Skrzypek uliczny w Katowicach.
Skrzypek uliczny w Katowicach. Fot. Dawid Chalimoniuk / Agencja Gazeta

Mijamy ich co dnia spiesząc się do pracy, wracając z zakupów, czy idąc do kina. Grają na gitarze, na skrzypcach, coraz rzadziej na akordeonie. Część z nich śpiewa. Uliczni grajkowie, buskersi, to nieodłączny element krajobrazu każdego większego miasta – ich własnej sali koncertowej.

REKLAMA
Za każdym z nich cięgnie się długa historia. Niektórzy zdążyli zaznać już nieco sławy, a na ulicy znaleźli się, kiedy dobra passa się skończyła. Inni liczą, że na streecie ktoś ich dostrzeże. Albo chociaż zbiorą środki, by dopiero spróbować szczęścia. Część z nich ma wygląd typów spod ciemnej gwiazdy, a na ich twarzach maluje się burzliwa historia życia. Ale na ulicach nie brakuje też delikatnych skrzypaczek, klarnecistek czy flecistek, które połowę życia spędziły na marzeniach o grze w filharmonii.
Tak jak pani Olena, która do warszawskiego metra trafiła z filharmonii właśnie. – Chciałam grać, po prostu grać. Skończyłam liceum muzyczne, później Akademię. Przez rok nawet grałam w filharmonii. Płacili 30 dolarów miesięcznie, ale wypłata była raz na kwartał. Śmiałyśmy się z koleżanką, że to drobne na herbatę. Inna proponowała, żebyśmy pobierały własne opłaty na wejściu, zamiast wypłaty. Przez rok tak wytrzymałam. Pieniądze się skończyły i musiałam coś zrobić – opowiada.
Choć granie na ulicach to nie spełnienie jej marzeń, to pani Olena jest zadowolona, że może zarabiać tym, co kocha. – Przyjeżdżam do Polski, żeby zarobić. Próbowałam robić co innego, przez kilka miesięcy handlowałam na bazarze, ale chciałam grać – mówi. Przed nią stoi futerał od mocno zużytych skrzypiec. W nim sporo monet, głównie 1 i 2 zł. – Teraz przed świętami ludzie częściej się zatrzymują. Czasami nawet ktoś podejdzie, tak jak pan, powie, że mu się podobało. Tylko, że przez ten mróz i przeciągi ciężko dłużej wytrzymać. No ale ważne, że mogę grać i da się z tego utrzymać – dodaje.
Następnego dnia w tym samym miejscu spotykam Andrieja. On wierzy, że karierę muzyczną ma jeszcze przed sobą. – Skończyłem liceum muzyczne. Gram, bo chcę zarobić na Akademię. Chciałbym grać. W operze, w filharmonii, nie ważne gdzie i jaką muzykę. Po prostu grać. Dlatego przyjeżdżam raz do roku do Polski i przez kilka tygodni, a nawet miesięcy gram w metrze, na ulicach. Zimą jest ciężko, palce marzną, ale przed świętami ludzie częściej wrzucają kilka złotych do futerału. U nas, na Ukrainie, to nie jest tak popularne, więc zarabiam tutaj – wyjaśnia.
Wierzy, że sława dopiero go czeka. Czasami jednak trzeba na nią czekać wiele lat. Tak było w przypadku Gienka Loski, białoruskiego muzyka, który przez lata utrzymywał się z grania na streecie. Próbował swoich sił w kilku programach typu talent show. Pieniądze i rozgłos przyniósł mu dopiero TVN-owski X-Factor. Loska wygrał program i zdobył kontrakt płytowy. W finałowym odcinku wystąpił z Maciejem Maleńczukiem.
Ten krakowski artysta w chwilach gorszej koniunktury też grał na ulicach. Dziś jest jednym z bardziej znanych polskich muzyków. Na swoją pozycję pracował jednak przez lata, przede wszystkim z zespołem Pudelsi. To pokazuje, że raczej ciężko liczyć na łut szczęścia, magiczny zbieg okoliczności, który pozwoli z ulicy trafić na zawodową scenę.
Dlatego działają takie inicjatywy jak Bydgoszcz Buskers Festival. Choć nie jest to ogromne wydarzenie z dziesiątkami koncertów, setkami artystów i tysiącami widzów, pozwala stanąć w centrum uwagi tym, którzy każdego dnia stoją na chodnikach i placach, często zupełnie niezauważeni.