
Sędzia Igor Tuleya zapewnia, że nie ma żadnych przeszkód, by sądził sprawców zbrodni z okresu stalinowskiego. Taką opinię mieli przedstawić doświadczeni sędziowie, z którymi rozmawiał. Według niego w uzasadnieniu wyroku powinno się też znaleźć odniesienie do kontekstu historycznego czy społecznego, bo pozwala to odbiorcom zrozumieć prawnicze wywody.
Sędzia Igor Tuleya przyznaje, że czuje się podobnie jak w Donald Tusk po oskarżeniu, że miał dziadka w Wehrmachcie. Zapewnia jednak, że fakt, iż jego matka pracowała w SB nie przeszkadza mu w orzekaniu w procesach dotyczących okresu stalinowskiego. Jego zdaniem nie ma też przepisu, który zabrania uzasadniać wyroku szerzej, niż tylko na podstawie konkretnych przepisów.
Tuleya odpiera zarzuty o nieznajomość historii i wyjaśnia, że czytał wiele książek żołnierzy Armii Krajowej, którzy opisywali męczarnie zadawane im przez stalinowskich funkcjonariuszy. Przekonuje, że sędziowie powinni w uzasadnieniach swoich wyroków wychodzić poza argumentację prawniczą i odwoływać się właśnie do historii i sytuacji społecznej, by ludzie zrozumieli powody, dla których podjął taką decyzję. Spora część wywiadu w "Rzeczpospolitej" dotyczy ogólnych refleksji nad pracą sędziego, co pokazuje, że niektórzy zaczynają stawiać Tuleyę w roli autorytetu.
Zobacz też: Spokojnie, to tylko podłość – pisze o atakach na Tuleyę Tomasz Lis
"To typowo stalinowska metoda, którą trzeba zgodnie potępić" – tak lustrację rodziny sędziego Igora Tulei, jaką przeprowadził Cezary Gmyz, skomentował niedawno na antenie Radia Zet poseł PSL Stanisław Żelichowski. Zgodzili się z nim Jacek Protasiewicz z PO i prezydencki minister prof. Tomasz Nałęcz. W obronie Gmyza stanął zaś Zbigniew Ziobro, który oburzał się, że politycy nazwali go stalinowskim dziennikarzem.
Źródło: "Rzeczpospolita"
