
Przykładny ojciec i mąż, kibic piłki nożnej, miłośnik muzyki rockowej i książek historycznych. Człowiek, któremu po "wybuchu trotylu" po raz kolejny zaczęto odliczać dni do dymisji – tak o prokuratorze generalnym Andrzeju Seremecie pisze tygodnik "Polityka".
W Warszawie prowadzi życie samotnika. Nie bywa na salonach i to nie dlatego, że nie jest zapraszany. – Jest ostrożny aż do bólu – mówi jeden ze współpracowników. – Bardzo uważa, żeby nawet przypadkiem nie znaleźć się w jednym czasie i miejscu z osobami, które nie są kryształowo czyste. Czasem wybiera się jedynie na oficjalne kolacje. Po pracy wraca do służbowego mieszkania, gdzie nikt nie czeka, bo żona (sędzia z Tarnowa) do stolicy przenieść się ani nie mogła, ani nie chciała.
W "Polityce" czytamy także, że choć urzędowanie Seremeta na stanowisku prokuratora generalnego nie jest pasmem samych sukcesów, prokurator ma się czym pochwalić. "Pod jego kierownictwem wzrosła skuteczność działań prokuratorskich. Liczba uniewinnień z 2,5 proc. w 2008 r. zmniejszyła się do 1,9 proc. Prokuratorzy zmieniają też taktykę procesową, rzadziej występują o tymczasowe aresztowania, stosując częściej wolnościowe środki zapobiegawcze" – wylicza dziennikarz.
W gruncie rzeczy niezależność prokuratora generalnego jet względna, bo w każdej chwili jego los spoczywa w rękach premiera. Wystarczy, by Donald Tusk nie podpisał corocznego sprawozdania z działalności PG. Tegoroczne sprawozdanie od marca czeka na podpis szefa rządu. Tusk zwleka i nikt nie wie dlaczego. Andrzej Seremet tak komentuje zwlekanie premiera: – To nie jest miła sytuacja.
Cały artykuł o Andrzeju Seremecie w najnowszej "Polityce"

