Szczątki prezydenckiego Tupolewa po katastrofie w Smoleńsku
Szczątki prezydenckiego Tupolewa po katastrofie w Smoleńsku Fot. Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta

"Jak zwykle burdel, nikt nic nie wie. (…) To jedna wielka katastrofa i prowizorka" – takie słowa miały paść z ust pułkownika Jarosława Florczaka, który zginął pod Smoleńskiem. O Rosjanach zaś "Newsweek" pisze: "Trudno się oprzeć wrażeniu, że rosyjscy urzędnicy znali pytania polskich prokuratorów".

REKLAMA
Co znajduje się w 70 tomach akt śledztwa smoleńskiego? "Newsweek" ujawnia część zeznań, które prokuratura zebrała w ciągu 2 lat od katastrofy. Niektóre z nich dają pewne odpowiedzi, inne – budzą nowe wątpliwości.
Współpraca z Kaczyńskim
"N" cytuje, między innymi, Mariana Janickiego i jego zeznania z kwietnia 2011 roku. „Około trzech miesięcy przed katastrofą płk Jarosław Florczak [zginął w Smoleńsku – przyp. red.] po kolejnym przylocie z prezydentem bardzo zdenerwowany oznajmił mi, cytuję: »Szefie, pan prezydent kiedyś doprowadzi do tragedii, zginie wielu niewinnych ludzi«. Zapytałem go, odpowiedział mi: »Szefie, jak zwykle burdel, nikt
nic nie wie, programy swoje, a realizacja swoje" – opowiadał Janicki prokuraturze. Z jego słów wynika, że Florczak miał wyrazić prośbę, by nie był kolejny raz wysyłany na lot z Lechem Kaczyńskim.
Płk Florczak miał też – według Janickiego – porównać pracę z kancelariami Kwaśniewskiego i Kaczyńskiego. Z tą pierwszą "przez osiem lat współpracy było idealnie, każdy wiedział, co ma robić, nikt nikomu nie wchodził w kompetencje". O biurze Kaczyńskiego zaś Florczak miał powiedzieć: "To jest jedna wielka katastrofa. Prowizorka i jeszcze raz prowizorka, a nuż się uda, jakoś to będzie".
BOR vs prezydent
"Newsweek" podkreśla jednak, że inny funkcjonariusz BOR, który odszedł ze służby rok po katastrofie, w zeznaniach zdradził kulisy rozgrywek na linii BOR-kancelaria prezydenta. Według cytowanego przez "N" BOR-owca, szef zmiany ochrony prezydenta Paweł Janeczek walczył o dopełnianie prawidłowości w kwestii ochrony głowy państwa. Janeczek miał narzekać na zbyt małą uwagę przykładaną do profesjonalizmu funkcjonariuszy przy prezydencie – na przykład brak cywilnego umundurowania.
"Paweł twierdził, że Janicki nagabywał szefa ochrony prezydenta, żeby załatwił mu u prezydenta stopień generalski. Ponieważ prezydent nie chciał wyrazić na to zgody, Janicki kazał olewać wszystko,
co było związane z prezydentem. Z rozmów z innymi funkcjonariuszami wynikało, że cała wizyta
prezydenta [w Katyniu – przyp. red.] z punktu widzenia Janickiego była zlekceważona" – zeznawał funkcjonariusz BOR.
Kto pił w Tupolewie
Bardzo gorliwie prokuratura zajęła się też kwestią alkoholu w samolocie. Jak pisze "Newsweek", przesłuchano w tej sprawie BOR, żołnierzy specpułku, kelnerów, stewardesy, pracowników lotniska. Śledczy pytali o wszystkie szczegóły, włącznie z kształtem butelek.
Z cytowanych przez tygodnik osób nie wynika, by ktokolwiek miał pić alkoholem przed lotem. Jednak stewardesa zatrudniona w BOR Wioletta W. wiosną 2011 zeznaje, że przed każdym lotem prezydenta "ktoś jedzie do Kancelarii Prezydenta po alkohol, pakuje butelki w karton i zawozi na lotnisko". Trunki pobierano na dwa, trzy dni przez wylotem i deponowano w dyżurce BOR-u.

Czytaj też: Po trotylu nawet na świecie zaczęli wierzyć w zamach? Polska za granicą to dziś Smoleńsk i zamieszki
Z opisu podanego przez stewarda BOR Jacka K. wynika, że w prezydenckim barku było kilka małych butelek wina czerwonego i białego, czasem duża butelka wódki, whisky albo koniaku. Alkohol, który zostawał po locie był zwracany kancelarii. Stewardesa Anna A. przyznała zaś w zeznaniu, że "alkohol ten nie jest serwowany pasażerom siedzącym poza salonikiem prezydenckim". Generał Marian Janicki wyjaśnił też, że nie wiadomo było skąd alkohol pochodzi i czy był sprawdzany.
Jak przesłuchują Rosjanie
Tygodnik opisuje też jak polska prokuratura uzyskała zeznania Rosjan. Nasi śledczy nie mogli tego zrobić osobiście – pytania w ich imieniu zadawali urzędnicy z Moskwy. Polska otrzymała zeznania funkcjonariuszy rosyjskiej Federalnej Służby Ochrony, urzędników, dyplomatów i ministrów. Jak jednak podkreśla "Newsweek": "Niestety, jest to materiał bezwartościowy, w większości składający się z wymijających odpowiedzi".
Autorzy tekstu zaznaczają, że analiza tych wypowiedzi prowadzi do jednego wniosku: Rosjanie znali pytania przed przesłuchaniami i odpowiadali wyuczonymi na pamięć formułkami. Jako przykład tygodnik podaje słowa jednego z urzędników rosyjskiego MSZ Władimira Sedyka, który zapytany o status wizyty Kaczyńskiego stwierdził, że była to wizyta prywatna. Jak podkreśla "Newsweek", dwa tygodnie później na to samo pytanie odpowiadał inny dyplomata Siergiej Nieczajew – i udzielił identycznej odpowiedzi, co Sedyk. Według tygodnika, wypowiedzi obu dyplomatów nie różniły się od siebie "nawet przecinkiem".