
W "Andorze" od Disney+ pojawia się zupełnie nowa grupa, której wcześniej nie widzieliśmy w serialach i filmach ze świata "Gwiezdnych wojen". To swego rodzaju kosmiczna policja podlegająca korporacji Preox-Morlana. Nie są szturmowcami Imperium, ale mają z nimi wiele wspólnego – trudno jest nam traktować ich zupełnie poważnie.
"Andor" różni się od innych produkcji z odległej galaktyki. Jest mroczniejszy, relatywnie poważniejszy, nie ma w nim fanservice'u, Mocy i Skywalkerów. Póki co nawet nie mieliśmy do czynienia z Imperium (co nie znaczy, że nie istnieje i się nie pojawi). Dzięki czemu serial jest powiewem świeżości i pokazuje bogactwo tego uniwersum. Osoby, które jednak nie siedzą w temacie, mogą czuć się zagubione w pierwszych odcinkach.
Czym jest Preox-Morlana? To korporacja, która rządzi planetami pod czujnym okiem Imperium
Imperium rządzi w tym czasie galaktyką, ale nie oszukujmy się - mamy do czynienia z tak wielkim obszarem kosmosu, że ciężko jest kontrolować dosłownie wszystko i wszystkich. Można się przecież dogadać, prawda? Serial pokazuje właśnie ten aspekt, nad którym pewnie zastanawiało się wielu z nas.
Zabiera nas na Zewnętrzne Rubieże (tam mieści się m.in. Endor czy Tatooine) do sektora korporacyjnego. Pierwszy odcinek zaczyna się na planecie Morlana I, która jest siedzibą korporacji Preox-Morlana. Jest teoretycznie niezależna od Imperium Galaktycznego, ma swoją administrację i policję (a właściwie Korporacyjne Siły Taktyczne), ale jej przedstawiciele i tak muszą zdawać raporty np. na temat przestępczości.
Mieszkańcy planet należących do Pre-Mor, są równocześnie jej pracownikami. To dystopijna koncepcja w cyberpunkowych klimatach, gdzie to korporacje, a nie politycy rządzą światem (w zasadzie nie tak odległa wizja od naszego uniwersum). W tym nawet burdelami, co było pokazane w pierwszym odcinku. Mieli do nich dostęp tylko pracownicy Preox-Morlany.
Mieszkańcy-pracownicy muszą chodzić z przepustkami i pokazywać je na zawołanie (u nas na szczęście po 17:00 można je zdjąć z szyi). Nie miał ich Cassian, przez co wdał się w bójkę z korpoludkami i tak się zaczęła cała jego przygoda. Nie miał też problemu z zabiciem ich. Owszem, był do tego zmuszony, ale jeśli byliby to żołnierze Imperium, to dwa razy by się zastanowił przed pociągnięciem za spust.
Akcja "Andora" toczy się też na pustynnej planecie Ferrix, na której mieszka Cassian z przyszywaną matką Maarvą Andor (Fiona Shaw) i droidem B2EMO. Ona również podlega Preox-Morlana, ale nie jest tak korporacyjna. Nie ma na niej też funkcjonariuszy, którzy dopiero musieli się pofatygować z Morlany Jeden, by dorwać zabójcę swoich ludzi.
Kim są "szturmowcy" z "Andora"? To taka korporacyjna policja, która dba o porządek na planetach
Przełożony Syrila Karna (Kyle Soller) chciał zamieść sprawę pod dywan, bo wybierał się na Regionalne Centrum Dowodzenia Imperium, by opowiedzieć o poziomie przestępczości. Wolał, by sprawa była "nieszczęśliwym wypadkiem", co z jednej strony pokazuje "korporacyjność" Preox-Morlany, a z drugiej strony udowadnia, że Imperium ma nad nią pieczę i jeśli coś by się działo niepokojącego, to mogłoby interweniować.
Syril Karn nie posłuchał i podszedł do sprawy ambicjonalnie. Zwołał grupę uderzeniową, by aresztować podejrzanego na planecie Ferrix. Na miejscu nie cieszyli się zbyt wielkim poważaniem, a Maarva chciała po prostu zamknąć im drzwi przed nosem. Nie są jednak Tymi szturmowcami w białych zbrojach, którzy, pomimo tego, że nie potrafią trafiać blasterami do celu, to jednak sieją postrach w całej galaktyce.
"Szturmowcy" Pre-Mor mają niebieskie uniformy, są uzbrojeni i potrafią być równie brutalni. Choć w serialu są przedstawieni lekko niezdarnie i ironicznie, to do swojej misji podchodzą na poważnie. Zwłaszcza sierżant Linus Mosk (Alex Ferns), który jest takim służbistą zakochanym w swojej robocie, że aż trudno go nie polubić.
Linus Mosk
W jednym z artykułów porównano ich do ochroniarzy ze sklepu w centrum handlowym (w tej analogii Imperium jest zarządcą galerii). Jednak tylko tych, którzy myślą, że są policjantami.
Dbają o porządek, patrolując obiekt na segwayach, lubią się prężyć z napisem "SECURITY" na plecach i choć nie mogą wypisywać mandatów, to kiedy przechodzimy przez bramkę w sklepie, a ta zapika, dostajemy zawału serca. Nieraz przecież było głośno o nadużywaniu władzy przez pracowników ochrony.
Korporacje w świecie "Gwiezdnych wojen" to powracający koncept. Czyżby w "Andorze" pojawił się Han Solo?
W jednej z najstarszych książek z uniwersum - "Han Solo at Star’s End" (pl. "Han Solo na krańcu gwiazd") Briana Daleya, słynny przemytnik trafia właśnie do sektora korporacyjnego, który nie był zupełnie zdominowany przez Imperium. W powieści z 1979 r. stosunki między biznesem a państwem były inne niż w "Andorze", ale generalnie zamysł był ten sam: Imperium nie udało się znacjonalizować każdej branży i planety, bo po prostu nie mogło lub nie było w stanie.
Ta koncepcja powstała też z przyczyn czysto praktycznych, by można było pisać książki, które nie były sprzeczne z fabułą powstających filmów klasycznej trylogii. Jednak nawet w "Imperium kontratakuje" z 1980 roku Lando Calrissian mówił, że jego "mała operacja" w Mieście w Chmurach (był jego baronem-administratorem) na planecie Bespin nie podlega jurysdykcji Imperium.
Z trailerów wiemy, że nowy serial Disney+ nie będzie się toczył w zupełnym oderwaniu od głównej fabuły sagi, bo Cassian Andor będzie walczył z Imperium wraz z innymi rebeliantami. Nie jest więc wykluczone, że nie spotka na swojej drodze Hana Solo czy Lando, bo "Gwiezdne wojny" nie byłyby sobą, gdyby nie mrugały okiem do fanów.
Zobacz także
