą się hojnie przy urnach. Wzmocnienie się, liczebne, koalicjantów PiS-u było zapowiedzią ich silniejszej pozycji oraz ograniczenia władzy prezesa. Od tej pory miał się z Porozumieniem i Solidarną Polską układać, a nie tylko dyktować im warunki wspólnego pożycia.
Jak to się skończyło, wiemy: Gowin od kilku miesięcy zasila ławy opozycyjne, a Ziobro niby w koalicji jest, a jakby go już w niej nie było, co wymusiło sztukowanie większości za pomocą rozmaitych indywiduów. W drugiej kadencji polityczna rewolucja Kaczyńskiego zaczęła buksować, zaś presję coraz silniej wywierała rzeczywistość.
Prezesa dogoniły skutki wcześniejszych działań, stąd i sondaże ruszyły w dół. Próby odbicia się (Polski Ład) zostały zakończone bolesnym upadkiem, a nie strzelistym wzlotem. PiS, naturalnie, wciąż walczy, w minionym tygodniu postanowił pójść na zakupy, celując w dwie, wierne PiS-owi od lat, grupy społeczne: seniorów i rolników. Tym pierwszym obiecano wyższą niż ustawa przewiduje waloryzację świadczeń i czternastą emeryturę, drugim dopłaty do nawozów.

Czytaj także: Prezes PiS-u bezradny i ośmieszony. Oto Jarosław „nic nie mogę” Kaczyński
Ale nie jest to manewr, mogący być zwycięskim, wszak jesteśmy już na pobojowisku. Wyraźnie pokazują nam to te oto trzy scenki rodzajowe.

Ilustracja pierwsza: Jarosław Kaczyński w ławach sejmowych

To symptomatyczny już obraz. Zdezorientowany prezes po głosowaniu lex Kaczyński, którego nie raczyła poprzeć jedna trzecia jego własnego klubu. Dłuższą chwilę tkwi nieruchomo, jakby świadomość tego, co się stało, dopiero do niego dochodziła. Oto karne wojsko zmienia się w zbieraninę dezerterów, maruderów i dekowników.
Wcześniej, gdy stawali nad przepaścią, a prezes kazał dawać krok naprzód, to czynili tak bez zbędnej zwłoki. Ale to już nie wróci, bo coś pękło, coś się skończyło. Skończyła się mianowicie wiara w geniusz Kaczyńskiego, w jego umysł szachisty, planujący dziesięć ruchów do przodu.
Wróćmy tutaj do cytowanego wcześniej Ziemkiewicza, bo publicysta postanowił nie owijać w bawełnę i przekonuje, że największym nieszczęściem każdego systemu dyktatorskiego jest „brak jakiegokolwiek zabezpieczenia przed utratą przez Pierwszego kontaktu z rzeczywistością czy zgoła przed jego szaleństwem. Nie wyobrażam sobie, który z ludzi otaczających Jarosława Kaczyńskiego umiałby mu powiedzieć, że odleciał”.
Za tą konstatacją czai się coś więcej niż obserwowana w PiS-ie utrata religijnej wręcz wiary w wielkość prezesa przy jednoczesnym tchórzostwie jego otoczenia, które nie jest w stanie uświadomić mu, że błądzi. To zanegowanie całej filozofii politycznej PiS-u opartej na postępującej centralizacji państwa, skupianiu wszystkich sznurków w jednej jedynej garści przy Nowogrodzkiej.
Tymczasem jeden człowiek może podjąć każdą decyzję, ale nie jest w stanie podjąć wszystkich. I – prędzej czy później – taki sposób sprawowania władzy, czyli wciskania państwa i społeczeństwa w ramy wyznaczone przez ciasne horyzonty aparatczyków, da ostateczny negatywny skutek.
Czytaj także: Lewicka: "Kłamaliśmy rano, nocą i wieczorem". To motto rządów Kaczyńskiego

Są na to liczne dowody historyczne, nigdy nie było inaczej. Kult żadnej jednostki nie trwał wiecznie, a jeśli utracona zostaje wiara w guru, to i kościół zaczyna się rozpadać. Jarosław Kaczyński ma się zatem czego obawiać. Postument pod jego pomnikiem już się zachwiał. W końcu zostanie obalony.

Ilustracja druga: Patryk Jaki na tle półki z książkami

Europoseł Solidarnej Polski postanowił rzucić w przestrzeń publiczną osobiste wyznanie: „Jest mi wstyd, że na niego głosowałem i do głosowania na niego namawiałem, choć widziałem jego słabości”.
To rzecz o Andrzeju Dudzie, który nie wiadomo, co czyni. Może osłabia własne państwo? – zastanawia się Jaki. Może wprowadza chaos prawny? A może, może… Zdrada?! Oczywiście, prezydent to nie PiS, ale kolejne szarże Solidarnej Polski na Pałac Prezydencki dość wyraźnie pokazują dekompozycję całego obozu władzy, mnogość wybijających się na niepodległość ośrodków, które zaczynają prowadzić własną politykę, wchodząc ze sobą na kurs kolizyjny.
Czyli okładają się pałkami, aż miło. Chłoszczą mocnym słowem, podkładają sobie świnie, zaciekle się zwalczają. Najwięksi wrogowie nie są już na zewnątrz, tylko wewnątrz. Walki frakcyjne zawładnęły czasem i energią Zjednoczonej Prawicy, która to zresztą nazwa zaczyna się ocierać o szyderstwo.
Najpierw była zwartość obozu, potem walki za kulisami, zaś teraz toczą się na scenie, przy podniesionej kurtynie, a żaden z aktorów nawet nie czuje się skrępowany obecnością publiczności. To w dramatach politycznych zwykle scena końcowa.

Ilustracja trzecia: Jan Maria Jackowski w studiu telewizyjnym

Stugębna plotka mówi, że senator – polityczny weteran – bezbłędnie wyczuwa, kiedy łódka, na której płynie, zaczyna nabierać wody.
Szczęśliwi ci, którzy dostrzegają ów stan rzeczy przed innymi i na tyle wcześnie, by się bez ordynarnego pośpiechu rozejrzeć za szalupą ratunkową. Jan Maria Jackowski szykował się do desantu od wielu miesięcy, najpierw krytykując PiS z rzadka, co przechodziło bez konsekwencji, później zaś intensyfikując tę działalność w celu zbudowania wiarygodności po drugiej stronie politycznej barykady.
Czytaj także: "Jeśli opozycja po wygranej nie rozliczy i nie zdelegalizuje PiS, w Polsce rozpęta się piekło"

Teraz, gdy PiS postanowił Jackowskiego z klubu parlamentarnego wyrzucić, Jackowski jest stałym bywalcem mediów i gabinetów wicemarszałków Izby Wyższej, oraz – jak mówi mi jeden z opozycyjnych senatorów – trzyma rękę na pakcie senackim, chcąc być w 2023 roku jego częścią, np. jako cichy wspólnik (wystartuje z własnego komitetu, ale opozycja nie wystawi mu konkurenta w jego okręgu).
Tak jak jedna jaskółka nie czyni wiosny, tak jeden Jackowski nie jest zapowiedzią dekompozycji kadrowej obozu władzy, ale tych, którzy o innym politycznym usytuowaniu własnej osoby intensywnie myślą, jest więcej.
Zrobił się ruch w interesie, zintensyfikowały się kontakty towarzyskie z opozycją, różne telefony są wykonywane, by złapać jakieś przyczółki na przyszłość, choćby na razie rachityczne i nic konkretnego niegwarantujące. Klimat się zmienia.
I jeszcze jedno: jeśli PiS tak ochoczo zamierza pozbyć się senatora, to znaczy, że stracił już nadzieję na to, by Senat przejąć od opozycji, przeciągając któregoś z jej senatorów (wcześniej przekupiwszy go lub zastraszywszy) na swoją stronę. Przyznaje się do porażki i niemocy w tym obszarze, wywiesza białą flagę.
Patrząc na sytuację całościowo, kapitulacji PiS-u nie należy się jednak spodziewać. Okopany w resortach i spółkach będzie ostrzeliwał przeciwników do samego końca. Tyle że procesy odśrodkowe, o których powyżej, będą oddziaływać na rządowo-koalicyjną materię i w końcu ulegnie ona zniszczeniu. To będzie piękna katastrofa.
Czytaj także: