"Proście o rabat, a będzie wam dany". Targowanie się w sklepie - prawo klienta, o którym mało kto wie

Prawo do rabaty przysługuje klientom w dużych sklepach
Prawo do rabaty przysługuje klientom w dużych sklepach fot.shutterstock.com
Targowanie się o cenę kojarzy się z zakupami na arabskim bazarze. Tam długie i zawzięte negocjacje ze sprzedawcą to obowiązek. Niewielu klientów wie, że podobny przywilej przysługuje im w każdym sklepie. Polskie prawo pozwala bowiem na ustalanie cen towaru ze sprzedawcą. Nie musimy więc wcale płacić sumy, jaką sklep umieścił na metce. Wystarczy kilka negocjacyjnych trików i znajomość swoich praw. Kliencie, proś o rabat, a będzie ci dany.

W sklepach można się targować. Z tego faktu zdaje sobie sprawę niewielu klientów. Okazuje się bowiem, że prawo do uzyskania rabatu przysługuje nie tylko kupującym w małych, osiedlowych sklepikach, ale i klientom wielkich sklepów. Negocjować możemy w centrach handlowych, sklepach z odzieżą, sprzętem elektronicznym czy kosmetykami. Targowanie się nie jest sztuką łatwą. Aby skutecznie negocjować ze sprzedawcą, trzeba najpierw przełamać w sobie barierę psychologiczną. Wielu klientów często wstydzi zapytać się o rabat, bojąc się odmowy albo ośmieszenia. Tymczasem prawo do zniżki w sklepie przysługuje każdemu klientowi. Dr Michał Jaksa, wiceprezes Fundacji Rozwoju Mediacji mówi, że powinniśmy z niego korzystać jak najczęściej. W rozmowie z naTemat.pl zaznacza, że sztuki skutecznej negocjacji można się nauczyć, a pytając o zniżkę tak naprawdę nic nie tracimy. Możemy tylko zyskać.

Dlaczego powinniśmy się targować?

Ponieważ dzięki targowaniu się możemy kupić taniej, na lepszych warunkach i uzyskać rzeczy, których normalnie nie otrzymamy w ofercie.

Dlaczego więc tego nie robimy?

Bo jest w nas obawa, że sprzedawca się nie zgodzi, że usłyszymy odmowę. To nas zwyczajnie krępuje. Dlatego wolimy tego nie robić. W taki sposób wykonujemy całą pracę za sprzedawcę. On właściwie nie musi nic mówić, bo praktycznie za niego odpowiedzieliśmy na pytanie, że nie będzie rabatu.

Zobacz także: Pół roku temu stracił z konta 10 tys. złotych. Do tej pory nie dostał od mBanku żadnej odpowiedzi. "Przecież to skandal"

W polskim prawie jest przepis dający nam możliwość negocjowania cen w sklepach. Czy w ogóle wiemy, że mamy takie prawo?

Oczywiście, że jest taki przepis. Ceny w sklepach zależą właściwie tylko od ustaleń ze sprzedawcą. Cena, którą widzimy na metce jest wynikiem kalkulacji zarówno kosztów zakupu towaru jak i marży. Ona jest indywidualnie ustalana przez sprzedawcę i może też być indywidualnie modyfikowana. Marża zawsze podlega negocjacjom.


W jaki sposób możemy przekonać sklep, że takie prawo nam rzeczywiście przysługuje?

To zależy od rodzaju sklepu. Jeśli za ladą stoi jego właściciel, to on sam ustala, czy opłaca mu się taki towar sprzedać po niższej cenie i czy chce zarobić trochę mniej, a jednocześnie zwiększyć obrót. Podejmuje wtedy bardziej decyzję ekonomiczną niż prawną. Jeśli sprzedawca jest tylko pracownikiem i potrzebuje zgody kierownika, wtedy musi go zapytać o możliwość udzielenia rabatu. Mało kto orientuje się, że rzeczywiście istnieje taki przepis. Gdzieś w nas jednak jest potrzeba, żeby kupić coś taniej i zaoszczędzić. Uważam, że powoływanie się na taki przepis jest nie zawsze potrzebne. Sklep wie, że on istnieje, a to od decyzji jego właściciela zależy, czy można zarobić, jednocześnie sprzedając coś taniej.

Zobacz także: "Dziś żadna marka nie ma immunitetu", czyli jak walczyć z firmami o swoje w XXI wieku

W jaki sposób możemy udowodnić sprzedawcy, że cena na metce tak naprawdę może być niższa?

Sami sprzedawcy są tego świadomi. Bardzo często właściciel wie, co mu się opłaca, a co nie. Potrafi liczyć, że klient, który nie uzyska rabatu, może do tego sklepu już w ogóle nie wrócić. Osob, która uzyskuje zniżkę, ma tę świadomość, że może do tego sklepu zawsze może wrócić i ponownie wynegocjować jakąś korzystną ofertę. To przywiązuje klienta do sprzedawcy. Często handlowcy oferują jakąś rozszerzoną ofertę lub dodatkowe bonusy. W efekcie to się opłaca. Można przekonywać sprzedawcę, że jeśli nie pójdzie na jakieś ustępstępstwa wówczas utraci klienta. Wiem, że wiele dużych, sieciowych marek informuje swoich kierowników i sprzedawców, że mają pewne widełki cenowe, w których mogą się poruszać. Oczywiście to nie jest informacja jawna i publiczna, bo wtedy klienci za każdym razem domagaliby się rabatu. Z praktyki wiem, że ludzie, którzy proszą o zniżkę, bardzo często ją uzyskują. Czasem są to niewielkie kwoty, czasem jakiś prezent, chociażby pasta do butów w sklepie obuwniczym.

Czy sprzedawca może odmówić nam zniżki?

Może, bo to jest jego decyzja. To my musimy zdecydować, czy jesteśmy gotowi wyciągnąć portfel i zapłacić cenę wskazaną na metce, lub włożyć portfel do kieszeni i wyjść ze sklepu. Klient i tak nic nie traci, bo w najgorszym wypadku zapłaci taką cenę, jaka jest na metce.

Sklepom opłaca się dawać nam upusty cenowe?

Opłaca się utrzymywać dobre relacje z klientem. Sklep na takiej umowie nie traci, może jedynie trochę mniej zarobić. Klient, który dostanie rabat, bardzo często wraca. W sklepach, które dają upusty, klienci pojawiają się częściej. Sklepy, które oferują nawet symboliczne bonusy, przywiązują klienta do siebie. W dłuższej perspektywie to się opłaca. Żelazna zasada biznesu mówi, że nie zysk się liczy, ale obrót.

Jakie branże chętniej przyznają rabaty?

Ja znam więcej takich branż, które raczej niechętnie zgadzają się na zniżki. To zwykle takie gałęzie, w których jest niewielu dostawców, chociażby firmy energetyczne. Tutaj z dużym prawdopodobieństwem mogę stwierdzić, że klient ma marne szanse na uzyskanie jakiejś korzystnej zniżki. Jeżeli konkurentów jest więcej, tak jak w przypadku operatorów telefonii komórkowej, jest duża szansa na wytargowanie tańszego abonamentu czy lepszego aparatu telefonicznego. W branży ubezpieczeniowej także jest spora konkurencja i klienci mogą liczyć na jakąś atrakcyjną ofertę. Samochód można ubezpieczyć za niższą stawkę, poszerzyć sobie zakres takiej usługi. To też jest zysk dla klienta.

Zobacz także: Po wpadce na fanpage'u Playa: czy firmy oszukują na swoich profilach na Facebooku?

Jak przełamać w sobie barierę psychologiczną przed negocjowaniem cen? Niektórzy twierdzą, że targowania się w sklepie po prostu się wstydzą

Największy problem jest w nas, nie w sprzedawcy. On zwykle wychodzi z założenia, że jak ktoś nie pyta o zniżkę, to on o niej też nie mówi. Trzeba po prostu prosić. Ktoś takie proszenie o rabat porównał z sentencją z Biblii: "Proście, a będzie wam dane". Tak samo jest z rabatami. Trudno, żeby sprzedawca sam z siebie dawał zniżki. Trzeba samemu zadać sobie pytanie "co ja tracę?". Przecież z samego faktu prośby o korzystniejszą cenę sprzedawca jej nie podwyższy. W najgorszym wypadku usłyszymy od niego słowo "nie". Wtedy my decydujemy, czy opłaca nam się zapłacić cenę z metki, czy podziękować i wyjść ze sklepu.

Czy targowania można się nauczyć?

Nie ma takich osób, które nie są w stanie niczego wytargować. Osoby, które opowiadały mi o swoich negocjcyjnych doświdczeniach twierdzą, że na początku jest najgorzej. Trzeba przełamać w sobie opór i wstyd. Potem to wchodzi w nawyk. Jeśli pojawiają się jakieś problemy w kontaktach ze sprzedawcą, można też poprosić o pomoc specjalnego negocjatora. Takie usługi oferuje bowiem Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...