Stand-up to nie kabaret. Żarty na poziomie rozporka czy toalety? Tak, ale mają zmuszać do refleksji

Abelard Giza
Abelard Giza YouTube
Monolog Abelarda Gizy o "puszczaniu bąków przez papieża" zrobił nieoczekiwaną karierę w polskich mediach. Politycy PiS odsądzili komika od czci i wiary, oskarżając przy tym o obrazę uczuć katolików. Fani kabaretu Limo są zachwyceni jego monologiem, a fragment programu TVP2 jest jednym z najchętniej oglądanych filmików w sieci. Większość Polaków dowiedziała się przy okazji, na czym polega sztuka stand-upu i dlaczego takie występy to nie to samo co kabaret. W stand-upie nie ma bowiem świętości i nikt nie oszczędza nikogo.


Stand-up to sztuka pozornie prosta. Nie potrzebuje wymyślnych dekoracji, ściśle ustalonego scenariusza czy dopracowanej reżyserii. To w zasadzie jeden człowiek, który wchodzi na scenę z mikrofonem i zaczyna mówić do publiczności. Na tym prostota się kończy. Komik, który staje oko w oko z publiką, ma jedno, za to szalenie trudne zadanie. Musi rozbawić do łez ludzi, którzy przyszli na jego występ. Jeśli mu się to uda, będzie przez nich uwielbiany, jeśli zawiedzie - zejdzie ze sceny w niesławie. Stand-up ma bowiem podstawową cechę, nie bierze jeńców. Dlatego dowcipy padające w monologach nie znają żadnych świętości i nie uznają tematów tabu. Takiego rodzaju humoru Polacy dopiero się uczą. Do tej pory występy komików kojarzyli bowiem głównie z ugrzecznionymi kabaretami. Reakcja na ostatni występ Abelarda Gizy dowodzi, że nie jest to nauka prosta i przyjemna.

Zobacz także: PiS chce kar za żarty z papieża. "To bezczelna, wyznaniowa cenzura" - odpowiada Ruch Palikota


Stand-up dopiero u nas raczkuje. W Stanach Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii taka sztuka znana jest od lat i dorobiła się rzeszy adeptów. Niektórzy z nich to prawdziwe legendy światowej rozrywki. Na scenie stand-upowej nie obowiązuje jakakolwiek poprawność polityczna. Dlatego żartuje się z takich tematów zakazanych jak płeć, rasizm, mniejszości seksualne, religijne czy nawet pedofilia i przemoc seksualna. Nikogo nie szokują już żarty z homoseksualistów, księży-pedofilów, czarnych czy Żydów. Niektóre żarty zjeżdżają wręcz do poziomu rozporka, czy jeszcze niżej - poziomu toalety. Chodzi o to, by zaszokować, czasem zniesmaczyć, ale przede wszystkim rozśmieszyć do utraty tchu. W stand-upie nie ma znaczenia dopracowany scenariusz czy wyuczone na pamięć kwestie. Występ komika to przede wszystkim wyglądający na improwizowany monolog przed publicznością, w którym żarty sypią się z prędkością karabinu maszynowego. Tutaj bardziej niż estradowa perfekcja liczy się osobowość komika i jego umiejętność przyciągnięcia uwagi widzów. Dlatego Will Ferrell, jedna z legend amerykańskiego stand-upu nazwał taki rodzaj występów "sztuką trudną, samotną i okrutną".

Ma ona jednak podstawową zaletę - daje artyście pełną wolność. Komik na scenie może mówić, co chce i jak chce. Może żartować ze wszystkiego i w sposób, jaki wydaje mu się stosowny. Wszystko zależy od jego osobowości, rodzaju poczucia humoru, podejścia do poruszanych przez siebie spraw. Stand-uperzy opowiadają o swoich indywidualnych przeżyciach, przemyśleniach i rozterkach. Skupiają się na sobie, swoim życiu, radościach, a częściej niepowodzeniach. Na scenie wyrzucają z siebie to, co ich boli lub irytuje. Stand-up to też często zjadliwa satyra społeczna. Amatorzy takiej sztuki biorą na tapetę tematy z pierwszych stron gazet, oraz te poruszające masową wyobraźnię. Są wreszcie komicy, którzy bawią się konwencją, a na scenie dają upust swojej niczym niepohamowanej fantazji. Taki spektakl unosi się zwykle w oparach absurdu i groteski.


Zobacz także: Marcin Daniec o żartach z religii: Na poziomie nisko latającej siekiery. Nie możemy upajać się brakiem cenzury

Stand-up to sztuka bliska kulturze anglosaskiej. Narodził się w Wielkiej Brytanii, ale tak naprawdę podatny grunt znalazł w Stanach Zjednoczonych. Ten rodzaj humoru ma wieloletnią tradycję i rzesze wyznawców. Wielu artystów właśnie na scenie klubów komediowych stawiało swoje pierwsze kroki w rozrywce, by potem wejść do panteonu amerykańskiej kultury popularnej. Dowcipy na scenie opowiadał Woody Allen czy ukochany przez Amerykanów Bob Hope. Jednak takie legendy komediowej sceny jak Richard Pryor czy George Carlin są do dziś niedoścignionym wzorem dla rzeszy ich następców. Klimat lat 70., w których tworzyli artyści, sprzyjał mocnemu zaangażowaniu politycznemu i zrzuceniu obyczajowego tabu. Żarty nie tylko zaczęły poruszać tematy do tej pory zakazane, ale i mówiły o nich w sposób niezwykle dosadny, często wręcz obsceniczny. W 1972 r. George Carlin został nawet aresztowany po swoim występie w Milwaukee, po tym jak wygłosił monolog o "siedmiu słowach, jakich nie należy wymawiać w telewizji". Wszystkie z nich należą do katalogu popularnie używanych przekleństw.
Sam występ Carlina wszedł do kanonu sztuki komediowej i dał artyście pozycję legendy i niedoścignionego wzoru. Wielu komików, którzy debiutowali na deskach komediowych klubów, wkrótce potem trafiało do telewizji i rozpoczynało wielkie kariery w takich popularnych programach jak chociażby Saturday Night Live.

Lata 90. przyniosły rozkwit dowcipu z pogranicza absurdu i surrealistycznej improwizacji. Mistrzem takiego humoru był aktor Robin Williams, którego występy to zwykle kilkugodzinne monologi skaczące z tempie błyskawicy po wszelkich możliwych tematach. Williams to niedościgniony mistrz humoru sytuacyjnego i błyskotliwych, absurdalnych improwizacji.

Stand-upowcy mają też swój sekretny uścisk dłoni. To legendarny dowcip, którego opowiedzenia podejmowały się całe pokolenia komików. "Arystokraci" jest kawałem, który doczekał się niezliczonej ilości wersji i interpretacji. Chodzi o to, by krótką historyjkę o rodzinie przedstawiającej swoją sztuczkę przed dyrektorem cyrku opowiedzieć w sposób jak najbardziej obrazoburczy i niesmaczny, a na koniec dojść do tej samej, przewrotnej puenty. "Arystokratów" na tapetę brały wszelkie możliwe sławy amerykańskiej rozrywki, a na temat dowcipu powstał nawet film dokumentalny. Do tej pory żaden z polskich komików, przynajmniej w trakcie występów telewizyjnych, nie podjął wyzwania rzuconego przez "Arystokratów". Opowiedzenie tego dowcipu skończyłoby się najprawdopodobniej o wiele poważniejszymi kontrowersjami, niż te wywołane przez Abelarda Gizę.

Polski stand-up na razie raczkuje. Jest jednak dzieckiem rozwijającym się wyjątkowo szybko i zdrowo. Początkowo znany był głównie z występów aktorów i komików na antenie stacji HBO. Podobne programy pojawiały się też na antenie Comedy Central. Stand-uperów można też było posłuchać na żywo w takich miejscach jak chociażby warszawski Sen Pszczoły. Stołeczny klub organizował cykliczne imprezy pod hasłem otwartego mikrofonu. Scena Snu Pszczoły była otwarta zarówno dla profesjonalistów, jak i amatorów, którzy chcieli zabłysnąć przed większą publicznością. Dziś mekką dla fanów tego rodzaju rozrywki jest warszawski Klub Komediowy Chłodna.

Zobacz także: Abelard Giza odpowiada krytykom: Dlaczego ja nie mogę się z czegoś śmiać, jeżeli mam taką potrzebę?

Założony przez Michała Sufina lokal nawiązuje swoją tradycją do podobnych miejsc w Stanach Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii. Tu regularnie odbywają się imprezy z udziałem komików. Chłodna cieszy się taką popularnością, że na imprezy niektórych artystów trudno się dostać, a bilety należy rezerwować z dużym wyprzedzeniem.
Zdaniem Michała Sufina sukces Chłodnej wynika z efektu świeżości i potraktowania występów komediowych w sposób do tej pory mało znany. - Największą atrakcją dla widzów jest to, że każdy z naszych artystów jest inny, reprezentuje inny styl i przez to przyciąga inną widownię - mówi. Stand-up to nie jest bowiem konwencjonalny, znany do tej pory kabaret. Szef Chłodnej podkreśla, że w stand-upie podstawową wartością jest osobowość artysty i szczerość, z jaką wyraża swoje poglądy. Dotyczy to tak samo monologów, w których ich twórca skupia się na swoich osobistych refleksjach jak i występach mocno zaangażowanych politycznie. Swoją publiczność znajdują zarówno szalone improwizacje z pogranicza teatru absurdu, jak i cięte dowcipy obyczajowe czy polityczne. - Stand-up to w Polsce na razie niszowa sprawa. W Warszawie rozwija się na poważnie dopiero od kilku lat. W innych miastach odbywają się jakieś sporadyczne występy. Dlatego dla wszystkich jest to coś nowego - tłumaczy komik Przemysław Pilarski.

Stand-uper przyznaje, że ostatnia historia z występem Abelarda Gizy pomogła nagłośnić ten rodzaj sztuki scenicznej. Przyznaje, że jego występy do tej pory są mylone z kabareciarstwem. Tego rodzaju porównań stand-upowcy wystrzegają się jak ognia. - U nas, jeśli się żartuje, to na poważnie - tłumaczy Pilarski. Według niego stand-up przez swoje zaangażowanie i poruszanie tematów tabu zmusza widzów do myślenia. Przez niewybredne żarty stawia pytania i prowokuje do refleksji o często poważnych sprawach. - Tu nikt nie wychodzi na scenę i nie mówi "dzień dobry, jestem ufoludkiem", będę kogoś przed wami udawał. Stand-uper, jeśli o czymś mówi, to tym, co go boli lub irytuje - zaznacza. Michał Sufin przekonuje, że artyści uprawiający stand-up zawsze mówili w swojej sprawie, a ich sztuka zawsze była bardzo osobista. Nie chodzi im jednak, żeby kogokolwiek obrzucić błotem lub bezmyślnie obśmiać. Żarty tego typu mają przede wszystkim pobudzić do myślenia i nie być tylko biesiadną rozrywką przy piwie i grillu. Sufin uważa, że często brutalne obśmiewanie poważnych tematów pełni rolę duchowego katharsis. Artyści przyznają, że polscy odbiorcy, a zwłaszcza politycy nie są gotowi na tego typu doświadczenie. Stąd próby cenzurowania ich występów. - Wolność, jaką daje stand-up, to jednak wartość. Nie chodzi przecież o zamykanie komukolwiek japy - podsumowuje Pilarski.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...