Janusz Filipiak, właściciel Cracovii. Wiecznie wydaje pieniądze, a jego zespół wiecznie gra fatalnie.
Janusz Filipiak, właściciel Cracovii. Wiecznie wydaje pieniądze, a jego zespół wiecznie gra fatalnie. fot. Michał Łepecki / Agencja Gazeta

Dziwne układy z menedżerami, idiotyczne transfery, naiwny prezes i sfrustrowani kibice. W skrócie - wszystko, co najgorsze w polskiej piłce. Tak wygląda dzisiejsza rzeczywistość Cracovii. Klubu, który od kilku lat znajduje się na drodze do pierwszej ligi, a od kilku miesięcy pędzi do niej bez hamulców. I wszystko wskazuje, że będzie to dla niego „one way ticket”, chyba, że pomoże mu kamikadze Tomasz Kafarski, który właśnie przejął „Pasy”.

REKLAMA
Teoretycznie mamy tu do czynienia z profesjonalnym klubem. Kasa się zgadza, piłkarze dostają niezłe pensje, grają na nowym, ładnym stadionie, niczego im nie brakuje, ale wyników jak nie było, tak nie ma. Do tego, że Cracovia już od kilku lat nie może się wygrzebać z dołu tabeli, zdążyliśmy się przyzwyczaić, ale na dzisiejszy zespół można już patrzeć tylko z politowaniem.
Na pytanie, gdzie tkwi problem, odpowiedź jest prosta. Wszędzie. Ale po kolei...
Janusza Filipiaka, właściciela klubu i firmy Comarch media zwykły nazywać dobrodziejem. Bardziej adekwatny wydaje się jednak termin „dojna krowa”, bo nieprzerwanie stawia na ludzi, których interesuje wyłącznie kasa. Wydaje, wydaje, wydaje, a pion administracyjny i ludzie odpowiedzialni za rozdysponowanie tych pieniędzy pozostają nietykalni. Filipiak niby otwarcie rozmawia z prasą o Cracovii, niby interes klubu leży mu na sercu, ale nie wyciąga wniosków. - Teraz na pożarcie wystawił Radka Szarańca, który został wiceprezesem, ale tylko po to, żeby mieć na kogo zrzucić winę w przypadku spadku – twierdzi prosząca o anonimowość osoba zbliżona do klubu. - Przecież nie zwolnią Tabisza, ten gość jest nieśmiertelny... - dodaje.
Tabisz, czyli prawa ręka Filipiaka i facet absolutnie nie do ruszenia, choć kibice od dawna dają do zrozumienia, że to przy Kałuży persona non grata. Pod koniec poprzedniej rundy urządzili protest i opuszczali trybuny w trakcie kilku meczów, ale na Filipiaku nie zrobiło to żadnego wrażenia. A może powinno, bo wystarczy rzucić okiem na dokonania jego pracownika na rynku transferowym... (źródło: Weszlo.com).
Transfery Cracovii z ostatnich 7 lat można podzielić na cztery grupy. Emeryci, szrot zagraniczny, szrot polski i… nieźli. „Pasy” ściągnęły aż 61 graczy (nie wliczamy ostatniego zaciągu, przyjdzie czas na ocenę), z czego NIE NAJGORSI to: Moskała, Pawlusiński, Kłus, Polczak, Szeliga, Sasin, Mierzejewski, Ślusarski, Suworow, Radomski, Bartczak, Visnakovs, Kaczmarek, Ntibazonkiza i Suart. Skuteczność – 25%. Jako strzały w dziesiątkę uznaliśmy Pawlusińskiego, Ntibazonkizę i Kaczmarka. Niecałe 5%. Bomba.
Po ostatnich tygodniach pasowałoby tę listę jeszcze delikatnie zmodyfikować, bo na dzień dzisiejszy trudno strzałem w dziesiątkę nazywać Ntibazonkizę, a nie najgorszymi – Bartczaka czy Visnakovsa. Jedynym zawodnikiem, o którym można powiedzieć, że cokolwiek prezentuje, jest Wojciech Kaczmarek. Kiedyś, w zamierzchłych czasach nieźli byli Żytko i wspomniany Bartczak, ale już dawno zdążyli zapomnieć, o co chodzi w futbolu. Podobnie zresztą jak Andraż Struna, który był ponoć nawet gwiazdą w Słowenii, a tu błyskawicznie zjechał do poziomu okręgówki. Mało? Pavol Masaryk (6 meczów, 0 goli w barwach „Pasów”) po wyjeździe z Polski ładuje bramkę za bramką w ekstraklasie słowackiej.
Taka jest specyfika Cracovii. Klubu-gangreny, w którym nawet jeśli coś potrafisz, to otoczenie szybko ściągnie cię na dno.
Cały ten bajzel miał poukładać Dariusz Pasieka. Sympatyczny i ambitny trener, który chyba jednak minął się z powołaniem. Tajemnicą poliszynela jest, że traktował zawodników jak dzieci. Po porażce, zamiast wstrząsnąć szatnią, wziąć ich – mówiąc kolokwialnie – za mordy, wolał chwalić i szukać pozytywów. Efekt był odwrotny od oczekiwanego, co widać było choćby po Ntibazonkizie, który nie podał ręki trenerowi po zejściu z boiska z Zagłębiem.
Teraz z braku laku pożar ma gasić Tomasz Kafarski, którego wzięto na zasadzie „tonący brzytwy się chwyta”, bo wcześniej oferty odrzucili Jan Urban i Czesław Michniewicz. Tyle tylko że czasu na odratowanie upadającej Cracovii może mu zabraknąć. Zostało jeszcze co prawda dziesięć kolejek, ale ostatni okres transferowy został przespany i grać trzeba tymi samymi Boljeviciami, Pużigacami i Kosanoviciami. A ci ludzie nie zagwarantowaliby wyników nawet na zapleczu ekstraklasy.
Autor jest dziennikarzem Weszlo.com