
Co doprowadziło do wybuchu pożaru w hali handlowej przy Marywilskiej 44? Tego prędko się nie dowiemy. Na miejscu jeszcze w poniedziałek trwała akcja dogaszania. Następnie na teren zniszczonego obiektu wejdzie nadzór budowlany i policja.
Jednak jeden z polityków Koalicji Obywatelskiej wygłosił w mediach społecznościowych niepokojącą teorię.
Pożar przy Marywilskiej 44 w Warszawie miał związek z Rosją?
W Warszawie nadal trwa dogaszanie pożaru. Wielu handlarzy, którzy trzymali tam cały swój towar, z dnia na dzień zostało z niczym. Dla nich to szczególnie wielka tragedia.
Jeszcze w niedzielę 12 maja, kiedy trwała walka z potężnym żywiołem, w mediach społecznościowych pojawił się wpis Witolda Zembaczyńskiego – posła Koalicji Obywatelskiej i wiceprezesa Nowoczesnej. Zasugerował on, że tragedia kupców mogła nie być przypadkowa.
"Pożar na Białołęce i wszelkie takie tragiczne przypadki muszą być szczegółowo analizowane przez służby specjalne. Każdy duży pożar, każda katastrofa mogą być elementem działań dywersyjnych kierowanych ze wschodu" – przyznał polityk.
Warto dodać, że zaledwie dzień wcześniej do ogromnego pożaru doszło w Siemianowicach Śląskich. Tam w ogniu stanęła nie hala handlowa, a składowisko odpadów chemicznych. Wówczas również do mieszkańców miasta, a także okolic, wysłano SMS-y z alertem RCB. Wszystkich proszono o zamknięcie okien i niewychodzenie z domów.
Czy pożarem przy Marywilskiej 44 powinny zająć się służby specjalne?
184 odpowiedzi
Dochodzenie ws. pożaru przy Marywilskiej 44. Wiadomo, kiedy wejdzie tam policja
NaTemat w poniedziałek 13 maja skontaktował się ze Stołeczną Komendą Policji, w celu uzyskania informacji, jak będzie przebiegało śledztwo w sprawie pożaru na Białołęce. – O tym, kiedy będziemy mogli wejść na obiekt, zdecyduje kolejno straż pożarna, która prowadzi tam jeszcze akcję i jej zgoda jest konieczna – wytłumaczył podkomisarz Jacek Wiśniewski z KSP. Ostatecznie, aby na miejscu pojawili się prowadzący czynności funkcjonariusze, analizy musi przeprowadzić nadzór budowlany, a na koniec konieczna jest jeszcze zgoda prokuratura.
Gen. Ryszard Grosset ekspert ds. pożarnictwa i były zastępca komendanta głównego PSP w rozmowie z nami wytłumaczył, że mieszkańcy Warszawy i okolic mieli bardzo dużo szczęścia, a zagrożenie nie było tak duże, jak się spodziewano.
– To było nagromadzenie potwornych ilości różnego rodzaju tworzyw sztucznych. Na szczęście kierunek wiatru był taki, że ten poziom rzeczywistego zagrożenia nie był skandalicznie wysoki. To kwestia tego, że dym poszedł akurat tak, a nie inaczej. Mogło być dużo gorzej – przyznał Grosset. Wyjaśnił, że dzięki warunkom pogodowym dym "szedł bardzo wysoko" i rozcieńczał się w powietrzu. Gdyby nie to, nad miastem unosiłby się cały szereg niebezpiecznych substancji.