Jak kończą się sylwestrowe wielkie nadzieje na świetną zabawę, wie każdy, kto wyszedł z domu ostatniego dnia roku więcej niż kilka razy
Jak kończą się sylwestrowe wielkie nadzieje na świetną zabawę, wie każdy, kto wyszedł z domu ostatniego dnia roku więcej niż kilka razy fot. Logan Weaver / Unsplash

Zbojkotowanie sylwestra to kusząca perspektywa. Żadnego odstawiania się, przymuszania do zabawy, kaca dnia następnego i zawodu, że "najlepsza impreza roku" po raz kolejny okazała się niewypałem. Pytanie, czy – mimo wszystko – sylwester nie pełni wciąż funkcji podobnych do tych, które miały prasłowiańskie święta obchodzone pod koniec roku.

REKLAMA

Czas między Wigilią a sylwestrem to najdłuższa niedziela roku. Kolejne, widziane po stokroć filmy migają na ekranie telewizora, zaś o upływającym czasie przypominają co najwyżej kurczące się rezerwy śledzi. 

Po kilku dniach na kanapie nie wie się już, kim się jest, ani co właściwie się robi i planuje. Tyle że wkrótce nadchodzi czas, by stanąć w świetle fajerwerków wybuchających na pohybel psom i odpowiedzieć sobie na pytania zajadane wcześniej resztkami serniczka. 

Święta przy akompaniamencie zakamuflowanych złośliwości dla wielu osób są zaledwie preludium udręk ostatniego dnia roku. 

Wymuszony rytuał przejścia

Powody – jak to one – bywają przeróżne. W tle pobrzmiewa jednak widmo rytuału przejścia, w którym wcale nie chce się brać udziału. I trudno się dziwić, zważywszy, że na dzisiejsze obrzędy tego typu (vide: ślub) co do zasady decydujemy się z własnej woli, nie zaś pod groźbą (tu: kartki z kalendarza). 

Poza tym – że zabawię się w pop-antropologię – entourage rytuału przejścia się zgadza. Przede wszystkim: coś się kończy i coś się zaczyna. 

Może wydawać się, że ów "początek i koniec" nie dotyczy nas bezpośrednio – ot, cyferka na końcu daty, którą będziemy mylili jeszcze przez najbliższe dwa miesiące. Tyle że nasze życie ma określony czas i miejsce akcji. Miejsce można sobie jeszcze zmienić, o ile nie podobają się nam przygody bohatera w danej lokalizacji. Czas, no cóż, chcieć to tu ewidentne nie móc.

Zmiana cyferki w kalendarzu sugeruje jednak coś jeszcze – że jesteśmy o rok starsi, nawet jeśli do urodzin jeszcze daleko. Wiek liczy się wszak również rocznikowo. A już dodawanie po 25. roku życia nikogo raczej za specjalnie nie cieszy - w najlepszym przypadku jest zupełnie obojętne.

Szczodre Gody przy kuli dyskotekowej

Z okazji przejścia ze starego do nowego, nie inaczej niż w przypadku obchodzonych przez Słowian w podobnym okresie Szczodrych Godów, mamy zwyczaj zbierania się razem i palenia ognia – czy będą to fajerwerki czy ogniska, wydaje się dla wymogów rytuału drugorzędne. 

W każdym razie, tak jak Słowianie nie często wychodzili zimą na ogniska, tak i pod naszą szerokością geograficzną nie zdarza się raczej inna noc, podczas której moglibyśmy obejrzeć sztuczne ognie (a jeśli już, to na jakimś weselu – również wpisującym się w schemat rytuału). 

Częścią tradycji jest oczywiście i wyleganie na ulice o północy – potykać się w szpilkach nie przeszkodzą nawet zaspy i minus 10 na termometrze. 

Kobieta typu syrenka

Rzecz kolejna, typowa zresztą dla większości obrzędów, to niecodzienne stroje. W przypadku panów różnica może wydawać się niewielka (zamieniasz t-shirt na koszulę i gotowe). 

Tymczasem panie, niezależnie od tego, czy czekają na sylwestra, czy też nim gardzą, wskazują na dwa nieodłączne elementy: cekiny i brokat. Słowem ma się skrzyć – jak ten śnieg, co go od kilku lat w sylwestra już nie ma i jak te fajerwerki, co to wciąż są. 

No i dobra, można powiedzieć, że brokaty i cekiny są w końcu w sklepach cały rok. Ale jeśli dobrze się przyjrzeć – nigdy nie ma ich tyle, co w tzw. karnawale i miesiącu go poprzedzającym. 

Spójrzcie państwo na parkiety. Może i w klubach błyszczy się częściej niż w innych miejscach, ale w sylwestra dziwnym trafem cekinowych panienek z kilku procent robi się nawet nie kilkanaście, a kilkadziesiąt. 

Całkiem jak gdybyśmy nieświadomie wciąż czcili (a raczej czciły) Sol Invictus, którego święto przypadało w czasie przesilenia zimowego.

Starożytnorzymskie bóstwo Słońca z okresu poprzedzającego upadek Cesarstwa łączyło w sobie wierzenia greckie (Helios) i indoirańskie (Mitra), ale późnogrudnione obchody zwycięstwa Słońca nad ciemnością pojawiają się właściwie we wszystkich kulturach wnikliwie obserwujących nawet nie tyle niebo, co cykl dobowy. Słowiańskie ogniska miały za zadanie pomóc Słońcu swoim blaskiem. 

I trudno nie widzieć reminiscencji tych zwyczajów w tradycji sylwestrowego rozświetlania wszystkiego wokół – nieważne, czy fajerwerkami, kulą dyskotekową, czy światłem odbijającym się od cekinowych kreacji.

Przeciwników, a raczej przeciwniczki sylwestra irytuje ten niepisany dress code, który cekinami stoi. Od argumentów wskazujących na bal przebierańców, przez niepraktyczność cekinowym kreacji, aż po fakt, że trudno, żeby coś takiego choćby leżało obok ekologii (raz, że to często jednorazówka, dwa - że plastik). 

Baw się, lub giń

Jednak tym, co zazwyczaj najbardziej przeszkadza w tym całym szale, jest tzw. przymus dobrej zabawy. Przymus jest tu rzecz jasna umowny, podobnie jak dobra zabawa, która w tym przypadku oznaczać może tylko jedno – imprezowanie. 

Bo siedzieć przed telewizorem w dresie to można było wcześniej – w najdłuższą niedzielę roku, a nie w sylwestra! 

Pytania o plany na tegoż pojawiają się zaś mniej więcej wtedy, kiedy ozdoby świąteczne w sklepach. Wśród znajomych trwa obława na tego, kto w tym roku będzie piastował wątpliwy zaszczyt zorganizowania domówki.

W sądny dzień nagle znikają wszystkie wejściówki na imprezy w klubach, bo nawet ludzie, którzy sylwestra nie lubią, mają w sobie ociupinkę FOMO (fear of missing out - red.). 

Może i nie mają ochoty na zabawę, ale co jeśli o 23.59 dopadnie ich na wyżej wymienionej kanapie kryzys egzystencjalny lub też dziecinne z gruntu rozżalenie "wszyscy, tylko nie ja"? W klubie można zamówić sobie kolejnego drinka, zatrajkotać smutki i jakoś to będzie – a przynajmniej być powinno. 

Nowy rok, stara ja

Bo i smutki to dla wielu osób nieodłączny element Sylwestra, w związku z czym przymus dobrej zabawy wydaje się jeszcze bardziej ciążyć.

Jak można smucić się w cekinach i wśród znajomych? Ano można, bo i przejście ze starego do nowego to z jednej strony czas podsumowań i nostalgii, z drugiej zaś – lęku przed tym, co nieznane. 

A jakoś trudno spodziewać się rogu obfitości i szeregu cudów czerpiąc z doświadczeń lat ostatnich – pandemia równie niespodziewana co wojna zaledwie kilkaset kilometrów na wschód, a do tego lekkie przyduszenie inflacją, która w pełnej krasie ma się objawić dopiero w 2023. 

Rytualne zaklęcie "nowy rok - nowa ja" brzmi jak nieśmieszny żart, bo i w pewnym wieku po prostu wie się już, że postanowienia noworoczne to zabawa max na dwa miesiące, a dietę czy tam gorliwe czytelnictwo można zacząć nawet nie "od nowego tygodnia",  a od środy. 

I może my wszyscy, którzy sylwestra nie lubimy, jesteśmy po prostu cynikami, którzy trochę napalonym na świetną zabawę i zmienianie swojego życia zazdroszczą? 

Z drugiej strony trudno nie zniechęcić się do sylwestra wraz z upływem lat. Najpierw to takie dodatkowe święto "tylko dla dorosłych", potem nastoletnia szajba z cyklu "mój pierwszy prawdziwy sylwester", w międzyczasie do puli doświadczeń kobiet/dziewczyn dochodzi jeszcze ten jeden raz, gdy faktycznie szykowały się z nastawieniem "najlepsza impreza w roku" (którą sylwester co do zasady nie bywa).

Słowem – szereg zawiedzionych oczekiwań. Co do samej imprezy, a często i co do mijającego roku. 

Ale może właśnie warto się przemóc? Oczywiście z pulą kijowych doświadczeń w pamięci, które skutecznie wyrugują zbyt wygórowane oczekiwania?

Przedchrześcijańskie święta obchodzone pod koniec grudnia miały w końcu jeszcze jedną funkcję – osłabianie lęku przed najdłuższą nocą w roku. Temu również służyła grupowa zabawa. Bo i trudniej bać się nieznanego wśród ludzi. No, przynajmniej hipotetycznie. 

Czytaj także: