exhale woda kubek impreza warszawa techno afera cena festiwale
Na warszawskiej imprezie techno woda byłą sprzedawana po 17 zł – nawet nie za butelkę, a kubek Fot. East News (zdjęcie poglądowe), screeny z Facebook

Imprezowicze i festiwalowicze w Polsce mają niemal każdym kroku pod górkę – jak nie zdziera się na nich kasy na biletach, które nieraz są nawet droższe niż za granicą, to próbuje się ich oskubać nawet na zwykłej wodzie. Przykład? W miniony weekend odbyła się impreza techno w Warszawie, na której za kubeczek wody trzeba było zapłacić 17 zł. To jednak nieodosobniony przypadek (choć chyba nowy rekord), a utrapienie większości imprez – szczególnie tych plenerowych.

REKLAMA
  • W zeszły weekend (a dokładnie 12 maja) w centrum Expo XXI w Warszawie odbyła się impreza Exhale z udziałem m.in. popularnej DJ-ki - Amelie Lens. Event przejdzie jednak do historii za sprawą horrendalnie wysokich cen za kubek wody.
  • Bywalcy imprez przyzwyczajeni są do kilkukrotnej przebitki, ale to już była przesada. Strach pomyśleć, po ile będzie woda na zbliżających się letnich festiwalach muzycznych.
  • Na zagranicznych imprezach wygląda to zupełnie inaczej. Wydaje się więc, że to kwestia mentalności - organizatorzy chcą się w naszym kraju "nachapać" na wszystkim, nawet na tak elementarnej i niezbędnej do życia rzeczy.
  • Warszawska impreza została wyprzedana (bilety kosztowały od 189 do 399 złotych). Można więc przyjąć, że się przynajmniej zwróciła, ale skoro już przyszło na nią tysiące ludzi, to można jeszcze na nich bonusowo zarobić.

    Skoro już tyle zapłacili za wejściówkę, to przecież będzie ich jeszcze stać na kubeczek wody za 17 zł (piwo było sprzedawane za tyle samo). Choć nie byłem na tym wydarzeniu, to w zasadzie nie dziwi mnie ta sytuacja. Na festiwalach muzycznych w Polsce to akurat woda od dawna jest stosunkowo najdroższą "gwiazdą".

    17 zł za kubeczek wody na imprezie. Internauci są bezlitośni

    W social media znajdziemy relacje z imprezy, w które aż trudno uwierzyć. Pomijając samo narzekanie na problemy organizacyjne, które zdarzają się nawet najlepszym, najbardziej rzuca się w oczy wątek wody.

    Nie można jej było kupić za gotówkę lub zapłacić kartą, bo najpierw trzeba było się zaopatrzyć w żetony. I to od razu za minimum 50 zł. Dobrze, że chociaż za darmo dodawane były kubeczki wielorazowego użytku i to bez kaucji.

    logo
    Fot. Instagram

    Podsumowując, żeby kupić z dwa większe łyki wody, trzeba było wydać przynajmniej 50 zł. Wtedy dostawaliśmy trzy żetony, które mogliśmy wymienić na wodę. Sam pomysł takiej waluty na imprezach masowych jest dobry, bo faktycznie zmniejsza kolejki (np. barmani nie muszą liczyć gotówki, wydawać reszty czy czekać na akceptację karty), ale ceny - nie tylko wody - na całonocnej imprezie okazały się dla wielu uczestników wręcz skandaliczne.

    logo
    logo
    Fot. Facebook

    Owszem, można było stać w długiej kolejce do toalety i napić się bezpłatnej kranówki, ale przecież nie zabralibyśmy jej w samych dłoniach już na samą salę z imprezą. Do tego celu i tak trzeba więc było kupić żetony z kubkiem za 50 zł, bo butelek nie było. Sprytne, prawda?

    Przedstawiciel organizatora na facebookowej grupie "Szukam techno (eventy)" (z tej grupy też dowiedziałem się o całej aferze) tłumaczył oburzenie internautów m.in. względami ekologicznymi. Co szanuję, ale nie zająknął się na temat ceny - wysłałem więc mail z zapytaniem, jednak nie dostałem jeszcze odpowiedzi.

    Na samej imprezie można było tańczyć z kubeczkami, ale to też rodziło kolejne komplikacje – ktoś cię potrącił i cyk – 17 zł z głowy. Odstawiłeś kubeczek gdzieś obok? Ktoś mógł ci go zgarnąć lub, co gorsza, dorzucić jakąś pigułkę.

    Zamiast skupić się tylko na muzyce, trzeba było więc go pilnować. Nawet przed obsługą. W jednym z komentarzy znajdziemy wpis osoby, którą w ten sposób pozbawiono kubeczka. I wtedy pozostawało jej znów zapłacić 50 zł za żetony, by dostać nowy.

    logo

    Absurdalnie wysokie ceny wody na imprezie to niestety norma

    Zjawisko dojenia bywalców imprez na wodę obserwujemy od lat. Powód jest prosty – nie każdy pije lub chce się napić piwa czy innych napojów, więc trzeba też zarobić na "wodopijcach". Przecież jakby woda była darmowa, to jakaś część osób nie kupiłaby nic w strefie gastronomicznej. A tak przecież nie może być. Trzeba więc zarabiać i na spragnionych klientach, którzy przecież w akcie desperacji zapłacą każdą cenę.

    Problem w tym, że piwo nie jest nam niezbędne do życia (aczkolwiek niektórzy będą innego zdania), a woda już tak. A na imprezach już szczególnie – wyobraźmy sobie, by na zawodach biegowych trzeba było za to dodatkowo płacić. Totalnie by to nie przeszło. Tymczasem na techno imprezach tańczący ludzie robią czasem tyle kroków, że przebiegliby z 10 kilometrów.

    Do tego część z nich pije alkohol, przyjmuje różne używki – a to dodatkowo odwadnia. Jednak tak naprawdę nawet siedząc czy stojąc w miejscu, nasz organizm przetwarza wodę, więc przystępny sposób nawodnienia uczestników imprezy powinien być obowiązkiem każdego organizatora. Nie wspominając już o samym dobrym samopoczuciu i zadowoleniu klientów.

    Organizator Ehxale jest np. teraz zalewany negatywnymi recenzjami na Facebooku, a niektórzy zgłaszają też tę sprawę do odpowiednich służb.

    logo
    Fot. Facebook

    I nie chodzi nawet o to, by nagle była zupełnie darmowa (jednak też nikt by się nie pogniewał i za granicą to właśnie jest norma), ale 17 zł za kubeczek to gruba przesada. Myślę, że max 10 zł za pół litra to jeszcze akceptowalna cena dla rejwerów. Aczkolwiek i tak powinna być tańsza, bo nie na niej, a chociażby na alkoholu (z dwojga złego) prędzej powinno się nabijać kabzę. Wystarczy podnieść cenę piwa czy drinków, a obniżyć cenę wody – wyjdzie na to samo, a może i dodatkowo zmniejszą liczbę pijanych uczestników.

    Na festiwalach muzycznych to był problem od dawna. Powoli się to jednak zmienia

    Ze skąpymi biznesmenami od dawna walczy się na festiwalach muzycznych – tam sytuacja jest jeszcze gorsza, bo dochodzą upały i palące słońce, a także brak kranówki. Przez wiele lat i tam trzeba było kupować wodę wartą tyle, co zgrzewka półtoralitrowych butelek w markecie.

    Z perspektywy festiwalowicza, przy karnetach wartych kilkaset złotych, to zawsze było czyste chamstwo, wyzysk i narażanie na niebezpieczeństwo. Co jeśli ktoś np. zgubi kartę lub gotówkę? Ma zemdleć z odwodnienia, bo ktoś chciał przytulić o kilka złotych więcej? Organizatorzy w końcu zaczęli się litować, choć też nie jest idealnie.

    Już w 2015 roku np. na Off Festival można było wnosić własne małe butelki (które były odkręcane na wejściu przez ochronę, a korek z niewiadomych względów zabierany - nie można mieć wszystkiego). Jednak po wypiciu nie trzeba było kupować nowej już po cenie "festiwalowej" (wtedy jeszcze 5 zł za 0,5 l, co też było bardzo dużo). Miasto podzieliło się kontenerami, które powinny być dostępne zawsze, a nie tylko w czasie największych upałów.

    W ostatnich latach zaczęto też w końcu przywozić cysterny z wodą pitną również na inne festiwale. Nawet te słynące z drożyzny. Np. w zeszłym roku na Open'erze butelka co prawda kosztowała 8 zł, ale za to zarówno na polu namiotowym, jak i na terenie festiwalu były miejsca, z których można było czerpać ją za darmo. Trzeba było się do tego miejsca nachodzić, ale taki koszt jest w stanie ponieść każdy.

    Jak to wygląda za granicą? Przy okazji kontrowersji wokół Exhale internauci pisali, że bezpłatne wodopoje na plenerowych imprezach to w niektórych krajach od dawna norma, a jeśli w już trzeba płacić w klubie, to nie tyle, co na tym wydarzeniu w Polsce. To rzecz jasna tylko pojedyncze przykłady, ale też pokazują, że to wysokie ceny wody nie są wcale standardem. No chyba, że w Polsce.

    logo
    Fot. Facebook

    Woda na imprezach prawem, nie towarem! Przynajmniej za granicą

    Może więc promotorzy, organizatorzy i kluby w końcu pójdą po rozum do głowy, tak jak zrobiono to na festiwalach. W zeszły weekend pewnie padł rekord, ale niewiele niższe ceny spotkamy też w innych miejscach w Polsce. Niekoniecznie trzeba od razu pakować cysterny na sale koncertowe, ale spróbować czegoś innego w zakresie cen (dochodzi do absurdalnych sytuacji, w których piwo jest tańsze niż woda) czy dostępu – darmowa kranówka w toaletach powinno być raczej awaryjnym rozwiązaniem, bo też nie wszyscy mogą ją pić ze względów zdrowotnych.

    logo
    Fot. Facebook

    Pozostaje też kwestia samych plastikowych butelek – są wygodne, ale totalnie nieekologiczne. To też można łatwo rozwiązać właśnie za sprawą kubków czy butelek wielorazowego użytku. Płacisz kaucję, dolewasz sobie wodę z kranu lub na barze za parę złotych, bawisz się dalej, a po imprezie oddajesz kubek (lub bierzesz na następną imprezę) i odzyskujesz kaucję. To tak banalnie proste, a w niektórych klubach już praktykowane. Jeśli bardzo musimy na tym zarobić, to możemy wypuścić opcjonalne kubki i bidony kolekcjonerskie z własnym logiem.

    Zdajemy sobie sprawę z tego, że nikt nikogo nie zmusza do chodzenia na imprezy, ale też nikt nie zmusza organizatorów czy właścicieli klubów do robienia z wody towaru cenniejszego niż złoto. Mogą zarabiać na tyle różnych sposobów, a wybrali jeden z najgorszych.