
Anna Lewandowska i Maja Staśko jakiś czas temu zaliczyły ostre spięcie. Poszło o filmik, na którym "Lewa" przebrana za osobę otyłą, tańczy. Aktywistka w najnowszym wywiadzie nie omieszkała skrytykować trenerki.
Przypomnijmy, że internetowy spór między Anną Lewandowską a Mają Staśko zaczął się w 2020 roku. Trenerka na swoim profilu opublikowała wówczas wideo, na którym tańczyła do piosenki Beyoncé z doczepionym brzuchem i pupą. W ten sposób chciała zwrócić uwagę na body-shaming i promować ciałopozytywność. Efekt był zgoła odwrotny, a kobiety z nadmiarowymi kilogramami "poczuły się jak g***o".
Kiedy wybuchła medialna zawierucha "Lewa" przemówiła do swoich obserwatorów, tłumacząc: – Kochani, kto mnie zna, ten wie, że nigdy, przenigdy nie miałam złych intencji (...) nie oceniam ludzi, a tym bardziej się z nich nie śmieję.
Materiał sportsmenki skrytykowała m.in. Maja Staśko. "Prawnik Anny Lewandowskiej zagroził mi pozwem i karą w wysokości 50 000 zł, jeśli nie usunę posta, w którym krytykuję przebranie się celebrytki w strój grubej osoby. W poście wskazuję, że trenerce fitness zabrakło empatii, a to, co zrobiła, to szydzenie z grubych osób. I tyle" – napisała na Instagramie aktywistka. Ostatecznie skończyło się na prawniczym piśmie, ale inicjatorka całego zamieszania, nie była zadowolona, jak to wszystko się potoczyło.
– Ludzie mówili: "porozumcie się". Ale jak mówić o porozumieniu, kiedy mam do czynienia z olbrzymim molochem: prawnikami, ludźmi od wizerunku, managerami, a po drugiej stronie stoję sama z groźbą, że nie będę miała z czego żyć. Tu od początku nie było mowy o dialogu, porozumieniu. Nie był to kontakt dwóch osób, tylko człowieka z wielką machiną – mówiła dla naTemat.
Staśko nie odpuszcza krytyki Annie Lewandowskiej
Maja wystąpiła w najnowszym odcinku podcastu Kuby Wojewódzkiego i Piotra Kędzierskiego. Podczas rozmowy również poruszyła wątek Lewandowskiej. Tłumaczyła, jaki problem widzi w jej zachowaniu.
– To jest fatsuit – takie zjawisko przypominające blackface, czyli przebieranie się za grupę dyskryminowaną, która ma naśladować tę osobę. Fatsuit ze strony "fitnesiary", która nie ma takiego ciała, poruszanie się w jakiś zabawny sposób, jest dyskryminujące – oceniła, wracając do filmiku "Lewej".
Wojewódzki zdawał się jednak trzymać stronę Ani. – Czy należy traktować takie wydarzenia, epizody literalnie, czy z lekkim dystansem? – dopytał swoją rozmówczynię i dodał: – Bo mam wrażenie, że taki post Ani, bez jej intencji, może być przykrym, ale w miarę obiektywnym lustrem, które pokazuje, jak wygląda człowiek, który nie dba o zdrowie, bo często otyłość jest wynikiem braku dbania o zdrowie.
Staśko w odpowiedzi przekonywała, że "według społecznych ustaleń, to jeden z takich tematów, z których nie warto żartować". Zwróciła uwagę, że profil żony Roberta obserwują miliony, a nie garstka internautów, z czym wiąże się duża odpowiedzialność za publikowane treści.
Wojewódzki nie odpuszczał jednak, broniąc Lewandowskich: – Zaczynamy cenzurować fakt, że ktoś ma swój profil. Wybieram sobie kontent, którego chcę być konsumentem albo świadkiem. To jest ruch w dwie strony. Nie zabierajmy ludziom, którzy są piękni, zgrabni, czy tak jak Robert Lewandowski zamożni, żeby mogli sobie włożyć zegarek, pokazali swoją krągłą pupę albo atrakcyjny brzuch. To nie jest wycelowane w nikogo. Taka jest moja teoria.
– Spoglądasz na media społecznościowe, jakby one były rzeczywiście społecznościowe, czyli każda osoba może dzielić się swoim życiem, swoimi doświadczeniami, tymczasem, w momencie, w którym mówimy o Annie Lewandowskiej czy Robercie Lewandowskim, mówimy o marce, o wizerunku – powiedziała Staśko, po czym nazwała ich "produktem", a jej krytyka miała właśnie temu zaszkodzić.
Dziennikarz wspomniał, że intencje prezentowanych treści przez rodzinę piłkarza mają zazwyczaj głębszy wymiar. Staśko zostawała jednak przy swoim, twierdząc, że Robert i Anna to osoby uprzywilejowane i mało kto ma z nimi prywatny kontakt.
– Większość ludzi ma relację z nimi (z Anną i Robertem Lewandowskimi - przyp. red.) na zasadzie oglądania ich mediów społecznościowych i tego, co oni tam przedstawiają. To ma konkretne konsekwencje. (...) To nie jest prywatna osoba, która zagada do ciebie prywatnie, tylko osoba, która trafia do milionów, może sprzedać milionom ideę, może sprzedać milionom produkt. Czasami te idee też są produktami – podsumowała Staśko.
Zobacz także
