
Jak to jest z pracą? Ciągle można usłyszeć, że jej brakuje, a tłumy czekają z utęsknieniem na jakąkolwiek (w granicach przyzwoitości) posadę. Co jednak z tymi, którzy ją mają i wykonują tak elementarne zawody jak choćby kierowca autobusu czy listonosz? Są z niej dumni? Wypełniają swoje zadania sumiennie? Czy jawnie olewają nawet te najprostsze obowiązki?
REKLAMA
Sytuacja sprzed kilku dni: jechałem autobusem. Tuż za kabiną kierowcy znajduje się bardzo specyficzne miejsce, gdzie widnieje słynny „regulamin przewozu osób i bagażu”. Pewnie każdy choć raz, czy to z nudów, czy ze zwyczajnej potrzeby zawieszenia na czymś oka, oddał się tej niezwykle pasjonującej lekturze.
Ulgi, zakazy i ogólnie wszystko, co każdy pasażer powinien wiedzieć przed wejściem do pojazdu. Ciekawe czy dotyczy to też kierowcy? Siedząc i n-ty raz czytając te same fragmenty, usłyszałem charakterystyczny KLIK zapalniczki. Kilka sekund później uderzyła we mnie chmura dymu papierosowego z kabiny kierowcy. Ale nos może mylić, nie? Wychyliłem się i wtedy już miałem pewność; szanowny jegomość kierujący pojazdem odczuł potrzebę „strzelenia sobie w płuco”. Raz po razie zaciągając się, kipował papierosa za otwarte okno, pokonując przy tym wszystkie ostre zakręty na trasie. W sumie powinienem pogratulować mu podzielności uwagi i wprawy w prowadzeniu pojazdu w warunkach utrudnionej widoczności. No, ale z tym poczekam do następnego razu.
Całe życie trwałem w przekonaniu, że naklejka „zakaz palenia” w autobusie dotyczy wszystkich osób znajdujących się w pojeździe. Teraz już wiem, że dotyczy wszystkich z wyłączeniem kierowcy. Nie widzę sensu w wałkowaniu kolejny raz potencjalnych niebezpieczeństw wynikających z palenia, czy rozmawiania przez telefon za kierownicą samochodu. Ale zwracam uwagę, że prowadzący pojazd transportu miejskiego to nie jakiś „Stasiu” z podwórka, który jeśli spowoduje wypadek, zostanie okraszony nagłówkiem „kolejny młody, nierozważny zawinął się na drzewie”.
Inna sytuacja: późny wieczór. Tramwaj, 2 przystanki do zajezdni, gdzie planowałem się przesiąść w dalszą podroż. Nagle pojazd zatrzymuje się na torach. Nie był to przystanek, a w wagonie wyszło na to, że znajdowałem się tylko ja. Kierowca wyłonił się ze swej budki, otworzył drzwi, wyszedł na zewnątrz i zamknął je. Zastanawiając się o co chodzi, śledziłem go wzrokiem. Jakie było moje zdziwienie, gdy zobaczyłem go wchodzącego do monopolowego. Wciąż głowię się nad tym, co też on tam mógł kupować... Po czym jak gdyby nigdy nic, wrócił i pojechał do zajezdni. No tak, zakupy po drodze zobowiązują. Każdy kto porusza się komunikacją miejską dobrych parę lat, na pewno sam mógłby przytoczyć kilka podobnych historii.
Z innej kategorii, jednym z moich ulubieńców jest również pewien listonosz. Wychodząc z założenia, że w godzinach od 8-16 wszyscy są albo w pracy, albo na uczelniach, praktykował wcześniejsze wypisywanie awizo i zostawianie go w skrzynce. Bo po co sprawdzać, czy ktoś „przypadkiem” nie zawieruszył się o tej porze w domu? Wszystko wydawałoby się w porządku, gdyby nie to, że pewnego dnia po 19 sprawdziłem skrzynkę i była pusta, a następnego wychodząc o 13 znalazłem awizo z bezczelną informacją, że adresata nie było w mieszkaniu o godzinie 10. Czyżby domofon i dzwonek do drzwi jednocześnie wyzionęły ducha? Ależ skąd. Tylko po co listonosz ma faktycznie sprawdzać czy adresat jest w domu? Łatwiej zostawić awizo i niech tworzą się kolejki na poczcie. Przecież listonosz nie jest od doręczania listów!
Jak łatwo można się domyślić, cała sytuacja powtórzyła się kilka razy. W końcu postanowiłem interweniować na poczcie. Oczywiście nie przyniosło to żadnego rezultatu. Widocznie wszystkie pracowniczki poczty wysłuchują mnóstwo tego typu skarg i są już na nie uodpornione. A może powinienem zrobić tam przy wszystkich scenę? Hm...
Podczas kolejnej wizyty w tejże instytucji uprzedziła mnie kobieta z podobnym problemem, robiąc aferę dosłownie na całą pocztę. No tak, spokojnie zwracając komuś uwagę zostaniemy olani. Jak widać kultura osobista jest przereklamowana. Włączając się wtedy do rozmowy mogę powiedzieć, że wspólnymi siłami coś osiągnęliśmy. Teraz listonosz boi się zostawiać awizo. Unika tego tak bardzo, że listy polecone zostawia u sąsiadów, których nawet nie znam. Pogratulować pomysłu. Czyżbym teraz codziennie musiał biegać po wszystkich piętrach z pytaniem, czy czasem listonosz nie zostawił u nich mojego listu?
Powyższe zdarzenia spowodowały, że zacząłem się zastanawiać nad mentalnością takich osób. Staram się zrozumieć, skąd mogło się u nich wziąć to przeświadczenie, że pracę można wykonywać „na odwal” i to bez żadnych konsekwencji. Czy wytarte hasła typu „ciężka praca i kiepska płaca” lub „ja to mam takie ciężkie życie...” mogą uchodzić za usprawiedliwienie? Jeśli tak, to myślę, że nagle 90 proc. osób będących niezadowolonymi ze swojej posady powinni przestać wykonywać wszystkie obowiązki służbowe. Tylko, że szef patrzy. A kto kontroluje kierowców autobusów czy listonoszy? W końcu „nikt nie widzi, to nikogo nie zaboli”.
Dlatego też niektórzy mogą robić co im się żywnie podoba, a większość społeczeństwa będąca z natury bierna nic nie zrobi, żeby wyprowadzić takie „jednostki” z błędu. Zresztą nie chodzi tu o interwencję po fakcie, tylko samo poczucie bezkarności. Czy naprawdę oni czują się aż tak niezastąpieni? Myślą, że tylko oni „potrafią” robić to co robią (cokolwiek, by to nie było)? No bo gdzie znajdziemy drugą osobę, która jest w stanie roznosić listy albo prowadzić autobus? Tylu bezrobotnych magistrów w kraju, a żadnego tak ukierunkowanego.