
"Mam nadzieję, że moje narty będą odpowiednio posmarowane i będę mogła dać z siebie wszystko" – mówiła przed tym biegiem Justyna Kowalczyk. Niestety, nic z tego. Już na początku było widać, że coś jest nie tak. Pod koniec Polce do nart przylepił się śnieg. Do tego stopnia, że musiała się nawet zatrzymać i odlepić go od nart. Wygrała powracająca do startów Marit Bjoergen, druga była jej rodaczka Therese Johaug. Kowalczyk dobiegła trzecia.
REKLAMA
2 grudnia. Wtedy ostatni raz w Pucharze Świata wystąpiła Marit Bjoergen. Potem nastąpiły budzące kontrowersje jej problemy z sercem. Norweżka musiała odpuścić Tour de Ski. Dzisiaj we francuskim La Clusaz powróciła. Chciała zrobić wszystko, by wraz z koleżankami z reprezentacji pokrzyżować szyki Kowalczyk na jej koronnym dystansie. I żeby popsuć Justynie jej 30. urodziny. Udało jej się. Wygrała, przed Johaug. Kowalczyk mimo olbrzymich problemów na mecie zameldowała się trzecia.
Pojedynek polsko - norweski
Biegi przebiegał tak, jak wiele podobnych w konkurencji kobiet. Finisz z większej grupy? Zapomnij. Tu jest kilka najlepszych narciarek i cała masa słabszych. Już po kilku minutach uformowała się kilkuosobowa czołówka. Potem mieliśmy już wyraźnie z przodu piątkę. I tu zaskoczenie. Jest w niej standardowo Kowalczyk, są też trzy Norweżki (Johaug, Weng i Bjoergen), ale jest też … Japonka Ishida. Pierwsza odpadła Weng. Potem sympatyczna Japonka. Mieliśmy standardowo pojedynek polsko - norweski. Wydawało się, że panie rozstrzygną to na finiszu.
Biegi przebiegał tak, jak wiele podobnych w konkurencji kobiet. Finisz z większej grupy? Zapomnij. Tu jest kilka najlepszych narciarek i cała masa słabszych. Już po kilku minutach uformowała się kilkuosobowa czołówka. Potem mieliśmy już wyraźnie z przodu piątkę. I tu zaskoczenie. Jest w niej standardowo Kowalczyk, są też trzy Norweżki (Johaug, Weng i Bjoergen), ale jest też … Japonka Ishida. Pierwsza odpadła Weng. Potem sympatyczna Japonka. Mieliśmy standardowo pojedynek polsko - norweski. Wydawało się, że panie rozstrzygną to na finiszu.
Jednak było inaczej. Jeśli ktoś śmieje się, gdy podczas relacji tyle mówi się o smarowaniu nart, dziś mógł zobaczyć, jak to jest to jest istotne. Warunki były wyjątkowo trudne, w La Clusaz, po mrozach, nastąpiła odwilż. Polka wyglądała na mocną, ale do jej nart przylepiał się śnieg. Na podbiegach strasznie się męczyła, pokonywała je wolniej, musiała użyć więcej siły od swoich rywalek. W końcu musiała nawet na chwilę stanąć. Cóż, odpowiednie smarowanie nart to też element tego sportu. Tym też wygrywa się biegi. Inaczej smaruje się narty na śnieg świeży, inaczej na śnieg zmrożony. Najgorzej, jak jest około 0 stopni. Wtedy dochodzi tutaj element ryzyka.
Tu zobaczysz, jak smaruje się narty na ślizg:
Dystans wymarzony, trasa już nie
Dystans dla Kowalczyk był dziś wymarzony, bo 10 kilometrów klasykiem. Wymarzona nie była już trasa - poprowadzona na płaskowyżu, pozbawiona stromych i długich podbiegów, na których Polka najczęściej gubiła swoje rywalki. Kowalczyk nie jest miłośniczką La Clusaz, w dzisiejszej rozmowie z "Przeglądem Sportowym" pół żartem pół serio powiedziała nawet, że jak tutaj przybywa, dochodzi do wniosku, że Puchar Świata równie dobrze mógłby być rozgrywany w jej rodzinnej Kasinie Wielkiej.
Na szczęście najważniejsza impreza sezonu - mistrzostwa świata - rozgrywane będą we włoskim Val di Fiemme, gdzie będą strome podbiegi, w których Justyna Kowalczyk czuje się doskonale. I gdzie, miejmy nadzieję, problemów ze smarowaniem nie będzie.
"Jeszcze jako 29-latka zrobię swoje na trasie, a jako 30-latka mam nadzieję świętować" – śmiała się przed biegiem Kowalczyk. Tuż po dobiegnięciu na metę raczej była wściekła. Współczuję jej serwismenom. Zanim zaczną śpiewać jej "Sto lat", pewnie trochę się nasłuchają.
