
Na ostatniej prostej przed wyborami samorządowymi PiS wyprzedza KO o 4 punkty procentowe. Czy to znaczy, że prognozy zwiastujące klęskę partii Jarosława Kaczyńskiego były mocno przesadzone? W rozmowie z naTemat politolog Jarosław Flis wyjaśnia, co może się stać w niedzielę.
PiS – 29 procent, KO o 4 punkty mniej. Na kolejnych pozycjach Trzecia Droga (11 procent) oraz sojusz Konfederacji i Bezpartyjnych Samorządowców (10 procent). Tak, wedle najnowszego sondażu IPSOS, wygląda wyborczy peleton na ostatnim wirażu przed niedzielnym finiszem. O tym, jak należy interpretować te wyniki, rozmawiamy z prof. Jarosławem Flisem, politologiem.
Piotr Brzózka: Prawo i Sprawiedliwość, skazywane do niedawna na sromotną porażkę w niedzielnych wyborach, prowadzi w ostatnim sondażu IPSOS, i to z dość wyraźną przewagą. To dzwonek czy dzwon alarmowy dla pozostałych ugrupowań?
Prof. Jarosław Flis: Od zawsze mam poważne wątpliwości odnośnie precyzji sondaży dotyczących wyborów do sejmików. Wcześniejsze lata pokazywały, że one się bardzo rozchodzą z faktycznymi wynikami. W tych wyborach ogólnopolskie identyfikacje są tylko jednym z czynników przesądzających. Głosuje w nich wiele osób, które nie orientują się na politykę centralną, a lokalną. Znaczenie ma też siła konkretnych kandydatów.
Natomiast PiS jest skazany na porażkę w tym sensie, że zmniejszy swój stan posiadania w porównaniu z poprzednim rozdaniem. A przecież ten stan już wcześniej był kiepski, PiS rządził tylko w 6 z 16 województw. Na pewno PiS-owi nic nie przybędzie, a jest wysoce prawdopodobne, że ubędzie. Zapewne stracą Łódzkie, a Świętokrzyskie i Małopolska wiszą na włosku.
Z drugiej strony, jeśli ktoś się spodziewał, że po porażce PiS zniknie ze sceny politycznej, to ma problem, bo ta ocena nie przystaje do realiów. Tak jak politykom PiS się kiedyś wydawało, że Platforma i PSL nigdy więcej nie dojdą do władzy, że te ugrupowania są już złożone do grobu, a wiemy, jak to się skończyło.
Prof. Jarosław Flis
politolog
W ostatnich dniach nieformalne doniesienia płynące z obozu PiS są dużo bardziej optymistyczne niż jeszcze kilka tygodni temu. Jeden z polityków powiedział, że może się skończyć na jednym sejmiku, ale może ich też być siedem. I że może o tym zadecydować niewielka liczba głosów.
Nie… na siedem absolutnie nie ma szans. Przypomnę, że przed wyborami parlamentarnymi prezes Kaczyński mówił, że będzie wynik powyżej 40 procent. Oni cały czas snują te same opowieści, mimo że już w ubiegłym roku wszystkie analizy trendów wskazywały, że PiS idzie w stronę porażki.
Teraz widać, że spuścili z tonu, o czym świadczy między innymi to, w ilu miejscach zarejestrowali swoich kandydatów na burmistrzów. W poprzednich wyborach walczyli w mniej więcej 75 procent miejscowości, teraz zjechali do około 50 procent.
PiS dostał w październiku łomot, stracił władzę, teraz boleśnie łapie kontakt z rzeczywistością. Co z tego wyniknie, przekonamy się nie teraz, a w wakacje – najbliższe lub następne, po wyborach do Europarlamentu albo prezydenckich. Teraz PiS sam sobie zafundował ciężką sytuację, bo wybory odbywają się w "miodowym miesiącu" nowej koalicji. Dziś PiS ewidentnie realizuje strategię zaciśnięcia zębów i przejechania przez te wybory, a dopiero później zastanawiania, co dalej robić. Dziś skupiają się na tym, żeby nie wykonywać gwałtownych ruchów.
QUIZ: Kto to powiedział - Kaczyński czy Tusk?
1 / 20 Przepraszam bardzo, panie marszałku, ale ja bez żadnego trybu...
A mimo to, nie zauważam dużej pewności po drugiej stronie. Prezydent Warszawy mówi wprost: "Ja mogę tylko przestrzegać przed niedocenianiem PiS-u". Podobne głosy słyszę od wielu działaczy KO, którzy mówią, że może być różnie…
Zgadza się, oni są dalecy od entuzjazmu. Doświadczenie Platformy z 2010 i PiS z 2018 roku uczy, że po zwycięskich wyborach parlamentarnych wcale nie trzeba wymiatać w samorządowych. To tak nie działa. Nie zgarnia się całej puli.
Z drugiej strony, mimo braku entuzjazmu, jest wyraźna przewaga sytuacyjna. Partie koalicji rządzącej mają łącznie zdecydowanie mocniejszą sytuację w kraju niż PiS. Już teraz rządzą w większej ilości samorządów, a przecież ich poparcie sondażowe od 2018 roku wzrosło. I mają zdolności koalicyjne, mogą się dogadywać między sobą, co PiS-owi przychodzi z największą trudnością.
Wiemy z wcześniejszych doświadczeń, że nawet jak PiS zdobywał władzę w samorządach, to wcześniej niż inni ją tracił. Poziom reelekcji burmistrzów z tej partii jest wyraźnie niższy niż wszystkich pozostałych. To pokazuje, że kapitalizowanie niezadowolenia społecznego, a rozwiązywanie realnych problemów ludzi, to dwie różne dyscypliny sportu.
Czy to wszystko oznacza, że te wybory będą najzwyczajniej w świecie nudne?
One są nudne z punktu widzenia mediów krajowych. Ale jak się wjedzie do Liszek pod Krakowem, to widać, że na jednego mieszkańca przypada jeden plakat. To znaczy, że wszyscy tym lokalnie żyją. Oczywiście, jeśli ktoś się spodziewał wielkiej łajnoburzy, może być zawiedziony, ale w tych wyborach nie o to chodzi.
W tych wyborach nie walczy się o całą bombonierkę, tylko o to, żeby każdy coś z niej wyjadł. I każdy, w zależności od poziomu aspiracji, będzie zadowolony.
Zobacz także
