Lexus ES300h – test.
Lexus ES300h – test. Fot. naTemat.pl

Jeśli myślisz o limuzynie z segmentu E, to powiedzmy sobie szczerze – najczęściej kierujesz wzrok w stronę salonów niemieckich producentów. Ale przecież świat nie kończy się za Odrą. W tym samym segmencie jest przecież Lexus ES, samochód stworzony raczej z myślą o rynku amerykańskim, ale też dostępny nad Wisłą. Na tle niemieckiej konkurencji robi momentami dość egzotyczne wrażenie. Ma to swoje plusy, ale też i minusy.

REKLAMA

Segment E w Europie, przynajmniej w klasie premium, trzyma się mocno. Niemiecka wielka trójka nie rezygnuje z tego fragmentu rynkowego tortu, a przecież jest jeszcze choćby Jaguar XF.

logo
Fot. naTemat.pl

W tym gronie Lexus ES – dostępny na Starym Kontynencie tylko w jednej wersji, czyli 300h – wypada dość… inaczej. Na każdym kroku widać, że to samochód zaprojektowany zupełnie nie pod przeciętny, "zgermanizowany" europejski gust. Czy to źle? A skąd. Ale po kolei.

Lexus ES300h – jak wygląda?

Oryginalnie. Tak jednym słowem. Na pewno nie przypomina w każdym razie stonowanych, europejskich koncepcji. I choć jest na rynku już od kilku lat (to wersja po liftingu, ale główna różnica to w sumie dotykowy ekran), dalej zaskakuje wyglądem.

logo
Fot. naTemat.pl

Opływowe kształty (spójrzcie jak maska pięknie opada) połączone z muskularną karoserią robią świetne wrażenie. I dają efekt – współczynnik oporu aerodynamicznego wynosi jedynie 0,26. To wpływa na spalanie.

Wrażenie robi też charakterystyczna klepsydra – ten gigantyczny grill z przodu kojarzy się wyłącznie z japońską marką. Ma pewnie tylu samo przeciwników, co i zwolenników, ale ja jestem w tej drugiej grupie.

Czytaj także:

Ogólnie… ciężko uwierzyć, że to w pewnym sensie… Toyota Camry. Tak, tak. Oba auta są stworzone na tej samej płycie podłogowej, oba mają ten sam napęd (o czym później).

O tym, że to w gruncie rzeczy Toyota, łatwo zorientować się… w środku. To znaczy inaczej – deska rozdzielcza ma oczywiście swój własny, lexusowy projekt, i wygląda naprawdę dobrze na pierwszy rzut oka. Po bliższym zapoznaniu się z otoczeniem trudno jednak nie dostrzec tego japońskiego sznytu.

logo

Guziki do obsługi choćby podgrzewania czy chłodzenia foteli (co ciekawe, jest tryb auto, a to raczej niespotykane) są wyjęte wprost z lat dziewięćdziesiątych. Ekran multimedialny jest duży i wreszcie dotykowy, a po podłączeniu smartfona choćby w Apple CarPlay (tylko po kablu!) widzimy, że jest niezłej jakości.

Ale grafiki własne Lexusa, sposób działania, obsługa, wygląd i ogólny feeling systemu multimedialnego jest tragiczny. To poprawiło się w nowszych lexach, ale w ES300h czuć, że ten projekt ma już kilka lat. Także "wirtualny kokpit" (cudzysłów, bo to w istocie rzeczy połączenie tradycyjnych zegarów z elektronicznymi wskazaniami) jest po prostu brzydki i o niskiej rozdzielczości. A w ostrym świetle niewiele tam widać – jest problem z kontrastem.

logo
Fot. naTemat.pl

Ale żeby nie było, że tylko narzekam. Wszystko jest zmontowane dosłownie perfekcyjnie (zobaczcie kiedyś, jak wszystko skrzypi pod palcem w nowych Mercedesach…) i wygląda na bardzo jakościowe. Może poza jasną skórą na fotelach – ta w testowym egzemplarzu pomimo niewielkiego przebiegu (około 30 tysięcy kilometrów) wyglądała jak w piętnastoletnim aucie sprowadzanym z Niemiec. Pomarszczona i po prostu brudna.

Na szczęście fotele są bardzo wygodne. W środku jest też dość przestronnie, choć z powodu opadającej linii dachu wyżsi pasażerowie niekoniecznie będą zadowoleni.

logo
Fot. naTemat.pl

W tym momencie warto jeszcze wspomnieć o nagłośnieniu marki Mark Levinson, które wypada po prostu fe-no-me-nal-nie. Naprawdę. Ja nie jestem melomanem, ale nagłośnienie przypominało mi wręcz rozwiązania z jeszcze wyższego segmentu. Od razu skojarzyło mi się z Audi A8. Jakość dźwięku jest naprawdę świetna.

A jak Lexus ES300h jeździ?

To o tyle ważne, że Lexus ES300h to hybryda czwartej generacji produkcji Toyoty. To coraz bardziej zaawansowany system, ale bądźmy szczerzy – żadnych doznań dźwiękowych ten silnik (wolnossące 2,5 litra) nie daje, ale chociaż charakterystyczne wycie przy przyspieszaniu związane z pracą skrzyni e-CVT nie jest aż tak dotkliwe. Choć pewnie pomaga też doskonałe wygłuszenie środka.

logo
Fot. naTemat.pl

Tak jak w Toyocie Camry ten silnik połączony z układem elektrycznym daje 218 koni mechanicznych. Całość skłania jednak raczej do pokojowej jazdy, zwłaszcza że jedyny dostępny napęd to napęd na przód, a samochód, który waży niespełna 1,7 tony, do setki rozpędza się w niecałe dziewięć sekund.

Jazda jest przede wszystkim komfortowa i to też powód, dla którego Lexusem ES nie chce się pędzić. Zawieszenie doskonale radzi sobie z ciężką limuzyną i bardzo sprawnie wybiera nierówności. Ale to naprawdę sprawnie – aż się nie chce zwalniać na dziurach.

logo
Fot. naTemat.pl

Mimo to układ kierowniczy jest dość responsywny – ruchy przyjemną, mięsistą kierownicą momentalnie mają przełożenie na ruchy całego auta. To dość zaskakujące połączenie komfortu z precyzyjną jazdą. Dlatego też Lexus ES300h, choć nawet w odmianie F Sport nie ma tak naprawdę nic wspólnego z wyczynową jazdą, jest po prostu przyjemnym autem w prowadzeniu.

Aha – i ta hybryda naprawdę działa w kwestii spalania. W mieście Lexus ES300h pali… około sześciu litrów. A na autostradzie raptem… siedem. W tej klasie ciężko o coś bardziej oszczędnego. W ogóle ciężko o coś bardziej oszczędnego! Jeszcze przy tej masie i wymiarach.

logo
Fot. naTemat.pl

Dla kogo jest ten samochód?

To dość trudne pytanie. Powiedziałbym, że z zewnątrz to auto dla osoby, która chce charakternego auta. Bo Lexus ES300h wyróżnia się designem. Ale już we wnętrzu to raczej samochód dla konserwatysty, żeby nie powiedzieć, że emeryta.

Lexus ES300h to też auto pełne skrajności. Fantastyczne nagłośnienie (za dopłatą) kontrastuje tu z absolutnie żenującą kamerą cofania rodem z Yarisa z poprzedniej dekady – i z tym akurat nic się nie da zrobić za żadne pieniądze. A wygodne fotele nie dają poczucia pełnego komfortu z powodu żenujących multimediów. I tak dalej, i tak dalej.

logo
Fot. naTemat.pl

Finalnie Lexus ES300h pozwala się jednak wyróżnić na tle europejskiej konkurencji, a to dla wielu klientów w tym segmencie i w klasie premium bardzo istotne. 

Cennik Lexusa ES obecnie jest promocyjny i zaczyna się (październik 2022) od 224 400 zł. Do lepiej wyposażonych wersji (a warto lepiej wyposażyć to auto) trzeba jednak słono dopłacić. Trójka z przodu nie jest wykluczona. A do tego tak jak w przypadku Toyoty – możliwości indywidualnej konfiguracji są tu mocno ograniczone. Lexus pozwala nam raczej wybrać z kilku dostępnych wersji.

logo
Fot. naTemat.pl