
Ochrona polszczyzny jako wspólnego dobra i podstawy naszej tożsamości jest zapisana w ustawie o języku polskim z 1999 roku. Obowiązuje jednak tylko na papierze. Zwroty takie jak "apartments", "financial centres”, "sales" i "key account executives" to już prawdziwa plaga.
Teoretycznie rzecz ujmując język polski ma gwarancję ochrony zapewnioną na szczeblu ustawowym. Prawo ustanowione w 1999 roku stwierdza, że taka „ochrona jest konieczna w procesie globalizacji" – pisze “Rzeczpospolita”. Autor tekstu podkreśla jednak, że wciąż rozprzestrzeniającej się pladze zagranicznych słów w praktyce nikt nie daje odporu. Skala działań stosownych organów jest niezwykle ograniczona.
"Rzeczpospolita"
Czytaj również: Strony urzędów to językowa katastrofa. "Nonszalancki stosunek do komunikacji", "eliminują człowieka z tekstu"
Choć słowne kalki i obco brzmiące wyrazy rodem z urzędniczego żargonu brukselskich technokratów zakradły się nawet do tekstów ustaw stanowionych w Sejmie (np. ustawa o timesharingu), ciała powołane do ochrony języka polskiego mają związane ręce.
dr Katarzyna Kłosińska
sekretarz Rady Języka Polskiego PAN dla "Rzeczpospolitej"
Tymczasem, jak podkreśla autor tekstu w “Rzeczpospolitej”, obce słowa zalewają wszelkie dziedziny naszego życia. Wystarczy rzucić okiem na branżę deweloperską: “Apartments”, “House”, “City Tower”, „Office Center" – czytamy w artykule. Codzienne doświadczenie bez trudu dostarczy nam jednak wielu innych przykładów, z którymi tak czy inaczej mandatami i państwową kontrolą się nie wygra. Wydaje się, że o jakość i poprawność naszej mowy musimy zadbać sami.
