
Donald Tusk ogłosił, że raz jeszcze powalczy o stanowisko szefa swojej partii. I nic nie wskazuje, że wewnątrzpartyjne wybory skończą się inaczej. Z Tuskiem mało kto chce się zmierzyć, bo i sami potencjalni przeciwnicy są mali. Jacek Żakowski w swoim felietonie na łamach "Gazety Wyborczej" nazywa premiera "typowym politycznym olbrzymem", który po prostu – nawet gdyby chciał – nie może doczekać się równie wielkiego następcy.
Zobacz: Donald Tusk będzie premierem trzeci raz? "Chce, ale Kwaśniewski może mu zaszkodzić"
Na własną zgubę, przynajmniej w tym sensie, że bez względu na wynik wszyscy dokoła będą mu bez końca wypominali, że zmienił zdanie, obiecał i nie dotrzymał, oszukał, skłamał, od początku nie zamierzał dotrzymać danego słowa. To się będzie za Tuskiem ciągnęło po wsze czasy. Ale warto było. Przynajmniej na mój rozum. CZYTAJ WIĘCEJ
Ostatnie ruchy premiera wyraźnie pokazują, że przygotowywał sobie grunt pod przyszłe wybory. Jak ustaliła Agnieszka Burzyńska z RMF FM, Tusk na radzie krajowej zaproponuje wybór przewodniczącego partii w wyborach bezpośrednich przez wszystkich członków partii – pisaliśmy już w naTemat. To sprytne zagranie, którego przecież nie forsowałby, gdyby zamierzał zrezygnować. Partyjne doły kochają Tuska. Przy takiej zmianie Grzegorz Schetyna, jedyny potencjalny rywal, zostaje unieszkodliwiony. Traci szanse nie tylko na zwycięstwo, ale nawet na dobry wynik.

