
- Dekomunizacja nie leży już w interesie mas, pozostałości po komunizmie np. w nazwach ulic stały się kwestią przyzwyczajenia - mówi w rozmowie z naTemat.pl dr Jarosław Flis, socjolog polityki z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Dodaje, że każda ze stron sporu o historię posiada własną narrację - tak jak w przypadku obchodów rocznicy wprowadzenia w Polsce stanu wojennego.
REKLAMA
W Lęborku poruszenie: radziecki czołg, który stoi w tamtejszym parku od 60 lat, ma zostać na swoim miejscu mimo protestu grupy mieszkańców, której przypomina o potędze Armii Czerwonej. O czym świadczy sprawa lęborska? Czy dzisiaj dekomunizacja ma jeszcze dla nas znaczenie?
W ciągu ostatnich dwudziestu lat wiele rzeczy zostało już rozliczonych, były różne techniki, różne strategie tego rozliczania. Niekiedy kuriozalne – gdy nazwy ulic Związku Młodzieży Polskiej przemianowywano na Zwiastowania Maryi Panny. Dziś sprawa nie jest już jednak tak istotna – a już na pewno nie na masową skalę. Niektóre kontrowersyjne nazwy ulic przez lata broniły się przed zmianą, a teraz po prostu zostawia się je w spokoju, bo to kwestia przyzwyczajenia. Jeśli zdarzają się inne sytuacje, to są to raczej pojedyncze przypadki, gdy zmienia się władza i znajduje się ktoś, kto zechce przeforsować swój pomysł i zmienić nazwę. Albo gdy do głosu dochodzi ktoś z SLD i stara się wymusić jakieś symboliczne ustępstwo. Albo inne – tak jak w przypadku napisu „imienia Lenina” nad bramą gdańskiej Stoczni, który zamieszczono, by przywrócić bramie historyczny wygląd.
Kto przejmuje się dzisiaj dekomunizacją?
Kto przejmuje się dzisiaj dekomunizacją?
Oczywiście inaczej to wygląda z perspektywy osób starszych, które przeżyły dane wydarzenia i mają z nimi związek emocjonalny, a inaczej z perspektywy osób młodych. Jednak nie wiek odgrywa tu główną rolę - w końcu w każdym pokoleniu są osoby z określonym obszarem zainteresowań, poglądami, pamięcią historyczną. Są grupy radykalnie lewicowe, które z lubością wspominają rzeź galicyjską. Osobną pamięcią operują środowiska konserwatywne.
Czytaj również: Adam Michnik: "Nie chciałbym dożyć czasu, gdy będziemy musieli nasz kraj derydzykować czy dekaczoryzować"
13 grudnia, w rocznicę wprowadzenia w Polsce stanu wojennego, Prawo i Sprawiedliwość planuje w Warszawie Marsz Wolności, Solidarności i Niepodległości. Hasłem przewodnim jest sprzeciw wobec ograniczania wolności w Polsce. Czemu ma służyć to oczywiste porównanie Polski współczesnej do tej z czasów Jaruzelskiego?
Jest to jeden z elementów mobilizujących zwolenników wpisujących się w narrację PiS-u o ograniczeniu wolności. Przy tym musimy pamiętać, że każda strona tego sporu kulturowego – bo nie chcę tu wnikać w jego stronę polityczną – ma własną narrację: w narrację drugiej strony wpisuje się na przykład Jedwabne. Sięganie po narzędzia takie jak organizacja marszu to jeden z elementów składowych, z których grupy tworzą swoją tożsamość. To maszty flagowe, wokół których skupia się ludzi, a potem wykorzystuje to w rywalizacji politycznej. Historia może na tym cierpieć, bo jest wykorzystywana przez każdą ze stron w sposób, jaki im pasuje.
Czytaj również: Jarosław Kaczyński przed marszem 13 grudnia: Niepodległość Polski zagrożona, z solidarnością w narodzie kiepsko
Czy maszerowanie 13 grudnia sprzyja rozliczeniu z przeszłością? Czy ten marsz obchodzi kogokolwiek spoza środowiska PiS-u?
Na dwoje babka wróżyła – temat jest podnoszony, wzrasta jego znaczenie, ale linie podziałów mogą przebiegać w różny sposób, według różnic politycznych. Na pewno są osoby spoza kręgu PiS-u, które chciałyby wziąć udział w marszu i wciąż się wahają. Nie jest pewne, czy uda się tych ludzi pozyskać dla jednej opcji politycznej. Nie da się też tego w żaden sposób zmierzyć. Czas pokaże.