
Krótki żywot miały nadzieje na rozejm w najnowszym konflikcie izraelsko-palestyńskim. Prawdopodobnie w odpowiedzi na wielodniowe naloty i ostrzał wybrzeża Strefy Gazy, w środę terroryście odpowiedzieli zamachem na autobus komunikacji miejskiej w Tel Awiwie, drugim co do wielkości mieście Izraela.
REKLAMA
Służby w Izraelu nie mają wątpliwości, że wybuch nie był przypadkiem i stoją za nim terroryści. Choć z informacji napływających z Tel Awiwu wynika, że autobus był pusty, odpalenie ładunku nastąpiło w takim miejscu, iż rannych zostało co najmniej 21 osób, z których pięć odniosło poważniejsze obrażenia.
Wiadomo też, że dzisiejszy zamach w Tel Awiwie nie był dziełem zamochowców-samobójczym. Izraelska policja próbuje schwytać dwie osoby, które prawdopodobnie podłożyły ładunki pod pojazdem. Jeden z największych izraelskich dzienników "Haaretz" donosi, że na miejscu szybko przesłuchani zostali świadkowie, którzy widzieli osoby podejrzanie kręcące się przy pojeździe, które później szybko od niego się oddaliły. Potem nastąpił wybuch. Według telewizji Al-Arabiya, wśród domniemanych zamachowców była kobieta.
Żadnych wątpliwości, kto stał za tym wybuchem nie miał także izraelski rząd. - Wybuchła bomba w centrum Tel Awiwu. To był zamach terrorystyczny - szybko stwierdził w oficjalnym komunikacie Ofir Gendelman, rzecznik prasowy premiera Beniamina Netanjahu.
Śledź na bieżąco najnowsze informacje o wojnie i konfliktach
Środowy zamach w jednym z największych miast Izraela z pewnością utrudni zadanie amerykańskiej sekretarz stanu Hillary Clinton i sekretarzowi generalnemu Ban Ki-moonowi, którzy przybyli na Bliski Wschód, by wypracować warunki zawieszenia broni między Izraelem, a kontrolowaną przez Hamas Strefą Gazy.
