
Pod koniec weekendu uwagę policjantów patrolujących okolice warszawskiego Mokotowa zwrócił "niedzielny" kierowca renault. Po zatrzymaniu go do kontroli okazało się, że jest pod wpływem alkoholu i miał zatrzymane prawo jazdy.
Jak podają w komunikacie mundurowi, w niedzielę kilkanaście minut przed godziną 19:00 policjanci pełniący służbę na terenie warszawskiego Mokotowa zauważyli pojazd marki Renault jadący al. Becka w kierunku ulicy Czerniakowskiej. Kierowca poruszał się bez włączonych świateł więc został zatrzymany do kontroli drogowej.
Kiedy mundurowi otworzyli drzwi pojazdu wyczuli wyraźną woń alkoholu, dlatego przebadali 44-letniego kierowcę alkomatem. Okazało się, że miał 1,3 promila alkoholu w wydychanym powietrzu. Mężczyzna jednak utrzymywał, że niczego nie pił, a swój stan tłumaczył zażywaniem leków na wrzody żołądka. Alkomat mówił jednak co innego. Ale to nie koniec historii 44-latka. Mężczyzna był pod wpływem, jechał bez włączonych świateł, a na dodatek w ogóle nie powinien wsiadać za kółko, bo miał zatrzymane prawo jazdy.
Dokładnie 8 stycznia elektronicznie zatrzymano mu uprawnienia właśnie za jazdę po alkoholu. Oczywiście i w tym przypadku mężczyzna miał wytłumaczenie. Twierdził, że nigdy taka sytuacja nie miała miejsca i on ma uprawnienia do prowadzenia auta.
Co ciekawe wśród okazanych przez niego dokumentów do kontroli policjanci znaleźli pokwitowanie sprzed 2 tygodni na zatrzymane prawo jazdy. Mało tego, widniał na nim podpis 44-latka oraz mundurowego, który dokonał poprzedniej kontroli.
Rajd z noclegiem w areszcie
Ostatecznie tłumaczenia mężczyzny na nic się zdały. Został ukarany 800-złotowym mandatem za jazdę bez świateł i prosto z auta trafił do aresztu. Po wytrzeźwieniu usłyszy zarzuty dotyczące pozostałych wykroczeń. Grożą mu nawet 2 lata więzienia i bardzo wysoka grzywna.
Zobacz także
