
O Tymoteuszu Szydło znów jest głośno. Sprawą rzekomego zniesławienia syna byłej premier zajmuje się polska prokuratura, która dodatkowo poprosiła o pomoc amerykańskich i brytyjskich śledczych. Dziennikarze zapytali pełnomocnika byłego księdza i prokuraturę o istnienie "interesu społecznego". I usłyszeli praktycznie to samo.
Prokuratura Okręgowa w Warszawie prowadzi śledztwo dotyczące zniesławienia Tymoteusza Szydło i w sprawie tej zwróciła się już oficjalnie o pomoc do Wielkiej Brytanii i USA – tak ustaliła niedawno Wirtualna Polska. To wzbudziło zdumienie wielu ekspertów, ponieważ tak mocne zaangażowanie prokuratury wymaga istnienia "interesu społecznego".
Sprawa syna Szydło dotarła do śledczych z USA. Co mówi o tym jego prawnik?
Niektórzy mówią o "nadgorliwości polskich śledczych", bo sprawa dotyczy czołowej polityczki związanej z Prawem i Sprawiedliwością, czyli partii, która obecnie rządzi w Polsce. Dziennikarze Onetu zapytali pełnomocnika Tymoteusza Szydło i prokuraturę o to, jaki jest interes społeczny w tym, że polscy śledczy angażują się w prywatną sprawę syna byłej premier PiS i w dodatku zwrócili się o pomoc za granicę.
W odpowiedzi Szymon Banna, rzecznik stołecznej Prokuratury Okręgowej, powołał się na wytyczne sprzed 11 lat. Przekazał, że "konieczność uzyskania danych osoby potencjalnego sprawcy jest standardową procedurą w sprawach ściganych z oskarżenia prywatnego i wynika z wytycznych Prokuratora Generalnego Andrzeja Seremeta z 2012 roku".
Jak dodał, to Seremet "nakazał prokuratorom (...) podejmowanie czynności zmierzających do ustalenia sprawcy działającego z wykorzystaniem sieci teleinformatycznych, w tym poprzez uzyskiwanie danych objętych retencją (takich jak np. danych komórkowych, czy historii logowań do portali Internetowych), albowiem pokrzywdzeni i ich pełnomocnicy nie mają takich prawnych możliwości samodzielnego pozyskania takich dowodów".
Zaskakująca zbieżność argumentów
Praktycznie tych samych argumentów użył też mecenas Maciej Zaborowski, pełnomocnik Tymoteusza Szydło. To znaczy powołał się na wytyczne Seremeta z 2012 roku.
– Wprost wskazywały one, że obowiązkiem prokuratury w sprawach prywatnoskargowych jest pomoc pokrzywdzonym i przeprowadzenie czynności z urzędu wtedy m.in., gdy do znieważenia doszło za pomocą Internetu i istnieją obiektywne problemy związane z ustaleniem sprawcy. I to właśnie zrobiła prokuratura w tej sprawie i tę argumentację podzielił sąd – powiedział dziennikarzom.
I dodał, że "kiedy dane sprawcy zostaną ustalone, prokuratura po raz kolejny będzie analizować, czy występuje tu ważny interes społeczny, uzasadniający jej ewentualne włączenie się do sprawy". Na pytanie o zaskakującą zbieżność argumentów, mecenas zapewnił, że "żadnej wspólnej odpowiedzi" nie ustalał z prokuraturą.
A jej rzecznik dodatkowo podkreślił, że to nie przez "szczególną gorliwość śledczych" zwrócono się do USA i Wielkiej Brytanii. Tyle że to nie sąd nakazał wystąpić o międzynarodową pomoc – inicjatywa leżała należała wyłącznie do polskich śledczych.
Banna przekazał, że prokurator zwrócił się do władz USA "z żądaniem" uzyskania od Facebooka "danych identyfikujących użytkownika profilu, na którym zostały opublikowane treści oceniane przez pokrzywdzonego jako godzące w jego cześć i godność".
"Władze USA, powołując się na Pierwszą Poprawkę do Konstytucji USA gwarantującą wolność słowa, odmówiły realizacji wniosku. Prokurator umorzył dochodzenie wobec niewykrycia sprawcy" – poinformował. Okazuje się, że to postanowienie zostało zaskarżone przez pełnomocnika Tymoteusza Szydło do Sądu Rejonowego dla Warszawy-Mokotowa, a ten uwzględnił zażalenie.
"Sąd nakazał prokuratorowi m.in. przesłuchanie świadków przebywających na terytorium Wielkiej Brytanii oraz podjęcie wszelkich możliwych czynności wykrywczych zmierzających do ustalenia sprawcy czynu popełnionego na szkodę pokrzywdzonego" – wskazał.
Jak podaje portal, w oczekiwaniu na odpowiedź strony brytyjskiej postępowanie zostało zawieszone.
Zobacz także
