Dziś pracodawca szuka ludzi, którzy pomogą mu zwyciężać na rynku
Dziś pracodawca szuka ludzi, którzy pomogą mu zwyciężać na rynku Shutterstock

Szukamy Cię "jeśli wiesz, dlaczego John Marston nienawidzi agencji Pinkertona", albo "jeśli prezentujesz postawę zwycięzcy" – to tylko przykłady tego, co można znaleźć w ofertach rekrutacyjnych. – Dziś poszukuje się osób nastawionych na realizację celu. A ponieważ pieniędzy i czasu na rekrutację jest mało, firmy zrobią wszystko, by sprawdzić, czy się nadajesz – mówi ekspert rynku pracy.

REKLAMA
"Silna własna motywacja do odniesienia sukcesu i awansu", "pozytywne podejście do życia", "nietuzinkowe poczucie humoru", "ambicja", "entuzjazm, zaangażowanie, dynamizm w działaniu i orientacja na realizację celu", "pozytywna energia" – to tylko niektóre z wymagań, które przed przyszłymi pracownikami stawiają rekruterzy. Dziś w pracy nie wystarczą już nawet najlepsze kompetencje. Trzeba być zrelaksowanym, uśmiechniętym i dostępnym nawet w najdziwniejszych godzinach. A do tego wiedzieć, do czego samemu się dąży.
"Szukam zwycięzcy"
Eksperci badający rynek pracy przyznają, że od jakiegoś czasu oferty rekrutacyjne zaczęły się zmieniać. Do tradycyjnych wymagań: studiów, doświadczenia i umiejętności zaczęły dochodzić też kolejne, miękkie wymagania. Wśród popularnego "otwartego umysłu" i "pracy w grupie" stopniowo zaczęły dochodzić kolejne, bardziej egzotyczne. Jedna z firm w ogłoszeniu przekonuje, że szuka "osób prezentujących postawę zwycięzcy". Inna, że pracownik musi udowodnić, że wie "dlaczego John Marston nienawidzi agencji Pinkertona".
Takie pomysły nie dziwią Beaty Kapcewicz, prezeski zarządu firmy doradczej Architekci Kariery. – Oczekiwania pracodawców zmieniają się, bo zmienił się sam rynek – mówi i wspomina, że rynek pracy zupełnie inaczej wyglądał jeszcze pięć lat temu. – Przed rokiem 2008, kiedy panowała jeszcze hossa, niemal nie można było znaleźć ludzi do pracy. Wtedy to pracownik dyktował warunki i określał pracodawcy, co ten musi spełnić, by ewentualnie zaprosić go do biura. Oczekiwania pracodawcy były wtedy proste: znaleźć kogoś, kto w ogóle będzie chciał pracować.
Jak przypomina ekspertka, później jednak rynek przeżył załamanie – firmy upadały, zdecydowanie spadł popyt na produkty i usługi, więc pracodawcy masowo redukowali zatrudnienie. – Trzeba było walczyć o klienta, więc szefowie firm zaczęli dogłębnie sprawdzać, kogo zatrudniają – mówi Beata Kapcewicz.
Małgorzata Rusewicz, również ekspertka rynku pracy, dodaje, że ta zmiana odbiła się na procesie rekrutacyjnym. – Firmy rekrutacyjne są rozliczane z efektywności. Pracodawca chce, by dostarczały takich kandydatów, których nie trzeba będzie szybko wymieniać. Kiedyś dopuszczano pomyłki w rekrutacji, firmy miały środki i czas, by szkolić i testować nawet po kilka osób. Dziś tego już nie ma – mówi.
Przerastać wymagania
Według Małgorzaty Rusewicz, zmienił się jednak nie tylko sposób poszukiwania, ale także umiejętności, których pracodawca poszukuje. – Dziś poszukuje się osób nastawionych na realizację celu. Poza merytorycznymi, nadane są więc także kompetencje także miękkie – pracę w zespole, elastyczność. Dużo ogłoszeń kładzie nacisk na większą dostępność pracownika. Ważne stały się: odporność na stres, przebojowość, determinacja.
– Pracodawcy zaczęli się zastanawiać nie tylko jakie wymagania spełniają kandydaci, ale też na ile je wyprzedzają, przerastają minimum wyliczone w ogłoszeniu – ocenia Beata Kapcewicz.
Wygórowane wymagania często powodują jednak frustrację samych zainteresowanych, którzy miesiącami nie mogą znaleźć pracy. Okazuje się, że dla szefów ważne może być na przykład pochodzenie. Karolina, warszawianka z pochodzenia, usłyszała od rekrutera, że pomogłoby jej, gdyby pochodziła z Polski północno-wschodniej. Jak opisywała w ubiegłym tygodniu "Polityka", osoby, które przyjeżdżają do pracy do wielkiego miasta często przyjmują minimalne pensje. Ich motywacją jest nigdy już nie wrócić w rodzinne strony.
Czasem stają się też obiektem kpin. Takich, jak fikcyjne ogłoszenie zamieszczone kiedyś w serwisie Gumtree. Piękna, sądząc po zdjęciu, młoda kobieta wyliczała swoje kompetencje: "studentka, bez męża, bezpłodna, w pełni dyspozycyjna, 10 lat doświadczenia w pracy, prawo jazdy kat. DE, płynny flamandzki, uprawnienia na wózki widłowe", a na koniec dodała, że oczekuje jedynie płatnego lub bezpłatnego stażu. "Nie potrzebuje składek ZUS ani ubezpieczenia, nigdy nie choruję i planuje umrzeć młodo, toteż na emeryturę nie zbieram" – podsumowała. Internetowy żart rozpalił dyskusję w naTemat. Niektórzy przyznawali, że pracodawcy wymagają zbyt wiele. Inni przekonywali jednak, że to szukający pracy nie potrafią się dostosować do zmieniającego rynku.
Inwestuj w siebie
Z tymi ostatnimi opiniami zgadzają się obie moje rozmówczynie. Beata Kapcewicz: – Pracownicy działają ospale, mimo wielkich zmian na rynku pracy nie zmieniła się ich mentalność. Wciąż myślą: jestem pracownikiem i oczekuję czegoś od pracodawcy, bo mam umowę – mówi. – A tymczasem rynek pracy jest jak każdy inny rynek, gdzie kupuje się usługi i kompetencje za określoną kwotę, czyli wynagrodzenie. Działają tu zwyczajne rynkowe mechanizmy: trzeba umieć stworzyć swoją markę, postarać się, zadbać o klienta - pracodawcę. Jeśli kupujemy zwykłą usługę, chcemy, żeby była dobra. Dlaczego więc dziwimy się, że tego samego chce pracodawca?
Zdaniem Małgorzaty Rusewicz, tego wszystkiego można jednak się nauczyć. Przede wszystkim jednak należy określić własne cele życiowe i zawodowe. Według niej to właśnie jest jednym z najsłabszych punktów polskiego pracownika. – Trzeba się zastanowić, co chcemy robić, a później rozpisać kilka ścieżek, jak to osiągnąć. Pracodawca doceni determinację, motywację, zorientowanie na cel – mówi.
Według Beaty Kapcewicz niezwykle ważne jest jeszcze jedno: – Pracownik musi wiedzieć, że gra z pracodawcą do jednej bramki. Tylko wkładając zaangażowanie w rozwój firmy jest w stanie zabezpieczyć swoją przyszłość. Mądry szef powinien powiedzieć: Będziesz miał większą szansę, jeśli pomożesz mi walczyć z konkurencją, pomożesz mi walczyć o kontrakty. To tyczy się każdej branży.

O tym, jak budować markę wokół własnego nazwiska pisał w naTemat Tomasz Machała:

Byłem jednym z niewielu dziennikarzy, którzy zaczęli budować w sieci własną markę. Gdzieś na początku 2009 roku wystartowałem z blogiem w salon24, potem zamknąłem go i w grudniu 2009 roku uruchomiłem serwis Kampania na żywo...
CZYTAJ WIĘCEJ